Wielki triumf Ferrana Torresa nad hejterami

Mateusz Doniec

20 godzin temu

142 komentarze

Fot. Getty Images

"Proszę, niech to będzie gol". Ferran Torres powtarzał te słowa pod nosem, gdy sędziowie analizowali jego trafienie w meczu z Arabią Saudyjską. Hiszpania prowadziła już wysoko, wynik był rozstrzygnięty, a kolejna bramka nie miała większego znaczenia dla losów spotkania. Dla niego miała jednak znaczenie ogromne. Chciał wreszcie trafić na tym mundialu, odpowiedzieć na narastającą krytykę i choć na chwilę uciszyć tych, którzy ponownie zaczęli podawać w wątpliwość jego wartość.

Gol nie został uznany. Ferran znajdował się na spalonym, więc zamiast upragnionego przełamania dostał kolejną zmarnowaną okazję i następny powód do żartów. Futbol kazał mu jeszcze poczekać.

Ostatecznie gol nadszedł. Tyle że nie przy wysokim prowadzeniu w fazie grupowej, lecz przy stanie 0:0 w dogrywce finału mistrzostw świata. Nie był piątą bramką w rozstrzygniętym spotkaniu, lecz jedynym trafieniem meczu, które dało Hiszpanii drugie mistrzostwo świata.

Trudno o piękniejsze domknięcie tej historii. Ferran prosił o gola, który miał zamknąć usta krytykom. Dostał bramkę, po której może już nie zamknął ich wszystkich, bo to przecież niemożliwe, ale przynajmniej odebrał im najprostszy argument. Od tej chwili można krytykować jego słabe mecze, pudła i dłuższe okresy bez trafienia. Znacznie trudniej dalej przekonywać, że Ferran Torres jest piłkarskim nieudacznikiem.

Ferran Torres wszedł z ławki i w 106. minucie zdobył jedynego gola meczu z Argentyną. Gola, który dał Hiszpanii drugie mistrzostwo świata. Gola, po którym jego nazwisko znalazło się na zawsze obok Andrésa Iniesty, Mario Götze, Lionela Messiego, Kyliana Mbappé i innych zawodników trafiających do siatki w najważniejszym spotkaniu piłkarskiego świata. Nie oznacza to oczywiście, że Ferran nagle stał się piłkarzem tej samej klasy co Messi czy Mbappé. Ferran okonał czegoś, czego nikt nie będzie już mógł mu odebrać.

Możemy długo dyskutować o jego technice, skuteczności, podejmowaniu decyzji czy przydatności w ataku Barcelony. Możemy zastanawiać się, czy powinien rozpoczynać najważniejsze spotkania i czy jest wystarczająco dobry, by pełnić funkcję podstawowej "dziewiątki". Jedna dyskusja powinna się jednak właśnie zakończyć.

Ferran Torres nie jest piłkarskim nieudacznikiem

Nie stał się w niedzielę napastnikiem idealnym. Nadal będzie marnował sytuacje. Prawdopodobnie już przy najbliższej dogodnej okazji, której nie wykorzysta, w mediach społecznościowych ponownie wypłyną sardynki i inne stworzenia morskie. Nadal może rozegrać słaby mecz, zniknąć na kilka tygodni i w pełni zasłużyć na krytykę. Gol w finale mundialu nie jest kartą pozwalającą mu grać źle bez żadnych konsekwencji. Czym innym jest jednak krytykowanie zawodnika za konkretny występ, a czym innym sprowadzanie całej jego kariery do słowa "patałach".

Patałach nie utrzymuje się przez kilka sezonów w Barcelonie. Patałach nie zdobywa dla niej 21 bramek w jednym sezonie. Patałach nie dochodzi do 70 trafień w jej barwach i nie znajduje się w TOP 10 strzelców wszech czasów La Rojy. Patałach nie wchodzi z ławki w finale mistrzostw świata, nie strzela w dogrywce jedynego gola i nie odbiera nagrody dla najlepszego piłkarza spotkania. Ferran może mieć wiele wad, ale nie jest "patałachem" czy "piłkarskim nieudacznikiem".

W sezonie 2025/26 rozegrał dla Barcelony 49 spotkań i zdobył 21 bramek. W LaLidze trafił 16 razy, dzieląc z Lamine'em Yamalem Trofeo Zarra dla najlepszego hiszpańskiego strzelca rozgrywek. Łącznie w pierwszym zespole Barçy uzbierał już 70 goli w 216 występach. Nie są to liczby kandydata do pomnika przed Camp Nou, ale tym bardziej nie są to liczby człowieka, który trafił do wielkiego futbolu przez pomyłkę.

Oczywiście, że miewał dołki. W minionym sezonie zdarzył mu się okres kilkunastu występów bez trafienia. Na mundialu również długo nie był bohaterem. Tracił miejsce w składzie, marnował okazje i przed finałem pozostawał bez gola. Krytyka jego konkretnych występów często była uzasadniona.

Tyle że w przypadku Ferrana proporcje od dawna były zaburzone. Pudło natychmiast stawało się wiralem i potwierdzeniem wszystkich wcześniej przygotowanych tez. Gol uznawano za coś oczywistego, co napastnik przecież "musiał" zrobić. Kiedy nie trafiał, nie nadawał się do Barcelony. Kiedy trafiał, rywal był za słaby, bramka zbyt łatwa.

Ferran zdobył jedyną bramkę finału mistrzostw świata. Pokonał Emiliano Martíneza w dogrywce spotkania, na które patrzył cały piłkarski świat. Hiszpania nie miała już kolejnego meczu, w którym trzeba było potwierdzić formę. Po tym trafieniu pozostało tylko odebrać puchar. Jak na człowieka, któremu tak często zarzuca się brak skuteczności, wybrał całkiem niezły moment, żeby wykorzystać swoją okazję.

Stale musi coś udowadniać

Cały etap Ferrana w Barcelonie przypomina niekończący się egzamin, podczas którego za każdą poprawną odpowiedzią natychmiast pojawiało się kolejne pytanie.

Najpierw musiał udowodnić, że warto było wydać na niego 55 milionów euro. Następnie, że może występować jako środkowy napastnik. Gdy zaczął regularnie zdobywać bramki, należało wykazać, że robi to również w ważnych meczach. Kiedy strzelił w finale Pucharu Króla, nie wystarczyło to, by dyskusja została zakończona. Zawsze znajdował się kolejny powód, by ponownie podać jego jakość w wątpliwość. Najtrudniejszą walkę Ferran musiał jednak stoczyć nie z obrońcami, kibicami czy dziennikarzami, lecz z samym sobą.

Publicznie opowiadał o głębokim kryzysie psychicznym, utracie pewności siebie i poczuciu, że znalazł się w "studni bez dna", z której nie potrafił się wydostać. Zaczął regularnie korzystać z pomocy psychologa. Przyznał, że wszystko zaczęło na niego wpływać, a obsesyjne myślenie o zdobywaniu bramek odbierało mu radość z gry. Obiecał wówczas Xaviemu, że ponownie stanie się sobą.

Z czasem stworzył tę słynną postać "rekina" i coraz odważniej mówić o własnej wartości. Można było się z tego śmiać. Wielu się śmiało. Było w tym czasami coś zabawnego, zwłaszcza gdy chwilę po kolejnej deklaracji pewności siebie Ferran nie wykorzystywał dogodnej sytuacji. Łatwo było jednak przeoczyć, że ta cała rekinia otoczka nie była tylko kampanią wizerunkową. Była również zbroją człowieka, który wcześniej niemal całkowicie stracił wiarę w swoje umiejętności.

Rekin czasami nie trafiał nawet w wodę. W finale mundialu ugryzł jednak dokładnie wtedy, kiedy trzeba było.

Ostatecznie życie jest sprawiedliwe. Ludziom, którzy pracują, wkładają w coś wysiłek, upadają, podnoszą się i ponownie walczą, życie zawsze w końcu coś oddaje, czymś ich nagradza. Jestem szczęśliwy, że to właśnie on zdobył dziś bramkę. Przejdzie do historii, a właściwie już się w niej zapisał, ale zapracował na to i w pełni na to zasłużył.

- Luis de la Fuente

I mamy mu tak po prostu pozwolić odejść?

Wszystko dzieje się dodatkowo w momencie, gdy coraz głośniej mówi się o możliwym odejściu Ferrana do Paris Saint-Germain. I nagle okazuje się, że wielu kibiców nie jest już tak przekonanych, czy Barcelona rzeczywiście powinna się go pozbywać. Kiedy pozostawał w klubie, można było bez końca wyliczać jego ograniczenia. Kiedy pojawiło się ryzyko, że zabierze go Luis Enrique, perspektywa się zmienia.

Nie chodzi wyłącznie o to, że Barcelona wciąż nie sprowadziła nowego środkowego napastnika. Ferran zna system Hansiego Flicka, może występować na kilku pozycjach, regularnie dochodzi do sytuacji i gwarantuje liczby. Nie jest zawodnikiem doskonałym, ale zdecydowanie nie jest również balastem, który można bez większego żalu wyrzucić za burtę.

Julián Álvarez prawdopodobnie jest napastnikiem bardziej kompletnym. Być może lepiej łączy grę, daje więcej między liniami i ma wyższy sufit. Można jednak zapytać, czy różnica pomiędzy nim a Ferranem rzeczywiście jest tak ogromna, jak kwota, którą Barcelona musiałaby zapłacić Atlético Madryt. Zwłaszcza teraz, gdy jeden z nich właśnie zdobył jedynego gola w finale mundialu na oczach drugiego.

Nie oczekuję, że od poniedziałku wszyscy zostaną fanami Ferrana Torresa. Nie trzeba zapominać o jego słabszych meczach, zamykać oczu na pudła ani udawać, że każdy kontakt z piłką jest częścią genialnego planu. Ferran jeszcze nieraz zirytuje. Jeszcze niejeden raz zasłuży na niską ocenę. Zasłużył jednak również na coś, czego odmawiano mu zdecydowanie zbyt długo: na szacunek.

Przeszedł przez poważny kryzys. Odbudował pewność siebie. Wywalczył swoje miejsce. Strzelił sporo goli dla Barcelony. Został bohaterem finału Pucharu Króla. A kiedy podczas mundialu ponownie zaczęto go skreślać, odpowiedział jedyną bramką finału i dał Hiszpanii mistrzostwo świata.

Jeśli nawet to nie wystarczy, żeby przestać traktować Ferrana Torresa jak piłkarski żart, to prawdopodobnie nie wystarczyłoby już nic. Hejterzy oczywiście wrócą. Być może już przy następnym pudle. Internet nie rezygnuje przecież tak łatwo ze sprawdzonych formatów. Tyle że od teraz za każdym żartem o "sardynce" będzie stała 106. minuta finału mistrzostw świata.

A tego ugryzienia nie zapomni już nikt.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (142)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy