FC Barcelona pokonała 1:0 Celtę Vigo i na sześć kolejek przed końcem utrzymuje dziewięciopunktową przewagę nad Realem Madryt. Z czego zapamiętamy ten mecz?
1. Wygrana okupiona stratami
Wczorajsze zwycięstwo rzecz jasna cieszy, ale jego koszt może okazać się wysoki dla FC Barcelony. Kontuzje João Cancelo oraz przede wszystkim Lamine Yamala to sygnał alarmowy przed kluczową fazą sezonu. Szczególnie uraz nastolatka może być dotkliwy, bo to właśnie on w ostatnich tygodniach praktycznie jednoosobowo odpowiadał za kreowanie sytuacji.
Wymuszona zmiana skrzydłowego pokazała też, jak bardzo góruje on nad swoim zmiennikiem. Roony Bardghji, zawodnik, którego kibice często chcieli oglądać częściej, wreszcie dostał swoją szansę, ale trudno powiedzieć, aby ją wykorzystał. Teraz już chyba mniejsze zdziwienie budzi fakt, że Hansi Flick nieczęsto posyłał go na boisko.
Problemy kadrowe są zresztą szersze – wciąż niedostępny pozostaje przecież Raphinha. Biorąc pod uwagę, że Robert Lewandowski nawet nie pojawił się dziś na boisku, z ofensywnego tridente z pierwszego sezonu pracy Hansiego Flicka niewiele zostało. To może oznaczać istotny cios dla ofensywy zespołu w nadchodzących, kluczowych spotkaniach.
2. Nie dać nadziei
Wygrana zaledwie 1:0 z Celtą Vigo może na pierwszy rzut oka wyglądać niepozornie, ale w rzeczywistości ma ogromną wartość dla Barçy. Przewaga nad Realem Madryt z pozoru daje bardzo duży komfort, jednak kalendarz nie pozostawia złudzeń – przed Blaugraną dwa bardzo wymagające wyjazdy, najpierw do Getafe, a potem do Pampeluny. W takich warunkach, zwłaszcza przy licznych problemach kadrowych, każdy punkt jest na wagę złota.
O Realu Madryt można wiele powiedzieć, ale z pewnością należy docenić to, że ten klub wielokrotnie udowodnił, że potrafi walczyć do końca. Z tego względu, przedłużenie zwycięskiej serii jest kluczowe, aby nie napędzić zespołu Królewskich, zwłaszcza przed nadchodzącym bezpośrednim starciem.
Dlatego właśnie to takie zwycięstwa – wywalczone, skromne, ale konsekwentne – są fundamentem mistrzowskich sezonów. Barcelona nie traci rytmu i bezlitośnie punktuje, a to w tej fazie rozgrywek jest absolutnie kluczowe.
3. Czas na defensywę
FC Barcelona zagrała wczoraj na zero z tyłu. To wniosek oczywisty, ale przy zwycięstwie 1:0 każdy stracony gol oznaczałby automatycznie stratę punktów, dlatego koncentracja i odpowiedzialność w defensywie były absolutnie kluczowe.
Tym bardziej warto to docenić, bo Celta Vigo w przeszłości potrafiła być dla Barcelony bardzo niewygodnym rywalem, a w składzie ma przecież takich zawodników jak Iago Aspas czy Borja Iglesias. Tym razem jednak goście praktycznie nie stworzyli poważnego zagrożenia pod bramką Joana Garcíi.
Na szczególne wyróżnienie zasługują obrońcy, na czele z duetem stoperów. Pau Cubarsí i Gerard Martín grali twardo, agresywnie i z dużą pewnością siebie, skutecznie neutralizując napastników rywali. Bardzo dobrze w rolę asekurującego ich wszedł także Eric García, który dodatkowo dbał o balans i spokój w rozegraniu. Przy nie najlepszej skuteczności z przodu, to solidna defensywa może przesądzić o wygraniu meczu.
4. "A kto powiedział, że to był przypadek?"
Trudno nie odnieść wrażenia, że gdy za system VAR odpowiada Carlos del Cerro Grande, niemal zawsze mamy do czynienia z kontrowersjami. Pięćdziesięcioletni arbiter wręcz przyciąga stykowe sytuacje przy akcjach ofensywnych Blaugrany. I co znamienne – niemal zawsze kończą się one anulowaniem gola, często w okolicznościach budzących spore kontrowersje.
Dzisiejszy mecz był kontynuacją osobliwej serii del Cerro Grande. Ferran Torres znakomicie wykończył akcję po podaniu Pedriego, jednak po analizie VAR trafienie nie zostało uznane z powodu minimalnego spalonego. Sytuacja była na tyle "na styku", że – jak to zwykle bywa w takich przypadkach – pozostawiła więcej pytań niż jednoznacznych odpowiedzi. Portal ArchivoVAR stwierdził, że VAR pod dowództwem doświadczonego arbitra nie po raz pierwszy popełnił błąd.
Nie chodzi o snucie teorii spiskowych, ale przy takiej powtarzalności trudno nie zadać sobie pytania: ile w takim nagromadzeniu kontrowersyjnych sytuacji przypadku, a ile złych intencji? Fakt, że po każdym spotkaniu z tym arbitrem dyskutujemy na ten sam temat zaczyna wyglądać co najmniej jak statystyczna anomalia.
5. Piąte koło u wozu
Na koniec nie sposób nie odnieść się do kwestii organizacyjnych, za które odpowiada LaLiga pod światłym przewodnictwem Javiera Tebasa. Wyznaczenie spotkań Realu Madryt i FC Barcelony dopiero na godzinę 21:30 w środku tygodnia znacząco komplikuje życie kibicom.
W praktyce oznacza to, że mecze kończą się około 23:30, co dla wielu fanów obecnych na stadionie staje się realnym problemem logistycznym. Część z nich zmuszona jest opuszczać trybuny przed ostatnim gwizdkiem, by zdążyć na ostatnie kursy metra czy innych środków transportu publicznego.
Wczorajsze spotkanie tylko uwypukliło ten problem. Z powodu konieczności reanimowania jednego z kibiców spotkanie zostało na dłuższy czas przerwane. Choć to oczywiście całkowicie zrozumiałe, sprawiło to, że mecz zakończył się jeszcze później niż pierwotnie zakładano. W efekcie powrót do domu stał się dla wielu fanów jeszcze bardziej wymagający.
Właśnie dlatego takie godziny rozgrywania spotkań budzą uzasadnione wątpliwości. Warto byłoby przewidzieć choćby minimalny bufor czasowy, szczególnie z myślą o najmłodszych kibicach oraz tych, którzy mieszkają poza samą Barceloną. Dziś organizacja kierowana przez Javiera Tebasa coraz częściej zdaje się pomijać dobro tych, którzy w teorii powinni być istotną częścią tego widowiska.
Komentarze (51)