W ciszy stadionu. 35 lat, 1 miesiąc, 2 tygodnie i 1 dzień

Karol Chowański 'Challenger'

21 sierpnia 2009, 15:35

46 komentarzy

Tytułem wstępu - chwila gdybania. Wyobraźmy sobie rzeczywistość, w której po boiskach biegają sami wirtuozi futbolu. Jedenastki czołowych klubów świata obfitują w klony Pirlo, Evry, Lamparda, Xaviego, C. Ronaldo, Messiego i Hernanesa. Dla graczy słabszych zwyczajnie nie ma w nich miejsca. Mogłoby to być ekscytujące. Ale raczej na krótką metę. Bo po przelotnej fascynacji kibiców i mediów, pustoszeć poczęłyby stadiony. Taki świat futbolu (s)traciłby swój ludzki pierwiastek i przez to rychło przestałby być atrakcyjny dla przeciętnego fana. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego sportem niszowym jest golf, a rzesza sympatyków kolarstwa czy lekkiej atletyki topnieje od lat. To odległy Olimp świata sportu, na który selekcja jest ostrzejsza niż sobotniej nocy do klubu w centrum Warszawy. Przecież sukces w Tour de France czy złoty medal olimpijski na 100 m jest dostępny tylko wąziutkiej grupie super-ludzi! Dla przysłowiowego Kowalskiego wyczyny Usaina Bolta są tak samo abstrakcyjne jak wakacje na Księżycu i równie niepojęte co fenomen zespołu "Feel". Z czasem 9,58 Jamajczyk ma tyle wspólnego z przeciętnym człowiekiem, że pewnie zajęliby się nim Mulder i Scully, gdyby nie udali się na zasłużoną emeryturę.

Futbolowy fenomen

W skali globalnej może tylko koszykówka miałaby szansę zdobyć status futbolu, ale ta w wydaniu europejskim jest zwyczajnie nudna, NBA gra w nocy, a z dwóch ułożonych na ziemi bluz nie da się zrobić kosza. A bramkę tak... Piłka nożna to sport realnie bliski masom i w tym tkwi jej absolutnie pierwotne źródło popularności. Przecież po tej murawie w telewizorze mógłbyś biegać Ty sam, a już na pewno Twój kumpel mijający wszystkich jak tyczki na każdym wuefie. Chodzi mi o sam fakt bycia piłkarzem - to jest wyobrażalne! Tak naturalnie nie przychodzi wizualizacja siebie w żadnej innej profesji sportowca: od siatkarza przez boksera po curlingowca. "Gdyby tylko rodzice wysłali mnie kiedyś do juniorów, gdyby chciało mi się trenować, gdybym miał warunki, gdyby mnie zauważyli, gdyby, gdyby, gdyby..." - może nigdy sobie tak nie powtarzałeś/-aś? I o to właśnie chodzi. Mówi tak sobie co drugi kibic siedzący na trybunach, w pubach bądź przed telewizorami.

Nieprzewidywalność futbolu, czyli piłkarze popełniają błędy, a błędy "przegrywają" mecze

Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do wtórnego sedna fenomenu piłki nożnej. Każdy człowiek (czytaj: "każdy kibic" też) popełnia błędy. Tymczasem sportowcy - bardzo rzadko. Niektóre dyscypliny sportu (m.in. pływanie, gimnastyka, strzelectwo, wioślarstwo, skoki narciarskie) albo zupełnie wyeliminowały wszelkie pomyłki, albo sprowadziły je do detali niezauważalnych dla nikogo prócz trenerów. Nudna walka toczy się o nudne ułamki sekund. Ewentualnie, w rzadkich chwilach suspensu toczy się o centymetry. A przecież nikt nie lubi perfekcjonistów. Szanujemy Rogera Federera. Ale czy ktoś go prawdziwie lubi? Przecież "wszystko" wygrywa! No i pochodzi ze Szwajcarii, więc od urodzenia miał łatwiej. Poza tym ma brzydką żonę i krzaczaste brwi - oczywiście, że nikt go nie lubi! Czy Tiger Woods potyka się przed uderzeniem? Nie - a szkoda. Czy Jason Crump wjeżdża czasem w taśmę? Eee, za rzadko. Czy kulomiotom zdarza się poślizgnąć, powiedzmy: na olimpiadzie? Raczej nie; a mogłoby. Kajakarze też nie wpadają znienacka do wody w połowie finału mistrzostw świata. Nuda. Same chodzące doskonałości. Przecież to nie jest normalne...

Normalne są błędy. Jedynie futbol dostarcza ich w skali porównywalnej z innymi niż sport dziedzinami życia. Do pokonania rywala wystarczy przecież ledwie 1:0. Ta jedyna bramka meczu paść może po bezmyślnym faulu w polu karnym, bramkarskim kiksie, trywialnym golu samobójczym czy pomyłce sędziego. Podobnie jak wakacje popsute ciągłą ulewą każde z tych zjawisk jest równie nieodwracalne. Błędy jednostek pod eufemizmem "nieprzewidywalności" są właśnie tym, za co ludzie kochają futbol.
Wystarczy parę kliknięć, by uzbierać cały almanach dowodów, że kompilacje bramkarskich wpadek cieszą się podobnym powodzeniem, co najpiękniejsze akcje w historii piłki nożnej. I nie powinno być w tym nic dziwnego. To ludzkie.

Co ważniejsze, tylko na piłkarskiej murawie od błędów zależy tak wiele. Kroki w koszykówce zdarzają się najwyżej kilka razy w meczu. Czy rzutują na wynik? Przeraźliwie rzadko a wymaga to stosownych okoliczności: ostatnie sekundy meczu, wynik "na styk". Siatkarze zagrywają niekiedy w siatkę (piłkę lub samych siebie) jednakowoż, z racji częstotliwości i wpływu na końcowy rezultat, nazywanie elementu błędu kluczowym dla losów siatkówki byłoby nadinterpretacją. Zaś w hokeju nawet nie ma miejsca na niedociągnięcia: rzeczy dzieją się za szybko i wszyscy na lodowisku niestety! umieją jeździć... Spektakularne faux pas na miarę Nemanji Vidića w finale Ligi Mistrzów wynagradza (nie)doskonałości wszystkich innych dyscyplin sportu. Już słyszę te głosy scholarów Statlera i Waldorfa, że: "A łyżwiarstwo figurowe?! Co z rajdami? Wszak pomyłek tu co nie miara!" Tylko, że pląsy łyżwami na punkty są nudniejsze od "Mody na sukces", a po szutrach od Andów po Nową Południową Walię śmigają dziś "aż" 2 fabryczne teamy. Słownie: dwa. DWA! Jak można traktować takie "sporty" poważnie? Wyrok wskaźników oglądalności pozostaje równie niemy co bezwzględny.

Piłkarze tacy jak my

Ograniczona podaż absolutnych futbolowych geniuszy sprawia, że żadna drużyna nie składa się z jedenastu Fàbregasów. To dobrze. Dopełnia to ludzkiego pierwiastka piłki nożnej jako sportu niedoskonałego. I dzięki temu nawet w największych klubach świata jest miejsce dla piłkarzy właśnie "niedoskonałych", często w roli zmienników lub zadaniowców, jak Makélélé za swych najlepszych czasów, czy Gattuso. Nie mam tu na myśli piłkarzy-ciamajd w rodzaju Arkadiusza Głowackiego czy Paula Robinsona permanentnie stanowiących potencjalne niebezpieczeństwo dla własnej drużyny. Oni są zwyczajnie słabi i nie ma w tym absolutnie nic ujmującego ni godnego szacunku. Nie szanujesz adwokata, który z powodu swej niekompetencji przegrywa Ci sprawę.

Ale jak najbardziej, przynajmniej z mojej strony, zasługują na szacunek solidni piłkarze-rzemieślnicy. Mają swoje jawne braki, popełniają pomniejsze błędy (tego kalibru, jakie zdarzają się co dzień każdemu z nas), jak np. niedokładne podanie raz na jakiś czas albo innego rodzaju nieporadność; jednocześnie pozostając wolnymi od talentu do metodycznego sabotowania reszty drużyny. Rzetelnie wykonują swoją pracę. Nikt nie tytułuje ich gwiazdami, nie zostają piłkarzami roku FIFA, raczej nie goszczą na opakowaniach chipsów. I przez to bliscy są zwykłym ludziom. Boiskowe obowiązki wypełniają po cichu i poprawnie, nie schodząc poniżej typowej dla siebie formy. Nie "najwyższej", ale "wysokiej". Obserwując ich grę nie liczymy na fajerwerki w rodzaju rabony w co drugiej akcji. Ale mamy pewność, że X zagra dobry mecz i zrobi wszystko, by przyczynić się do triumfu swojej drużyny. Na tyle, na ile jest w stanie. Futbol jest nam wszystkim tak bliski także dlatego, że dla piłkarzy tych też jest miejsce w finale Ligi Mistrzów, w drużynach tworzących historię. Piłkarzy takich, jak Sylvinho.

Rzemiosło wyniesione do rangi sztuki

Miałem okazję oglądać kilka miesięcy temu "Ostatnią wieczerzę" i spośród 25 minut, jakie w kaplicy kościoła Santa Maria delle Grazie ma każda grupka zwiedzających, każdą sekundę wykorzystałem na przeróżne sposoby: kontemplując pod kątem i na wprost, w ruchu i bezruchu, z bliska, z daleka. Uzasadnia to ogromny rozmiar: 460 na 880 cm. Niesamowite dzieło sztuki i niesamowite wrażenie. Ale tak samo dużym szacunkiem darzę impresjonistów - artystów o talencie niewątpliwym acz dużo mniejszym niż geniusz da Vinciego, którzy dzień w dzień łapali ten sam wschód słońca w polu sto kilometrów od domu albo malowali swoją muzę na werandzie przez tydzień, bo padające promienie słońca tylko przez dwie godziny nadawały krajobrazowi stosowny układ barw. Impresjonizm zakładał wyjście z zatęchłych pracowni, odrzucenie wygody atelier i zostawienie nabożnej tematyki duchownym. Tkwiła w tym jego magia, bo naturalizm portretów zwykłych ludzi w zwykłych sytuacjach, jak wypoczynek, posiłek czy podróż, to wizja malarstwa dalece bliższa odbiorcy.

W tym samym znaczeniu bliższy kibicom jest Sylvinho niż C. Ronaldo, który dzięki talentowi, ale też autokreacji i zadęciu mediów, stał się postacią równie realną co "Spiderman" z kinowego ekranu.
Taki zmiennik to skarb

Ewidentnie niebędący piłkarskim bogiem były obrońca Arsenalu nigdy nie był idolem milionów, a jego plakat na czyjejś ścianie wywołałby prędzej zdziwienie niż zrozumienie. Silvio pracował w inny sposób niż spektakularne bramki czy efektowny drybling przy każdej nadarzającej się okazji. Solidny, pracowity, niegdyś znakomity kondycyjnie brazylijski obrońca szacunek zaskarbiał sobie tym, że po prostu zawsze można było liczyć na jego dobry występ; bez fajerwerków, ale po prostu "dobry".

Raczej niewielu z nas wyobraża sobie bycie Messim czy Drogbą. Ale czyż postawienie siebie na miejscu Sylvinho nie jest już całkiem realne? Albo wspomnianego Gattuso, którego szanuję odkąd pamiętam. Piłkarz tak technicznie surowy, jak to tylko możliwe, ale nadrabiający te braki niesamowitą walecznością. By grać, przeniósł się niegdyś nawet do Rangersów (włoski piłkarz-imigrant w szkockiej lidze), a do AC Milan trafił ze spadkowicza Serie A, egzotycznej Salernitany. Ale na Peppe Meazza od pięknej piłki są inni, Gattuso ma odmienne zadania i zawsze oddaje im całe serce i wszystkie siły. A dziś wielkiego Milanu jest drugim kapitanem. Historia jak z bajki o Kopciuszku Nicole...

Pamiętam Sylvinho jeszcze z czasów Arsenalu, jako sympatyk "Kanonierów" obserwowałem go wielokrotnie. Grał w podstawowym składzie i niby było OK, choć bez szału - i w sumie nic dziwnego, że w drugim sezonie wygryzł go młody, szybki i przebojowy Ashley Cole. Silvio jako piłkarz ambitny poszukał swojej szansy na wyjściową jedenastkę gdzie indziej. Znalazł przystań w Galicji, na 3 sezony straciłem go z pola widzenia. Powrócił na nie w glorii transferu na Camp Nou. To była jednak cicha gloria, bo Silvio był tamtego okienka (lato 2004) nabytkiem najskromniejszym. Barça kupiła aż 8 piłkarzy, z juniorów dołączał Messi. Zresztą, wielu culés nie zauważyło zakupu Sylvinho po części dlatego, że kosztował ledwie 2 miliony euro, 3 razy taniej niż niejaki Maxi López... Jeśli ktoś czytał "Regulamin tłoczni win" to zna w pełni znaczenie słowa "przydatny". Sylvinho podczas swego pobytu na Camp Nou był przydatny na ten właśnie sposób; można było liczyć na jego dobry występ zawsze i bez względu na okoliczności. Nie miało znaczenia czy wchodził z ławki czy grał w pierwszym składzie, czy grał po miesięcznej przerwie albo kilka spotkań z rzędu.

Finał Ligi Mistrzów i udział w tryplecie: wisienka na torcie "zwykłej" kariery

Nie chciałbym tu szusować w stronę prób mitologizowania brazylijskiego obrońcy. W ciągu 3 lat w Celcie rozegrał prawie tyle samo spotkań co przez 5 w barwach azulgrana. Praktycznie zawsze był w Barçy "tylko" rezerwowym. Ale pełnił tę rolę z wyjątkową godnością i podziwu godną świadomością własnego, ograniczonego, potencjału. Nie aspirował żadną wypowiedzią ani żadnym zachowaniem na boisku do miana gwiazdy. Lecz czy kiedykolwiek zawiódł barcelonismo? Moim zdaniem: nigdy.

Jego rola w Barçy z sezonu 2008/2009 nie była inna. Do trypletu przyczynił się jako jeden z wielu i zasługi te trudno nazwać pierwszoplanowymi. Ale zadanie swe przez cały sezon spełniał sumiennie. O jego solidności jako zmiennika świadczyły m.in. oceny na tych łamach; wysokie na tyle, że pozwalały mu nawet wskakiwać do "Jedenastki Miesiąca". Na tle takich poprzedników jak Oleguer, zawalający bramkę w finale LM 2006 (nie zapomniałem, że nie upilnował "swojego" Sola Campbella) taka niezawodność urastała na Camp Nou do rangi wartości. I właśnie ze względu na swych poprzedników w formacji obronnej Barçy, potrafiłem doceniać tę solidność, jaka cechowała Silvio. I dlatego tak usilnie zachęcam do uszanowania jej dziś, gdy jego kariera w Barcelonie dobiegła końca.

W Rzymie zagrał Silvio w zastępstwie. W obliczu czerwonej kartki Abidala z Chelsea, pojawiła się dla niego szansa na występ od pierwszych minut, wszak Silvio wydawał się wyborem naturalnym. Ale ranga finału LM jest dużo większa niż wymagania meczów z ligowymi średniakami czy nawet Copa del Rey. Zapewne dlatego Pep Guardiola wątpił, czy Brazylijczyk podoła MU, czego wyrazem było sprawdzenie Carlesa Puyola na lewej stronie w finale CdR. Abstrahując od tego, że kapitan Blaugrany raczej nie sprawdził się na tej bardzo nietypowej dla siebie pozycji, Pep nie mógł tak zagrać w Rzymie: wykartkowany był Dani Alves. Puyol niezbędny był po prawej stronie. Toteż pojawiły się pogłoski o możliwym występie Keity na lewej obronie, którym nie przeczył nikt, mimo że stanowiły ewidentne wotum nieufności wobec Silvio. I nagle głos zabiera sam Malijczyk i stwierdza wprost, że w tym miejscu boiska "nie czułby się komfortowo i powinien tam wystąpić Ktoś Inny" (vel Silvio Mendes). Zaiste nie jest łatwo wystąpić w finale Ligi Mistrzów, gdy nie jest się piłkarzem wybitnym.

Sylvinho zaufania nie zawiódł i z Anglikami zagrał na swoim zwykłym, porządnym, poziomie. Nie strzelił pięciu bramek. Nie miał nawet asysty. Cały sezon spełniał swoje zadania i zwyczajnie spełnił je w finale LM. Harował, biegał, bronił, wspierał, pomagał. Tak jak potrafił. I nie popełnił żadnego istotnego błędu. Nie strzelił samobója, nie wykreował karnego, nie osłabił potencjału drużyny czerwoną kartką. Może nie ustrzegł się jakichś drobniejszych niedociągnięć, ale zwykli ludzie też nie są ideałami. Zrobił swoje, przyczynił się do zwycięstwa. W tym właśnie tkwi jego cicha wielkość. Biorąc pod uwagę jego funkcję w drużynie - to było i jego zwycięstwo, osobiste Małe Mistrzostwo Świata. Zauważył to Pep pozwalając dotrwać brazylijskiemu obrońcy do ostatniej minuty na boisku, dostrzegli kibice po ostatnim gwizdku ze wzruszeniem obserwując łzy wzruszonego sportowca.

Z pozoru "zwykła" kariera "zwykłego" piłkarza. A jednak okraszona magicznie, poprzez aktywny wkład w historyczny triumf. Oddajmy hołd znakomitemu rzemieślnikowi.


[źródło: Własne]

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (46)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze