Sebastian Staszewski, autor najnowszej biografii Roberta Lewandowskiego pt. "Lewandowski prawdziwy", opowiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim również o swojej wizycie u Joana Laporty.
Sebastian Staszewski: Joan Laporta to bardzo szczery facet, mogę zdradzić na dzień dobry, bo ja zawsze jadąc do tych wielkich w futbolu, starałem się znaleźć trochę klucz do trafienia do ich serc. No więc porozmawiałem z ludźmi, którzy go znają, i mówię: jaki on jest, co lubi i tak dalej. No i kilka osób, które znały prezesa Laportę, powiedziało mi: wiesz, są dwie rzeczy, które on lubi. Po pierwsze, lubi być doceniony – więc pozwól mu być bohaterem. A po drugie, on jest bardzo bezpośredni.
- No więc ja wymyśliłem sobie taki numer, że przyjechałem do niego z butelką polskiej wódki, dałem mu tę butelkę na dzień dobry, powiedziałem: panie prezydencie, to jest prezent ode mnie, ale też – mówię – od Polaków, którzy są wdzięczni, że tych trzech Polaków, bo też jest Ewa Pajor, Wojtek Szczęsny i Robert Lewandowski, mogą grać w Barcelonie.
- Więc już od samego początku był nastawiony pozytywnie, nawet zapytał: "to co, pijemy?". Ja akurat nie piję wódki, ale mówię: "panie prezydencie, proszę tu sobie otworzyć, jak wygracie Ligę Mistrzów". No więc on już w ogóle był super szczęśliwy i faktycznie – fantastyczny facet. Po godzinie rozmowy przyszła jego sekretarka i mówi: "Spotkanie". A on: "Stop. My tu jeszcze sobie rozmawiamy". Więc było bardzo miło.
- No i Joan Laporta mówi: jak tylko Robert wyczuł, że Xavi, a właściwie jego sztab, przestaje dojeżdżać z treningami fizycznymi, czyli że drużyna będzie słabła, od razu się zaczęło – no to niedobrze, to jest źle, to jest źle. (Rymanowski: I był taki moment, kiedy chyba Lewy wchodził do autobusu, jak podróżowali autokarem na mecze wyjazdowe, i przechodził obok Laporty). I Laporta mówi: za każdym razem widzę tę skwaszoną minę.
Komentarze (9)