Joan Laporta: Hansi Flick zasłużył na przedłużenie, ale on woli pod koniec sezonu przeanalizować sytuację i zdecydować [cz. 2/2]

Mateusz Doniec

3 kwietnia 2026, 15:00

MonEsport

4 komentarze

Fot. Getty Images

Joan Laporta udzielił obszernego wywiadu dla MonEsport, w którym odniósł się do sytuacji sportowej i ekonomicznej FC Barcelony. Prezydent klubu poruszył m.in. rolę La Masii, politykę transferową oraz przyszłość zespołu w najbliższych latach.

MonEsport: Kryzys ekonomiczny, o którym pan wspomniał wcześniej, będący konsekwencją działań poprzedników, sprawił, że zwróciliście wzrok ku La Masii i niższym kategoriom. Zrobiliście to z konieczności czy dlatego, że naprawdę wierzycie w szkółkę Barcelony?

Joan Laporta: No przecież! Wierzę! Robiłem to już w mojej pierwszej kadencji. W tej kwestii nie ma co do mnie wątpliwości. Zawsze miałem w głowie, że najlepsza Barça – a właściwie najlepsze Barcelony w historii – to te, w których mieliśmy trzon złożony z wychowanków, uzupełniony zawodnikami wielkiej jakości z zewnątrz.

Nie zawsze tak było...

Ale zawsze byli ludzie z domu, którzy wyznaczali ducha, tożsamość. W Dream Teamie byli wychowankowie. Był Pep Guardiola, który był tego uosobieniem, był Víctor Valdés... Ferrer, Sergi Barjuan... Zawsze byli i uważam, że to było bardzo ważne. Oczywiście wraz z piłkarzami z zewnątrz, o ogromnej jakości: Laudrup, Stoiczkow, ekipa Basków, jak Bakero czy Txiki, którzy dla mnie też byli swoi... [Śmieje się]. W każdym razie byli to ludzie, którzy rozumieli, co oznacza Barça. Barça Sześciu Pucharów to byli zawodnicy, którzy wychowali się w klubie... W Barçy, którą miałem zaszczyt prowadzić, byli Piqué, Puyol, Xavi, Busquets, Iniesta, Pedro... To byli piłkarze, którzy przyszli albo z Barçy Atlètic, albo również ukształtowali się w La Masii. Dla mnie to zawsze było ważne, bo to najlepszy sposób, by ci, którzy przychodzą z zewnątrz, mogli się zintegrować. Przyjeżdżał Ronaldinho, Eto’o czy Deco i wiedzieliśmy, że mogą liczyć na ludzi z domu, którzy wyznaczali kierunek. A co dzieje się teraz? Teraz mamy ich mnóstwo!

Właśnie dlatego, z powodu tej liczby, pytam, czy to było konsekwencją konieczności, czy realizacją tego celu, utrzymywanego przez lata...

Założenie było takie, by La Masia była centralną osią naszego projektu sportowego, ale masz też rację, że pomogło to nam w momencie, gdy wyjście na rynek było trudniejsze. Mimo to wychodziliśmy na niego, bo...

Z cierpieniem!

Z cierpieniem zawsze! [Śmieje się]. Cierpimy zawsze, ale sobie poradziliśmy. Byliśmy wystarczająco sprytni. Odwaga w tym aspekcie była cnotą. Mieliśmy też szczęście, że w futbolu juniorskim, w podstawie, pracowano bardzo dobrze. Wypromowaliśmy do pierwszego zespołu zawodników o ogromnej jakości. Zbiegło się to tak, że Cubarsí, Marc Bernal, Casadó, Lamine pojawili się w tym samym czasie. Cubarsí-Bernal-Lamine byli kręgosłupem kadetów Barçy. Wraz z innymi piłkarzami z tamtego zespołu, którzy dziś są w Barça Atlètic. Xavi Espart, który teraz został wypromowany, też jest z tego rocznika. Mamy takich zawodników jak Pedri, który, choć nie jest z La Masii, jest uosobieniem stylu Barçy, mimo że z Wysp Kanaryjskich, a także Gavi, który jest z La Masii, Fermín, który również jest z La Masii... Mamy Balde, Gerarda Martína, odkrycie Flicka, które daje bardzo dobre rezultaty, Erica Garcíę, który jest z domu... Jest trzon zawodników, którzy funkcjonują i którzy, tak, sprawili, że La Masia stała się centralną osią, jakiej chcemy.

To sprawiło, że nie musieliśmy iść na rynek przy tych trudnościach, jakie mieliśmy, ale mimo wszystko sprowadziliśmy Lewandowskiego, sprowadziliśmy Koundé, sprowadziliśmy Raphinhę, sprowadziliśmy Ferrana Torresa, sprowadziliśmy teraz Rashforda, Roony’ego, Cancelo, który daje bardzo dobre wyniki... Bo Olmo uważam za swojego, tak? W każdym momencie sprowadzaliśmy piłkarzy, o których prosili trenerzy, i udawało nam się to. W pewnym momencie poprosili nas o Gündoğana i udało nam się go sprowadzić. Jakoś sobie radziliśmy.

Powtórzę: często z cierpieniem ponad miarę...

To było bardziej wyzwanie niż cierpienie. To były wyzwania, które sobie wyznaczaliśmy, wyzwania, których inni zapewne by nie podjęli, a my je podjęliśmy. I daliśmy radę.

Czy zaczynamy już widzieć moment, w którym Barça będzie mogła kupować normalnie?

Normalnie... Pomyśl, że wszystkie kluby LaLigi mają ten problem. To są zasady kontroli ekonomicznej, które muszą istnieć i są dość surowe. Ale chodzi o to, by rozmawiać z Komitetem Kontroli Ekonomicznej i wyjaśniać im nasze propozycje. My będziemy teraz osiągać 1,1 miliarda euro przychodów, czyli więcej niż zakładano w budżecie. To bardzo pomoże nam w uzyskaniu fair play potrzebnego do przeprowadzania transferów. Licząc wszystko, już tego lata mielibyśmy fair play na poziomie czterech milionów. Przedstawione przez nas sprawozdania pośrednie uwzględniają większy wolumen przychodów i mam nadzieję, że Komitet Kontroli Ekonomicznej to uwzględni i przyzna nam fair play potrzebne do transferów bez napięć.

Chcę jednak jasno powiedzieć, że nie jesteśmy zmuszeni do transferów. Będziemy transferować tylko wtedy, gdy dyrekcja futbolowa poprosi nas o jednego lub dwóch zawodników, którzy mogą wzmocnić ten wielki zespół, jaki mamy, bo uważam, że przede wszystkim powinniśmy doprowadzić do tego, by ten zespół się konsolidował i nie został rozbity. Ten zespół jest bardzo konkurencyjny. Mamy bramkarza najwyższej klasy, którym jest Joan García, mamy Ter Stegena, gdy wróci do zdrowia, mamy Szczęsnego. Potem mamy bardzo mocny kręgosłup, z zawodnikami ogromnej jakości... Krótko mówiąc, przede wszystkim musimy utrzymać zespół, jaki mamy, a jeśli potem trzeba będzie go wzmocnić, powie nam o tym dyrektor sportowy.

Z tym wielkim zespołem, ile tytułów chce pan zdobyć w tym sezonie?

Nie każ mi tego mówić, Vicent. Jestem wielkim optymistą [śmiech] i powiedziałbym ci nawet te, których już nie możemy wygrać...

Puchar Króla!

Co jest prawie tak, jakbyśmy go wygrali po wyniku, jaki osiągnęliśmy tutaj. Nie odrobiliśmy strat o włos. Gdybyśmy mieli wtedy północną trybunę, prawie na pewno byśmy odrobili! Jestem bardzo optymistyczny i prawda jest taka, że na tę chwilę możemy powiedzieć – i to właśnie chcemy dalej mówić po kwietniu – że jesteśmy kandydatami do wygrania rozgrywek, w których uczestniczymy.

W klubie, którego kibice zwykle są dość chłodni podczas meczów, porozmawiajmy o sektorze dopingującym, który zawsze był źródłem kontrowersji i napięć. Od wyrzucenia Boixos Nois aż po ostatnią kampanię wyborczą.

Bardzo dobrze rozumiem ten sektor, bo od dziecka...

Bo gdyby pan mógł, to i teraz by pan tam chodził!

To pewne! Jestem tego absolutnie pewien! Gdybym teraz miał 16, 17, 18 lat, wiem, gdzie bym poszedł. Zresztą właśnie tam chodziłem w tym wieku. Wtedy nazywało się to "de general". Dlatego bardzo dobrze rozumiem, czym jest sektor kibicowski na Can Barça. I rozumiem sektor, który rozumie futbol, i sektor, który rozumie Barcelonę. Widziałem sektory dopingujące na innych stadionach, których nie chcę dla naszej drużyny i naszego klubu. Są różne charaktery, które należy szanować, ale są sposoby dopingu, które podobają mi się bardziej niż inne. Dla mnie idealny albo najbardziej "nasz" był ten z dnia rewanżu z Atlético Madryt w półfinale Pucharu Króla. To był przykład tego, czym powinien być sektor, który teraz nazywamy Gol 1957, na pamiątkę roku, w którym zainaugurowano nowy stadion. To jest model sektora, jaki mi się podoba.

Czy to było improwizowane?

Nieee. To, co zrobiliśmy, to rozmowa z grupami, które chciały wrócić, z szeregiem warunków, żeby nie spadały na nas kolejne grzywny. I myślę, że zachowali się bardzo dobrze. To prawda, że skala tych grup jest taka, jaka jest. Jeśli mamy ją stopniowo powiększać, aż do 1200 osób, które zmieszczą się za bramką, to tak zrobimy. Zrobimy to i mam nadzieję, że nastąpi naturalna i akceptowana przez wszystkich integracja.

Ci ludzie nie płacą za wejście...

To prawda. Ci ludzie nie płacą za miejsce. Mamy listę oczekujących, którzy od wielu lat czekają, by je mieć. Niektórym z nich damy rozwiązania, żeby mogli iść na Gol 1957. Lista będzie się przesuwać, dopóki będą wolne miejsca. Zresztą na tej liście oczekujących jest ponad 5000 zapisanych, którzy staną się posiadaczami karnetów na Spotify Camp Nou dzięki zwiększeniu pojemności.

Skoro już mówimy o płaceniu, składka członkowska i cena karnetu zawsze były w centrum sporów wyborczych. Każdy nowy kandydat zawsze mówi, że je utrzyma, a nawet obniży...

Dzięki składkom socios, którzy płacili je sumiennie od zarania dziejów, Barça jest tym, czym jest. Musimy o tym pamiętać. Dzięki temu, że jest nas już 150 tysięcy socios, możemy mieć takie składki. Składka socios zostanie utrzymana w obecnej formie, z podwyżką o wskaźnik inflacji. Jeśli chodzi o karnet, będzie taki sam jak ten, który mieliśmy na Spotify Camp Nou przed wyprowadzką, również zaktualizowany o koszty życia. Dopóki stadion nie będzie ukończony, ceny będą takie jak teraz. Od 2028 roku, mam nadzieję, gdy będzie gotowy, będą to te same ceny, jakie mieli karnetowicze, z aktualizacją o koszt życia.

Chciałbym podkreślić jedną rzecz, o której trzeba pamiętać. Nadal będzie to najtańszy karnet spośród wielkich klubów Europy. Ponadto nasz karnet obejmuje wszystkie mecze wszystkich rozgrywek. Ostatnio dyskutowałem o tym z przedstawicielem jednego z wielkich klubów, który mówił mi, że ich jest tańszy. Nie, bo karnet tamtego klubu nie daje prawa wejścia na wszystkie rozgrywki. To ważne.

Zawsze oskarżano zarząd – czasem wśród wielkich kontrowersji – o korzystanie z warunków związanych z tzw. wolnym miejscem. Jak teraz będą wyglądały te warunki odsprzedaży?

To zostanie bez zmian. Możemy wprowadzać korekty w systemie wolnego miejsca, ale jest część dla klubu za zarządzanie tym, i jest ona minimalna...

Niektórzy socios zawsze protestowali, że...

Nie akceptujemy natomiast tego, by robić biznes na miejscu. Jest granica. Możesz odzyskać 90 procent tego, co płacisz. Inaczej wchodzilibyśmy...

Klub zatrzymuje zbyt duży procent?

Klub nie zatrzymuje zbyt dużego procentu. Zatrzymuje część za zarządzanie.

To dlaczego socios protestują?

Nie sądzę, żeby wokół wolnego miejsca istniała dziś jakaś wielka kontrowersja...

Była ogromna w pewnych momentach.

W pewnym momencie tak, ale raczej dlatego, że byli socios, którzy w konkretnych chwilach, gdy mecz mógł przynieść dodatkowe dochody, wchodzili w tę dynamikę. Mówiliśmy raz za razem, że tak być nie może. To wydarzyło się przy niektórych meczach, w których prawdopodobnie końcowy rezultat nie był dobry ani dla jednych, ani dla drugich, bo skończyło się tym, że było bardzo wielu kibiców drużyny przeciwnej. Mam na myśli mecz z Eintrachtem w 2022 roku, który był idealną burzą. Był okres Wielkiego Tygodnia, Niemcy przyjechali z dużą ilością pieniędzy, mieli wolne, my wyjeżdżaliśmy na wakacje... Tamtego dnia doszło do idealnej burzy dla tych, którzy chcieli coś na tym ugrać, ale to już się nie powtórzyło, bo Eintracht wrócił i już do tego nie doszło. Podjęliśmy środki, blokując adresy IP, które mogły wywołać taką sytuację, i myślę, że rozwiązaliśmy problem. Nie chcę nigdy więcej dopuścić do takiej sytuacji.

Przypadki takie jak Fermín czy Kika Nazareth, czyli zawodników spoza Katalonii, którzy uczą się katalońskiego i go używają, są przez culés bardzo doceniane. Niektórzy domagają się, by klub poszedł trochę dalej i wpisał do kontraktów przyjazną klauzulę, jeśli można tak to nazwać, proszącą zawodników o naukę katalońskiego, o wykonywanie gestów wobec języka. Czy klub to rozważa, czy wpisanie tego do kontraktu w ogóle nie wchodzi w grę?

Nie. Tego nie rozważamy. W tej kwestii zostawiamy wolność. Zakładając oczywiście, że Barça jest katalońską instytucją, otwartą na świat, że jesteśmy zaangażowani w demokrację, wolności, naszą kulturę i nasz język. Oficjalnym językiem Barcelony jest kataloński. Zawodnicy o tym wiedzą. Jestem też dumny, że ktoś taki jak Fermín, który pochodzi z andaluzyjskiej miejscowości, ma taką wrażliwość. Kika Nazareth, jak mówisz, Portugalska, która tu przyjechała i doskonale mówi po katalońsku... Ostatnio jej to mówiłem. Ale nie tylko ci zawodnicy, są też inni, którzy widząc ten przykład, również się do tego zachęcają.

Jeśli chodzi o język, zawsze uważałem, że to temat bardzo delikatny i że najgorszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest jego narzucanie. Uważam, że trzeba dawać przykład i działać tak, by zobaczyli, że nasz język istnieje, że mówi nim lub rozumie go dziesięć milionów ludzi, że może być bardzo przydatny w pracy albo w relacjach z kolegami z drużyny. Są zawodnicy, więcej zawodników z pierwszego zespołu, którzy idą w kierunku nauki katalońskiego. W rzeczywistości wszyscy go rozumieją. Mamy w zespole wielu zawodników, jak Joan García, Cubarsí, Lamine, Marc Bernal, Marc Casadó, Alejandro Balde... wielu z nich mówi nim na co dzień. Jestem z tego dumny.

Ale nie jest to język ławki ani treningów.

[Uśmiecha się]. Nie jest to język ławki. Językiem ławki jest angielski.

Rozumiem. Angielski.

W futbolu muszę ci też powiedzieć, że są pewne stereotypy trudne do zmiany. Szanuje się wszystkich i próbujemy się wszyscy wzajemnie zrozumieć.

To dokładnie sprzyja angielskiemu i hiszpańskiemu.

I katalońskiemu też, bo w szatni również mówi się po katalońsku. Po katalońsku też mówi się w szatni. Nasza relacja między Katalończykami jest po katalońsku. Ale jeśli mówi mister, to zazwyczaj robi to po angielsku. [Śmieje się]. Na szczęście nie po niemiecku, bo wtedy też byśmy się nie zrozumieli. Inni zawodnicy, przede wszystkim Latynosi, na co dzień mówią po hiszpańsku. Są piłkarze, którzy mówią po hiszpańsku i dobrze się z tym czują. To nie jest wieża Babel, bo ostatecznie wszyscy się rozumiemy, ale każdy używa języka, który jest dla niego najwygodniejszy. Przyszli tacy zawodnicy jak Lewandowski czy De Jong, którzy są tu już od dawna i... Na przykład De Jong rozumie kataloński, ale lepiej wyraża się po hiszpańsku. W każdym razie zawodnicy szanują kataloński i podoba mi się to, że można z nimi przeprowadzać wywiady po katalońsku, a oni odpowiadają.

Czy nie powinno się być bardziej wymagającym wobec katalońskiego w La Masii?

Ale przecież już to robimy.

Na pewno?

Już to robimy.

To dlaczego wychodzą z La Masii zawodnicy, którzy nim nie mówią?

Zawodnicy La Masii mówią nim wszyscy.

Na pewno?

Tak. Przynajmniej wszyscy go rozumieją. To, czy potem używają go w życiu prywatnym, to już inna sprawa. Ale że nauczyli się katalońskiego w La Masii, to pewne. Mamy bardzo wyraźne przykłady.

Messi.

Lamine! [Śmiech].

Kiedy zostanie ogłoszone przedłużenie kontraktu Flicka? Jesteśmy blisko?

Flick... Na spokojnie porozmawiamy o tym pod koniec sezonu. On nie odczuwa takiej potrzeby. To człowiek bardzo uczciwy wobec samego siebie i bardzo profesjonalny. Lubi mieć... Myślę, że zasłużył na przedłużenie, ale on woli pod koniec sezonu przeanalizować sytuację i zdecydować, co trzeba zrobić. Jeśli ma być jeszcze rok, to już go ma. Jeśli trzeba przedłużyć bardziej... ale on lubi mieć rok buforu. Nie jest człowiekiem, który... Myślę, że ma poczucie, że gdyby miał kontrakt na wiele lat, ktoś mógłby uznać, że się na nim opiera. I nie chce, by coś takiego mu się przydarzyło, bo jest bardzo uczciwy wobec samego siebie, bardzo profesjonalny. Lubi być zadowolony z tego, co robi, i rzecz jasna lubi, żeby to było docenione.

I czy zostaną Rashford i Cancelo?

To muszą zdecydować Deco, Bojan i spółka, komisja sportowa, razem z Flickiem. Rashford rozgrywa dobry sezon, strzela gole, notuje wiele asyst. Cancelo moim zdaniem gra nadzwyczaj dobrze. Ma niepodważalną jakość. Cóż, oni to zdecydują.

Czy jest pan świadomy, że w trakcie tej prezydenckiej kadencji Barça będzie świętować 130-lecie?

Ach! Uff! Liczyłem 125-lecie i nie pomyślałem o tym. 125-lecie wymagało wielkich przygotowań, z komisarzem... Rocznice świętuje się co 25 lat.

Ta też panu przypadnie...

No cóż, będzie to kolejny rok Barçy i mam nadzieję, że chwalebny [śmiech].

A przy 150-leciu już pana nie będzie...

Nie. [Śmieje się]. Już mnie nie będzie. Prawdopodobnie nie na tym świecie.

Chciałbym zakończyć, poruszając trochę temat stricte polityczny...

Ej!

Wspomniał pan wcześniej, przy okazji zatrudniania firmy budującej nowy Camp Nou, o zastrzeżeniach, jakie budziły w panu hiszpańskie firmy po tym, co wydarzyło się w Katalonii. Jak dziś widzi pan obecną sytuację kraju?

Zajmuje mnie Barça. Bardzo ekscytuje mnie możliwość kontynuowania dzieła, które wykonaliśmy w Can Barça, i jeśli pozwolisz, nie będę wchodził w politykę. Jak widzę kraj? Nie jestem też nikim, kto miałby dawać rady politykom, bo wiem, że to bardzo trudne. Bardzo trudne jest wszystko, co dzieje się w kraju. Od amnestii, która została przyznana, ale nie została zastosowana, co uważam za niesprawiedliwe. A potem są konsekwencje wszystkiego, co wydarzyło się w naszej niedawnej przeszłości... Chciałbym zobaczyć, jakie wnioski zostały z tego wyciągnięte. Jakie wnioski jako lekcję dało nam wszystko, co się wydarzyło. Czekam trochę na to, by zobaczyć, jak katalońska klasa polityczna zareaguje na wszystko, co ostatnio nas spotkało. Teraz przyjdą wybory samorządowe, w 2027 roku i...

Ale już pana to nie motywuje.

Nie, nie, nie. Motywuje mnie Barça. Absolutnie motywuje mnie Barça. Barça, nie możemy się mylić, dla milionów i milionów ludzi jest uczuciem. I uważam, że dla większości Katalończyków, poza tym, że jest uczuciem, jest sposobem promowania i obrony naszego języka, naszej kultury, naszych praw i naszych wolności. Problem polega na tym, że z poziomu Barçy nie powinniśmy, moim zdaniem, uprawiać polityki partyjnej. Barça co najwyżej jest polityką kraju, bo na całym świecie uznaje się, że Barça jest czymś więcej niż klubem. A zatem mamy bardzo silną reprezentatywność Katalonii. I pięknie jest widzieć, jak akceptują to culés z całego świata. Czy to culés z różnych części Hiszpanii, z Europy czy z reszty świata. Rozumieją znaczenie Barcelony. Ale przede wszystkim Barça jest uczuciem dzielonym przez miliony ludzi, mówi się, że przez 500 milionów osób, które zapewne myślą w różny sposób, ale łączy je to potężne uczucie, jakim jest barcelonizm.

Ale to, że Barça nadal jest czymś więcej niż klubem, to bardzo długa anomalia. Narodowa anomalia. To znaczy, że zastępuje reprezentację narodową, której Katalonia nie ma...

Hmm... Jest czymś więcej niż klubem. Jesteśmy czymś więcej niż klubem i lubimy tacy być. Mnie, jako culé i jako Katalończyka, podoba się, że Barça jest czymś więcej niż klubem. Czy to anomalia, czy nie... Barça z racji swojej historii nadal byłaby czymś więcej niż klubem, bo to kształtowało się na przestrzeni dziejów i nie przestałaby tym być. Kibice Barçy nadal uważaliby, że Barça jest czymś więcej niż klubem, bo od bardzo dawna byliśmy klubem Katalonii i to sprawiło, że staliśmy się czymś więcej niż klubem. Myślę, że to będziemy mieć zawsze.

Niejednokrotnie Camp Nou zamykano za rzeczy, które nie podobały się władzy, i niedawno przechodziła tamtędy też Via Catalana...

I był prezydent, który musiał odejść właśnie z tego powodu, o którym mówisz. Barça zawsze biła w rytmie, w którym bił kraj, i pod tym względem zawsze byliśmy klubem związanym z prawami i wolnościami Katalonii, z promowaniem i obroną naszej kultury i naszego języka. Tak pozostanie. Mimo że dzielimy to uczucie z całym światem, większość Katalończyków właśnie tak rozumie Barcelonę.

Ja na koniec chciałbym wiedzieć, co będzie robił Joan Laporta od teraz do 1 lipca, kiedy znów obejmie prezydenturę.

Proszę bardzo, przygotowujemy plan strategiczny na najbliższych pięć lat, który mieliśmy już dość zaawansowany i który będzie obejmował reformę statutową, którą wdrożymy tak szybko, jak to możliwe. Planujemy też wszystkie cele dotyczące rozwoju Spotify Camp Nou, które chcemy mieć możliwie dokładnie określone. Staram się być stale informowany o wszystkim, co dzieje się w klubie. Nie mogę podejmować aktów rozporządzania i ich nie podejmuję, nie mogę też wykonywać aktów reprezentacji i tego nie robię, ale muszę być informowany o wszystkim, bo poza tym część budżetu na ten sezon została przygotowana jeszcze ze mną jako prezydentem i wynikają z tego pewne odpowiedzialności. To, co robię, to chodzę na mecze domowe, bo obecny zarząd, któremu przewodzi Rafael Yuste, który robi to bardzo dobrze, zaprasza nas na mecze, i mam nadzieję, że jeśli dojdą do jakiegoś finału, to też nas zaproszą [śmiech], bo chciałbym tam być.

I zobaczyć, jak Rafa Yuste podnosi Ligę Mistrzów.

Byłbym ogromnie dumny i szczęśliwy! To mój bliski przyjaciel.

Zrobili już z pana honorowego prezesa Luz de Gas?

[Śmieje się głośno]. No cóż, jakieś zasługi już poczyniłem, ale na razie nie dostałem nawet medalu. To miejsce tutaj, w centrum Barcelony, jest bardzo wygodne i bardzo przyjemne do świętowania różnych rzeczy. Dobrze nas tam traktują.

Zobaczymy, czy uda się tam wrócić pod koniec sezonu.

Bardzo bym chciał!

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (4)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy