Samuel Umtiti wraca w studiu RMC Sports do kulis remontady z PSG – odsłania, jak wyglądały tamte dni od środka: przygotowania Luisa Enrique, luz w szatni mimo 0:4, rosnącą wiarę całej Barcelony i emocje na boisku, gdy wynik zaczął się przesuwać w stronę historii.
Samuel Umtiti: Mieliśmy chyba dwa mecze ligowe tuż przed rewanżem – Luis Enrique powiedział nam: zmienimy taktykę i ustawienie. Przechodzimy na trójkę z tyłu. Powiedział, że wykorzystamy te dwa spotkania, żeby przygotować się na mecz z PSG. Okej, gramy trójką z tyłu. A ci, którzy mają grać na wahadłach, to nie są boczni obrońcy. Neymar kończył jako wahadłowy. Pracowaliśmy nad tym: "jeden na jednego z tyłu. Jeden na jednego, nie obchodzi mnie, jeden na jednego". Przepracowaliśmy konkretne fazy gry i wszystko było jasne.
- W lidze wygraliśmy. Wszyscy mówili: "To nie będzie to samo przeciwko PSG". Pamiętam, że Luis Enrique był wtedy niesamowity. Naprawdę, dla mnie trener fenomenalny, który tak bardzo zmienił mój sposób patrzenia na futbol. Drobiazgi, szczegóły. Sesje taktyczne... rzadko widziałem coś takiego. Skupiony na detalach, niesamowite. I on naprawdę wszystko przygotował. Kiedy mówię wszystko, to dosłownie – powiedział nam: "Spokojnie, oni nam strzelili cztery, my możemy im strzelić sześć. Bez obaw". On wszedł nam do głowy. Miałem wrażenie, że cała Barcelona wierzy, że to możliwe. Nie że "może się uda", tylko że to jest możliwe.
- W dniu meczu patrzę i wszyscy są spokojni. W Hiszpanii jest mniej tej surowości, że w szatni trzeba być poważnym, nie żartować. We Francji jest tego dużo – jak się śmiejesz, to ludzie powiedzą, że nie jesteś skupiony. Tam – zupełnie inaczej. Wszyscy wyluzowani, śmiechy, zero krzyków. A Iniesta? Cały czas spokojny. Mówi ci cicho: "panowie, wiemy, co mamy zrobić, wychodzimy na boisko". I tak samo było wtedy, mimo że dostaliśmy cztery. Patrzyłem na nich i myślałem: "Cholera, dostaliśmy 0:4, a wy tacy zen? Wow". To jest najwyższy poziom. Nawet prasa katalońska była pewna: "Barcelonistas to zrobią".
RMC Sports: Przejdźmy do meczu – kiedy gole się mnożą, czy czujesz na boisku strach u paryżan? Marquinhos, Thiago Silva, cofanie, niepewność...
Tak, widziałem to. Marquinhos – dla mnie to było bardzo widoczne. Thiago Silva też, choć bardzo go lubię, autorytet. Ale myślę, że gdyby PSG chciało nas wysoko pressować, mecz byłby kompletnie inny. Od pierwszej minuty było widać, że Cavani chce pressować, ale reszta mówi mu: "Hej, zostaw, wracaj". Pamiętam to doskonale. To było dla mnie mocne – spodziewałem się, że przyjadą nas zjeść pressingiem. Nie, nic z tego. To nas wprowadziło w mecz, zamiast wybić z rytmu. Dlatego uważam, że PSG nie mogło tego przejść. Jak wygrywasz 4:0 u siebie, przyjedź, dociśnij, strzel gola i po sprawie. Ale oni... oddali nam inicjatywę.
I przychodzi gol Cavaniego. Mówisz sobie: "koniec"?
Nie, nawet nie. Myślę: "będzie ciężko, ale nie koniec"
Przy 3:1, w 86. minucie, przed wolnym Neymara – wierzysz, że awansujecie?
Tak, bo Luis Enrique w odprawie powiedział: "Nawet jeśli strzelą nam gola, spokojnie. Zawsze mamy 2–3 minuty, żeby strzelić im dwa". Dlatego mówię – ta przemowa mnie uderzyła. Jakby mecz był już rozpisany.
Widziałeś później kontrowersyjne sytuacje?
Może z VAR-em byłoby inaczej. Może. Nie wiem. Nie możemy przepisywać historii. Teraz VAR-u używa się do wszystkiego... albo do niczego. Trudno powiedzieć. Finał jest taki, że padło na naszą stronę.
Po golu Cavaniego mieliście duży "dołek". Wciąż wierzyliście?
Tak, mieliśmy słabszy moment. Jak każdy zespół. Był taki moment, że stadion zamilkł. Kompletnie. Odwracam się i mówię do siebie: "Gdzie są ludzie? Czemu nie ma dźwięku?". A to był jeden z nielicznych meczów, gdzie czułem, że stadion... drży. Atmosfera była ogromna. Szatnia po meczu? Szaleństwo. Wszyscy latali. A Neymar - przed meczem powiedział: "Dziś strzelę dwa". I rzeczywiście – zrobił to. Miałem wrażenie, że tego dnia wszystko, co ktoś powiedział – się spełniało. Jak we śnie.
Komentarze (6)