Nie udało się. Od początku było wiadomo, że Barcelona stoi przed szalenie trudnym wyzwaniem po porażce w pierwszym spotkaniu z Atlético 0:4. I ostatecznie po ciężkim boju nie udało się wyrównać stanu rywalizacji. Mimo porażki kibice Barçy mogą jednak czuć dumę.
Nie każdy zdołałby się podnieść po takim wyniku pierwszego meczu. Zwłaszcza przegranym w tak miernym stylu. A jednak drużyna Hansiego Flicka to zrobiła. Potrafiła się zmotywować i ze wszystkich sił pracować nad remontadą, której realizacja od początku wydawała się cudem. Barcelona wyszła na rewanż bez strachu, gigantycznie zmotywowana do wiekopomnego osiągnięcia. Od początku narzuciła swoją dominację, wierna filozofii utrzymywania się w posiadaniu piłki i wysokiego pressingu. Stwarzała kolejne sytuacje i pokazywała swoją wyższość jak za najlepszych lat.
Długimi fragmentami Atlético ograniczało się tylko do bronienia. Barcelona skutecznie domykała wyjścia oponentów. Blaugranie nie przeszkodził nie tylko brak tak istotnych piłkarzy jak Robert Lewandowski czy Frenkie de Jong, ale też kontuzja Julesa Koundé. A przecież musiała ona już na początku starcia całkowicia przeformułować plany Flicka. Wprowadzony na tę konfrontację João Cancelo musiał zostać przeniesiony na prawą stronę, a na lewą flankę wrócił Alejandro Balde, który w drugiej połowie… też doznał urazu. To z kolei doprowadziło do konieczności kolejnych roszad. Nawet taki chaos nie powstrzymał Barçy.
Mimo tych zmieniających się warunków Barcelona strzelała bowiem kolejne gole. Wciąż parła do przodu, wcale nie zadowalała się wynikiem. W końcówce niektórzy gracze ewidentnie słaniali się już na nogach. Dalej jednak dawali z siebie wszystko. Bardzo często resztkami sił powstrzymywali rywala, jakimś cudem zgarniali piłkę, wygrywali pojedynek biegowy bardziej "sercem i żołądkiem" niż nogami, wprowadzali akcje na korzystniejsze tory. Pedri nawet odmówił zmiany, gdy miał wejść za niego Marc Casadó, choć widać było, ile kosztuje go ten pojedynek po niedawnej kontuzji.
Niestety, nie każda piękna historia ma pozytywne zakończenie. A przynajmniej w kontekście konkretnych efektów. Barcelona nie zdołała strzelić czwartego gola i wyrównać stanu rywalizacji. Nie brakowało jej wiele. Można teraz rozważać, co by było, gdyby poszczególny zawodnik podjął lepszą decyzję w polu karnym, gdyby sędzia w końcu użył gwizdka po zapasach w "szesnastce". To spotkanie, ten cały dwumecz rozstrzygnął się detalami. I po takim wyniku pierwszego pojedynku Barça może być dumna, że udało jej się sprowadzić starcie do szczegółów.
Mimo porażki mecz zapisał piękną kartę w najnowszej historii Barcelony. Ma on wiele pozytywnych walorów. Blaugrana znów może być inspiracją piłkarskiego świata. Spotkanie stanowiło kolejne potwierdzenie, że ta drużyna nigdy się nie poddaje. Pokazało, że nawet w koszmarnych okolicznościach można nawiązać walkę. Ba, można zwyczajnie udowodnić swoją wyższość piłkarską, która przez różne czynniki nie przełożyła się ostatecznie na rezultat dwumeczu. Bez wątpienia ta siła mentalna w starciu z Atlético może być punktem wyjścia do rywalizacji z każdym zespołem w Europie i zahartować zespół na kolejne wyzwania.
Można się smucić czy wściekać tym, że ostatecznie nie udało się awansować. Ale też nie można nie być dumnym z tej walecznej drużyny, która rzeczywiście nigdy się nie poddaje. Z takim zespołem się utożsamiamy, na taki czekaliśmy po wielu trudnych latach. Z takiej ekipy jest się zadowolonym nawet, gdy przegrywa. Zamykamy Puchar Króla z podniesionymi głowami i czekamy na kolejne wyzwania. Z tą drużyną wszystko jest możliwe, a nawet porażki mają słodszy smak.
Komentarze (47)