Se queda. Nico Williams oficjalnie przedłużył kontrakt z Athletikiem do 2035 roku. Niespodziewanie szybko zakończyła się saga z przejściem Hiszpana do Barcelony. Przyszedł zatem czas na medialne szukanie i rozliczanie winnych, wybór pozytywnych i negatywnych bohaterów telenoweli. Ja ośmielę się powiedzieć, że nikt w tej sytuacji nie zachował się bez zarzutu.
Na wstępie warto przypomnieć pełną chronologię zdarzeń związaną z możliwymi przenosinami Nico do Barcelony. By to zrobić, trzeba się cofnąć aż do lata 2023 roku. Wówczas dyrektorem sportowym Blaugrany był jeszcze Mateu Alemany, a młodszy z braci Williams miał status obiecującego skrzydłowego grającego w Athleticu, którego kontrakt obowiązywał jeszcze tylko przez rok.
Choć niedługo później Alemany odszedł z Barçy, to wkrótce w mediach pojawiły się informacje, jakoby zdążył się jeszcze dogadać z Nico Williamsem, by ten trafił do stolicy Katalonii za darmo w lecie 2024 roku. Szybko okazało się, że nic z tego nie wyjdzie – 1 grudnia 2023 Nico przedłużył kontrakt z Athletikiem do 2027 roku.
W całej sprawie był jednak pewien haczyk: klauzula odstępnego skrzydłowego w dalszym ciągu była niewygórowana i wynosiła około 50 milionów euro. Kolejny odcinek sagi pewnie wszyscy dobrze pamiętają – lato 2024 roku, genialne mistrzostwa Europy w wykonaniu Hiszpanów, współpraca Nico z Lamine Yamalem i powrót doniesień o rychłej przeprowadzce do Katalonii. Efekt? Już pod sam koniec okienka transferowego skrzydłowy oficjalnie ogłosił pozostanie w Kraju Basków. Co ciekawe, nawet jednak wówczas nie zamknął on całkowicie drzwi do przenosin w przyszłości, mówiąc: „Jak tylko wylądowałem w Bilbao, rozmawiałem z moimi rodzicami i bratem, po czym zdecydowałem, że najlepszym wyjściem będzie pozostać jeszcze rok tutaj”.
Wydawało się, że nawet jeżeli Hiszpan ostatecznie zmieni klub, to jego nowym pracodawcą nie będzie Blaugrana. Joan Laporta twierdził publicznie: „Był jednym z kandydatów ubiegłego lata. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Daniego Olmo. To świetny piłkarz, ale na ten moment uważam, że rozważają [Deco i Flick] inne opcje”. Jeszcze w czerwcu Mundo Deportivo donosiło, że w kwestii wzmocnienia lewego skrzydła celem nr 1 Barçy pozostaje Luis Díaz.
Co się zmieniło? Przełomem miało być spotkanie Deco z agentem Nico, o które zabiegać miał właśnie ten drugi. Carlos Monfort, który zauważył Felixa Taintę w stolicy Katalonii pisał: „Pracownicy klubu twierdzą, że ton spotkania był zupełnie inny niż podczas rozmów z zeszłego roku. Tym razem dominowała szczerość, a sytuacja zawodnika oraz jego chęć dołączenia do zespołu Hansi Flicka zostały jasno przedstawione”.
O tym, że coś jest na rzeczy świadczyło wiele czynników, jak choćby wypowiedzi przedstawicieli Barçy (Deco mówiący ”Różni piłkarze, w tym Nico przekazują nam, że chcieliby do nas trafić. Jeżeli okoliczności będą odpowiednie, spróbujemy go pozyskać” oraz Athleticu („Jeśli Nico odejdzie, to trafi do środowiska, które nie jest godne podziwu. Nico trafił do nas jako dziecko, wychowaliśmy go. Kiedy mówi, że już nie chce być w Athleticu, to jest dla nas bolesne”). Klub z Kraju Basków badał „zdolność FC Barcelony do pozyskiwania piłkarzy”, a jego kibice kilkukrotnie niszczyli mural z wizerunkiem Nico. Wszystko wskazywało na to, że transfer jest tylko kwestią czasu.
Ogłoszone dziś przedłużenie kontraktu z Hiszpanem to jeden z najbardziej zaskakujących zwrotów akcji w sagach transferowych ostatnich lat. Spójrzmy na tę sytuację z kilku perspektyw.
Perspektywa Barçy
Zacznijmy od tego, co nam najbliższe, czyli perspektywy FC Barcelony. Moim zdaniem główny grzech ludzi zarządzających klubem to – jak to niestety często bywa – zbyt buńczuczne wypowiedzi w mediach. Na czele jest tu oczywiście Deco, a także sam Joan Laporta. Szereg katalońskich dziennikarzy przekonanych nawet na 150%, że do transferu dojdzie (pozdrawiamy Gerarda Romero) też przecież skądś te informacje czerpał.
Tak otwarta postawa broniłaby się tylko w jednym przypadku: gdyby klub rzeczywiście „zaklepałby” już sobie zawodnika i podpisał z nim kontrakt. W innym przypadku narażasz się na obudzenie się z ręką w nocniku, a to nie przystoi tak wielkiej instytucji, jaką jest Barca. Sytuacja, w której o ostatecznej decyzji piłkarza dowiadujesz się z oficjalnego komunikatu może oznaczać tylko jedno – byłeś zbyt naiwny i ślepo zaufałeś nieodpowiedniej osobie. A w biznesie, zwłaszcza takich rozmiarów, to grzech ciężki. Tym bardziej biorąc pod uwagę, że już rok temu doszło do podobnej sytuacji.
Jednocześnie, choć może to niepopularne, nie mam pretensji do ludzi zarządzających klubem, że nie udzielili Nico Williamsowi „gwarancji”, że w przypadku, w którym nie udałoby się go zarejestrować, ten mógłby odejść za darmo do innego zespołu. To przecież Barça byłaby głównym poszkodowanym ewentualnym brakiem rejestracji: oprócz historycznej, wizerunkowej kompromitacji, ponad 60 milionów euro opuściłoby kasę klubu na marne. Zawodnik powinien grać tu z Blaugraną do jednej bramki, a nie oczekiwać, że całe ryzyko zostanie przeniesione na niedoszłego pracodawcę, podczas gdy on z łatwością „wymiksuje się” z problemu i jeszcze zainkasuje kwotę za podpis w innym klubie. Zwłaszcza, że w przypadku braku rejestracji do rozgrywek... i tak mógłby wystąpić o rozwiązanie kontraktu z winy klubu.
O tym, że zupełnie inna postawa piłkarza jest możliwa, świadczy chociażby sytuacja sprzed kilku tygodni. Joan García stanął przed podobnym jak Nico wyborem – lokalna społeczność, rodzina i media wywierały potężną presję, żeby odmówił Barçy i pozostał w Espanyolu. Bramkarz zdecydował się jednak na transfer, mimo że na chwilę obecną jedynymi zarejestrowanymi do rozgrywek golkiperami Barçy pozostają… Marc-André Ter Stegen oraz Iñaki Peña. Jak na tym wyjdzie? Zobaczymy. Pewne jest już jednak, że on zaufał klubowi i tylko dlatego cała operacja doszła do skutku.
Perspektywa Nico
Na wstępie ustalmy jedną rzecz – zarysowany powyżej kontekst świadczy moim zdaniem o tym, że nie mamy do czynienia z romantyczną historią, w której piłkarz rezygnuje z większych pieniędzy i chwały, by pozostać w klubie swojego dzieciństwa.
Nico instrumentalnie potraktował nie tylko Barçę, ale również i Athletic. Począwszy od ustalenia niewygórowanej klauzuli odejścia w grudniu 2023 roku, poprzez ogłoszenie „pozostania na najbliższy rok” latem 2024 roku, przez niedawne spotkania z kierownictwem Blaugrany aż po dzisiejsze przedłużenie kontraktu, z zachowaniem jednak klauzuli odstępnego na poziomie poniżej 100 milionów euro. Ewidentne wydaje się, że Nico chce mieć wszystkie karty w ręku i samemu być kowalem własnego losu, bez ryzyka, że Athletic będzie miał cokolwiek do powiedzenia odnośnie do tego gdzie i kiedy ostatecznie odejdzie. Gdyby tak nie było, to przecież podpisałby kontrakt taki, jak czynią to choćby gwiazdy Barçy, z klauzulą odstępnego na poziomie miliarda euro.
Choć póki co wśród kibiców Athleticu zapanowała euforia, to warto zastanowić się, jak podejdą do całej sprawy, gdy już emocje nieco opadną. Niezależnie od tego, czy „wybaczą” piłkarzowi, to Nico musi zdawać sobie sprawę z tego, że łaska fanów jeździ na pstrym koniu. Długoletni kontrakt na bajońską sumę obroni się tylko wówczas, gdy skrzydłowy będzie prawdziwym liderem zespołu z Kraju Basków. Nikogo nie zadowoli już wynik jak chociażby ten z sezonu 24/25 – 11 bramek i 7 asyst we wszystkich rozgrywkach. Jest to tym bardziej istotne, biorąc pod uwagę, że Athletic już za chwilę zmierzy się z nowym dla siebie wyzwaniem, musząc rywalizacjować nie tylko w LaLidze oraz Pucharze Króla, ale także i Lidze Mistrzów.
Ponadto, środowisko futbolowe jest niewielkie. Jeżeli prawdą jest, że agent Nico do końca zwodził Barçę i nawet nie poinformował wcześniej o ostatecznej decyzji, to informacja ta szybko się poniesie. To zaś nakaże każdemu zespołowi ewentualnie zainteresowanemu usługami Hiszpana dwa razy zastanowić się, czy aby na pewno nie chodzi tylko o kolejną podwyżkę w Bilbao.
Wszyscy stracą
Można by jeszcze opisać tę sagę z kilku innych perspektyw. Ciekawa byłaby chociażby ta katalońskich dziennikarzy, którzy jak jeden mąż po prostu wyszli na głupków. Wydaje mi się jednak, że dużo bardziej interesującą konkluzją jest to, że ostatecznie na decyzji Nico nie wyjdzie na dobre… żadna z zainteresowanych stron.
Porażka FC Barcelony jest oczywista. Drużyna ze stolicy Katalonii nie pozyska w niewygórowanej cenie piłkarza, który z miejsca wzmocniłby skład i po raz kolejny poniesie straty wizerunkowe.
Sam Nico według mnie również ostatecznie przegra. Nie wykona kolejnego kroku w swojej karierze, przez co ryzykuje, że zasiedzi się w Bilbao tak, jak zrobił to choćby jego starszy brat. A gdy tylko powinie mu się noga, euforyczni dziś kibice z Kraju Basków szybko przypomną sobie jego flirt z Barçą.
Dużo bardziej nieoczywista jest sytuacja Athleticu. Dziś Baskowie mogą świętować decyzję Nico. W gruncie rzeczy jednak, w ich sytuacji niewiele się zmieniło. Williams wprawdzie zostaje w Bilbao, ale biorąc pod uwagę jego nową klauzulę odejścia, klub w dalszym ciągu pozostanie jedynie biernym obserwatorem, jeżeli Hiszpan zdecyduje się odejść - to on samodzielnie wybierze kiedy i do kogo to zrobi. W międzyczasie zaś władze Athleticu mogą być zmuszone regularnie podwyższać pensję swojej gwiazdy, podpisując coraz to nowe przedłużenia kontraktu. Baskowie postawili wszystko na jedną kartę i zobaczymy, czy się im to opłaci.
Pozytywną informacją z punktu widzenia kibiców Barcelony musi być natomiast to, że cała saga zakończyła się już czwartego dnia okienka transferowego. Spokojnie, nudy jednak nie będzie - teraz klub z pewnością ruszy po innego lewoskrzydłowego.
Komentarze (54)