Po remisie Realu Madryt z Realem Betis klubowa telewizja Los Blancos tradycyjnie skupiła się na arbitrze.
O braku rzutu karnego dla Realu Madryt za zagranie ręką: Dopuszczenie takiej akcji i jej nieukaranie... To znaczy, chociaż w tym ujęciu, które oglądałem, mogło się wydawać, że Jude Bellingham jest na spalonym, to nie jest na spalonym. W pełnej akcji wyraźnie widać, że Bellingham nie jest na spalonym, więc należy podyktować rzut karny. Nie podyktowano rzutu karnego, więc znowu "ręka w kieszeni", po raz kolejny. I powtarzam - uwaga - jeśli potem przy jakimś kontakcie... Jeśli decydują, że tę akcję anulują lub unieważniają przez spalonego Bellinghama, to gdzie są te linie? Gdzie są te linie? Nie pokazano obrazu. Więc znowu widać nieprawidłowość, żeby nie powiedzieć manipulację, już na poziomie transmisji telewizyjnej, bo te ujęcia nie są pokazywane. Więc kiedy podejmujesz decyzję, musisz pokazać, na jakiej podstawie ją podjąłeś. Za chwilę pozwolę wam mówić o piłce, o tym, co sądzicie o autokrytyce, o czym chcecie, ale prawda jest taka - i mówimy to zarówno gdy zespół wygrywa, jak i remisuje - że każda analiza piłkarska zostaje całkowicie zepchnięta na margines przez tego typu akcje lub decyzje, a także przez osoby, które za nimi stoją.
O ręce Brahima: W przerwie zadawano bohaterom meczu pytanie o to, czy była ręka Brahima. Ręka, którą - swoją drogą - pokazywano kilka razy, a przecież piłka była przyklejona do ciała i go trafiła... No dobrze, więc cała ta kontrowersja budowana przez transmisję, narrację, polegała na tym, że Real Madryt był faworyzowany przez rzut karny po rzekomej ręce Brahima, podczas gdy nikt nie mówił o tej bardzo wyraźnej ręce Ricardo Rodrígueza przy stanie 0:0. Cóż, LaLiga Negreira. A potem, jeśli w ogóle można mówić o piłce - jak często powtarzamy - nie jest grzechem grać źle. Grzechem jest sędziować w taki sposób, co jest godne pożałowania.
O rzekomym konflikcie interesów: Kolejny bardzo ważny wątek dotyczy konfliktu interesów. Okazuje się, że prezes LaLigi - Javier Tebas - poza tym, o czym mówiłeś wcześniej, czyli że Barcelona płaci mu za ratowanie jego firmy i tak dalej, jest jednocześnie wiceprezesem Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Ale nawet pomijając fakt, że jest wiceprezesem federacji, wszyscy wiedzą, że to on tak naprawdę nią rządzi, bo Rafael Louzán jest człowiekiem działającym w jego interesie. Formalnie prezesem jest Louzán, ale w praktyce wykonuje to, co poleca jego "szef", czyli Tebas. W efekcie dochodzi do sytuacji, której przez lata w świecie futbolu starano się unikać - mieszania interesów i wpływów.
Komentarze (23)