Kolejny sezon dobiega końca i kolejny raz okazało się, że na zwycięstwo w Lidze Mistrzów będziemy musieli poczekać jeszcze przynajmniej rok. Podczas rozważania przyczyn odpadnięcia z Atlético, warto jednak zadać sobie pytanie – czy aby na pewno powinno to być dla nas zaskoczeniem?
Nie chcę robić z FC Barcelony Dawida, który zmierzył się z potężnym Goliatem o twarzy Diego Simeone, ale lektura pomeczowych komentarzy sprawiła, że zacząłem się zastanawiać, czy aby nie żyję w zakrzywionej rzeczywistości.
Mam wrażenie, że to, jak genialne pokolenie wychowanków „wyprodukowała” La Masia i to, jak świetnym szkoleniowcem okazał się Hansi Flick, spowodowało, że oczekiwania kibiców oraz mediów w stosunku do Barcelony nie współgrają z jej aktualną sytuacją.
Po pierwsze, odpadnięcie z Atlético to żadna „kompromitacja” czy „wstyd”. Od kiedy na ławce los Colchoneros zasiada Diego Simeone, Argentyńczyk był górą czterokrotnie i czterokrotnie musiał uznawać wyższość kolejno Taty Martino, Luisa Enrique (dwukrotnie) i wreszcie Hansiego Flicka. Ważniejsze jest jednak to, że wszystkie dwumecze pomiędzy Barçą a Atlético były niezwykle wyrównane – tylko jeden na osiem z nich zakończył się różnicą więcej niż jednej bramki (czyli… dwóch).
Po drugie, zerknijmy na to, jakie możliwości reakcji na boiskowe wydarzenia mieli Diego Simeone oraz Hansi Flick. Niemiec na Camp Nou wprowadził na boisko trzech wychowanków (Gaviego i Balde wracających po kontuzjach i Fermína, który doznał urazu głowy kilka godzin wcześniej), Araujo, który część sezonu przegapił z uwagi na kłopoty natury mentalnej oraz Ferrana Torresa – kupionego za przeszło 50 milionów. W końcówce 2021 roku.
Argentyńczyk z kolei skorzystał z usług Pubilla (16 milionów euro), Sorlotha (32 miliony), Baeny (42 miliony), Almady (21 milionów) oraz Nico Gonzáleza (wypożyczenie z opcją wykupu za 28 milionów). Łącznie rezerwowi zawodnicy Atlético kosztowali niemal 140 milionów euro. Do tego aż czterech z nich dołączyło do drużyny ostatniego lata.

Rewanż to tylko dalsza część tej samej historii. Flick chcąc odwrócić losy dwumeczu posyła do boju Lewandowskiego (38 lat, niemal tyle co milionów latem 2022 roku), Rashforda (wypożyczony z opcją wykupu, z której zapewne Barcelona nie skorzysta), Roony’ego (2 miliony euro) wspomnianego Araujo oraz Frenkiego de Jonga (zawodnik pierwszego składu, duża inwestycja dokonana w 2019 roku). Simeone odpowiada wspomnianymi Baeną, Gonzálezem oraz Sorlothem i dokłada Johny’ego Cardoso (24 miliony euro wydane ostatniego lata).

Na tej samej zasadzie moglibyśmy przejść przez podstawowe jedenastki i porównać np. zimowe ruchy obu zespołów – Lookman za 35 milionów euro vs darmowe wypożyczenie Cancelo. Álvarez za 75 milionów vs wspomniany wcześniej Ferran za połowę tej kwoty. Nie ma jednak takiej konieczności - zakładam że rozumiecie już, o co mi chodzi. Dajcie Flickowi gwiazdora Manchesteru City i dorzućcie w zimę przebojowego skrzydłowego, uzupełnijmy to topowym kreatorem oraz napastnikiem LaLigi. Zobaczymy, co się stanie.
A dopóki to nie ma miejsce, to pytanie brzmi – co właściwie świadczy o tym, że to Barcelona była murowanym faworytem tego dwumeczu?
Gdyby tylko…
Dlatego właśnie jestem bardzo niezadowolony z faktu, że „zabrakło niewiele”. Minimalna, jednobramkowa porażka w dwumeczu tylko napędza zwyczajowe wymówki. Można obwinić sędziów, można narzekać na niewykorzystane sytuacje (do tej pory nie wiem, jak Fermín nie trafił w bramkę), można gdybać, że przy krótszej trawie, innej porze meczu albo bardziej korzystnym ułożeniu planet, udałoby się awansować. Można mówić o odpadnięciu z podniesionymi głowami, pocieszyć się, że przecież „graliśmy lepiej”. Można nawet zaśpiewać: „nic się nie stało”.
Można – ale moim zdaniem do niczego to nie prowadzi. Bo czas wreszcie zauważyć, że o ile piłkarze oraz trener wykonują swoją pracę, to nie robi tego zarząd oraz dyrekcja sportowa. I być może stąd skierowanie przez nich uwagi na sędziów.
Atlético jest tu wyłącznie najświeższym przykładem. Ale przecież niejedynym. To, że Barcelona zmierza po piąte trofeum w ostatnich latach, a Real Madryt może nie wygrać żadnego, jest wręcz kuriozalne. To, że Materace tracą do Barçy 22 punkty w ligowej tabeli, to aberracja. To właśnie te wyniki osiągane drugi sezon z rzędu przez najmłodszą kadrę w TOP5 Europy są nienormalne – a nie odpadnięcie w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
A gdy spojrzymy jeszcze szerzej, to zobaczymy, że to nie Atlético czy Real wydają dużo – tylko Barça wydaje skandalicznie wręcz mało. Nie na tle największych, ale europejskiego standardu. Jasne, „pieniądze nie grają”, ale jednak ich brak znacząco utrudnia rywalizację. A na dłuższą metę trudno aspirować do miana najlepszego zespołu w Europie, gdy w rankingu wydatków netto w ostatnich pięciu sezonach zajmujesz miejsce nr 39.
Czas albo zaakceptować swoje miejsce albo wreszcie wziąć się za robotę. Hansi Flick zasługuje na poprowadzenie, a Lamine Yamal na liderowanie zespołowi odpowiadającego ich umiejętnościom.
Nie stać nas, by zmarnować kolejne lata, jak zrobiono to z najlepszym piłkarzem w historii, nie umiejąc otoczyć go właściwymi szkoleniowcami i kolegami. Bo przecież zabrakło niewiele i za rok będzie kolejna okazja na podniesienie upragnionego uszatego pucharu…
Komentarze (104)