Joan Laporta bez wątpienia jest niezwykle barwną postacią. Wielu culés czuje do niego sentyment, ze względu na kojarzenie go z sukcesami z dawniejszych lat, ale po powrocie do klubu obecny prezydent był głównie krytykowany za sprawy instytucjonalne czy finansowe oraz ogólny bałagan przy zarządzaniu. Nie odmawiając racji różnym zarzutom, warto jednak spojrzeć na to, co zostanie po Laporcie na poziomie sportowym, przynajmniej na ten moment. A w tym obszarze trzeba przyznać wprost – presi znów podniósł Barcelonę z kolan.
Ograniczanie rozwoju klubu do jednego człowieka byłoby oczywiście spłycaniem tematu, bo w grę wchodzi wiele czynników i dużo więcej osób ma na to wpływ, ale dla potrzeb rozwinięcia akurat tego wątku skupmy się wyłącznie na prezydencie. Nie sposób rzecz jasna również pominąć, że Laportę można ocenić przez szereg różnych pryzmatów, taka to niejednoznaczna postać. Negatywnie można postrzegać całe mnóstwo kwestii, permanentne trudności finansowe i te związane z rejestracjami, działanie na ostatnią chwilę, brak strategicznego planowania, chaos decyzyjny, słynne łatanie na trytytki, różne kontrowersyjne zachowania czy stosowanie strategii oblężonej twierdzy w ramach kampanii propagandowych oraz oszukiwanie socios co do terminu oddania nowego Camp Nou. Co gorsza, to wszystko źle rzutowało nie tylko na wizerunek Laporty, ale też samego klubu.
Nie mam zamiaru tych kwestii bagatelizować ani wykazywać się krótkowzrocznością, bo efekt niektórych działań może okazać się w przyszłości niekorzystny. To jasne, że Barça powinna mieć u steru kogoś załatwiającego sprawy z większą klasą, wyrachowaniem, taką pewnością swoich poczynań, dającą bezpieczeństwo krótkoterminowe i długofalowe. A przecież mamy jeszcze temat „szwagrowskiego” sposobu zarządzania i różnych niejasnych powiązań Laporty. Nie będę tu jednak dokonywać jakiegoś globalnego bilansu kadencji prezydenta przy uwzględnieniu wszystkich czynników, skupiam się na tym jednym sektorze działalności, który koniec końców jest ostatecznym celem klubu, czyli na samym sportowym progresie prowadzonego przez niego podmiotu.
Niedoceniany
Dostrzegam bowiem zaskakująco niewiele pochwał pod adresem człowieka, który, czy to się komuś podoba, czy nie, stoi na czele błyskawicznie rozwijającego się klubu, który od ekipy będącej, trzeba jednak ze smutkiem przyznać, pośmiewiskiem w Europie, stała się jednym z faworytów do wygrania Ligi Mistrzów. Zespołem wzbudzającym powszechny zachwyt. Mającym przed sobą wspaniałe perspektywy. Śmietankę spijają Hansi Flick i jego gwiazdy, i słusznie. To oni są i mają być głównymi bohaterami. Warto jednak poświęcić wzmiankę również „szefowi wszystkich szefów”, bynajmniej nie ze Szczecina.
Dziś zaczyna się wspaniały etap w historii Barcelony, jestem co do tego przekonany. Dogłębnie kochamy Barcelonę i chcemy przywrócić radość barcelonismo, żeby wróciły lepsze czasy, które wszyscy mamy w pamięci. Chcemy, żeby stały się teraźniejszością w naszym klubie. Musimy patrzeć w przyszłość z maksymalną dawką optymizmu i siły, a na tej podstawie zmienimy tę sytuację. Ja i moi koledzy z zarządu jesteśmy pewni, że to zrobimy.
Tak Laporta zapowiadał przyszłość po przejęciu prezydentury, tryskając optymizmem i wnosząc w sercach culés cień nadziei po latach marazmu. Jak obiecał, tak zrobił. Tym razem wyjątkowo wykazał się słownością. W aspekcie sportowym znowu podniósł Barcelonę z kolan. Przy wszystkich argumentach krytycznych wobec Laporty (zapewne często ze wszech miar słusznych) to właśnie za jego kadencji doszło do jego realnej odbudowy. To jest fakt, nie opinia. A przecież to on finalnie odpowiada za cały projekt. Krytycy mogą uznawać, że Laporta ma po prostu farta, że jest w czepku urodzony czy po prostu bardziej ma tę czutkę do podejmowania kluczowych decyzji niż wszystko dobrze planuje, ale faktem pozostaje, że obecna sytuacja sportowa klubu jest diametralnie odmienna od tej napotkanej przez prezydenta, gdy wracał do Blaugrany. Joan już po raz kolejny zastał Barcelonę drewnianą, a zostawił murowaną.
Pierwsza odbudowa
Warto pokrótce przedstawić młodszym czytelnikom, skąd pogląd wymieniony w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu. Gdy Laporta wygrał swoje pierwsze wybory prezydenckie w 2003 roku, Barca, mimo Dream Teamu i późniejszych dużych inwestycji czekała 11 lat na triumf w najważniejszych europejskich rozgrywkach, a od 1999 roku na JAKIEKOLWIEK trofeum. Cztery lata całkowitej posuchy. To nawet więcej niż przerwa w zgarnianiu laurów na skutek rządów Josepa Marii Bartomeu. W 2003 roku Barça odpadła z Pucharu Króla po rywalizacji z Noveldą, a w LaLidze zajęła szóstą pozycję. Pod względem punktowym bliżej jej było do strefy spadkowej niż pierwszego w tabeli Realu Madryt. Wielu zawodników się nie sprawdzało, kadra wymagała gruntownej odbudowy.
Laporta błyskawicznie zaczął jednak wprowadzać swoje porządki. Zaczął w charakterystycznym dla niego wielkim stylu, od sprowadzenia Ronaldinho. Z perspektywy czasu chyba wszyscy wiedzą, jak bardzo historię Barcelony zmieniło to (szczęśliwe, bo presi chciał Beckhama) posunięcie, przywracające klub do ścisłej europejskiej czołówki. W pierwszym sezonie nie dało to jeszcze trofeów, Laporta nie miał czarodziejskiej różdżki, trzeba było ciężko popracować nad powrotem Blaugrany na szczyt. Przybycie kolejnych piłkarzy, jak Rafy Márqueza, Samuela Eto’o, Deco czy Ludovica Giuly’ego, bez zapominania o zawodnikach rotacyjnych, stworzyło, w połączeniu z dynamicznie rozwijającym się wychowankami, wspaniałą podstawę zespołu, który w kolejnych latach zdobył swój drugi Puchar Mistrzów, dwa mistrzostwa Hiszpanii i tyle samo krajowych Superpucharów.
Druga odbudowa i fundamenty na kolejne lata
Barcelona znów wróciła na szczyt. Po jakimś czasie formuła się wyczerpała i Laporta musiał zareagować. Jaki był efekt? Stworzenie jeszcze mocniejszej Blaugrany, najlepszej w historii, topowego zespołu w dziejach całego futbolu. Decyzja o zatrudnieniu Pepa Guardioli być może była jedną z najbardziej znaczących i najtrafniejszych przez 125 lat działalności katalońskiego klubu, a prawdopodobnie również jedną z najistotniejszych dla kształtu całego europejskiego futbolu, biorąc pod uwagę, co dał ten szkoleniowiec piłce nożnej. Laporta rozpatrywał różne opcje, ale ostatecznie posłuchał Johana Cruyffa. Trafił idealnie. Dobrego przywódcę poznaje się również po tym, jak potrafi słuchać swoich doradców i po jego zdolnościach do podejmowania dobrych decyzji, mając odpowiedzialność na swoich barkach.
Wyczucie
Guardiola był nieoczywistym wyborem, tak jak nieoczywiste (i być może trochę niesprawiedliwe) było zwolnienie Radomira Anticia, gdy Serb, pracujący zaledwie kilka miesięcy, został pozbawiony posady po względnym uratowaniu sezonu 2002/2003. Trofea bronią jednak decyzji o zatrudnieniu Franka Rijkaarda, który wszystkie swoje sukcesy w roli szkoleniowca zanotował właśnie w barwach Barçy. Nie był wielkim trenerem, ale być może właśnie kogoś takiego potrzebowała Barca, co dostrzegł Laporta. Każdy zatrudniony przez niego szkoleniowiec zdobywał dla Blaugrany mistrzostwo Hiszpanii.
Barcelona pod rządami Laporty potrafiła podjąć wiele innych, ryzykownych lub trudnych decyzji, które na koniec się opłaciły, jak rezygnacja z Ronaldinho czy Deco w 2008 roku i powierzenie odpowiedzialności kolejnej fali talentów z La Masii. Na wymianie Samuela Eto’o na Zlatana Laporta nie wyszedł już tak dobrze, ale drużyna dalej była na szczycie, nawet po zmianie władz klubu. Joana nie było w Blaugranie już od 2010 roku, ale jego działania stworzyły fundament, z którego czerpano przez kolejne lata. Filozofia klubu oparta na stylu gry i stawianiu na wychowanków została ugruntowana także na skutek decyzji prezydenta, dzięki którym po jego odejściu projekt pozostawał mocny przez kolejne lata.
Druga odbudowa – Fortune favours the brave
Okres hossy w końcu dobiegł jednak końca, a efekty rządów Sandro Rosella i Josepa Marii Bartomeu stanowią materiał na oddzielną opowieść. Faktem pozostaje, że Barcelona po latach wpadła w gigantyczny kryzys na literalnie każdym poziomie. Projekt sportowy wygasał, klub miał kolosalne długi, a stał przed koniecznością przebudowy stadionu, działał od jednej afery do drugiej. Sytuacja była fatalna, co miało swoje przełożenie na coraz gorsze wyniki drużyny. Jak trwoga, to do Joana. Tak można chyba było ujmować tę sprawę w Katalonii. Potrzebny był ktoś, kto podniesie klub z kolan, a kto miałby zrobić to lepiej niż doświadczony Laporta, którego aferki sprzed lat blakły przy wspomnieniu wielkości Barcelony, do której się przyczynił, i za którą wszyscy tęsknili?
Warto jeszcze raz podkreślić, w jak fatalnym stanie była Blaugrana. Zdać sobie sprawę, że podniesienie się z takiej sytuacji jest kolosalnym wyzwaniem, którego nie da się zrealizować w chwilę. Potrzebna była odwaga do podejmowania trudnych decyzji, energia, pomysłowość, pozytywne nastawienia. Tak, zdaję sobie sprawę, że mogę trochę brzmieć jak propagandysta Laporty, ale zastanówmy się przez chwilę, czy te zalety prezydenta nie przyczyniły się do poprawy sytuacji. Można było albo niesamowicie zacisnąć pasa, co musiałoby odbić się na wynikach sportowych, i kto wie, gdzie byłaby teraz Barça w tym zakresie, nawet mając trochę zdrowsze finanse, albo grać ryzykownie. Pójść na całość, wszystko albo nic, licząc, że sukcesy napędzą koniunkturę. Wiadomo było, co wybierze Laporta.
Kontrowersyjnym tematem były w tym zakresie dźwignie finansowe. I oczywiście – oznaczają one obniżenie potencjalnych przychodów w przyszłości, co jest w pewnym sensie „zaciąganiem długu na poczet przyszłych pokoleń”. Stały się one wręcz przedmiotem kpin i obrazem braku kompetencji jako prosty sposób rozwiązania trudnych problemów, a do tego wyprzedawaniem klubowego majątku. Zwróćmy jednak uwagę, że pod względem sportowym utrzymały one jakość sportową Barcelony. Nikt nie powie, że transfery Raphinhi, Julesa Koundé i Roberta Lewandowskiego były bez znaczenia. Każdy z nich miał bardzo duży wpływ na sukcesy Barçy. A nie byłoby ich bez odwagi Laporty do podejmowania takich decyzji. Warto się zastanowić, jaka była alternatywa dla tego, co zrobił prezydent. Czy dałoby się osiągnąć obecny stan bez tamtych posunięć.
Kluczowa decyzja
Powiemy, że Barcelona wróciła na szczyt przede wszystkim dzięki pracy Hansiego Flicka. Jasne, ale to właśnie Laporta postawił na niemieckiego szkoleniowca. Prezydent przyznawał, że wybór należał do Deco, ale nie ma wątpliwości, że sam optował za takim rozwiązaniem i ostatecznie go przyklepał. Wcale nie musiał tego zrobić, mógł wybrać kogoś innego. Wszyscy wiemy, że można sprzedawać bajki o cedowaniu odpowiedzialności, ale obecny model zarządzania jest ściśle prezydencki. Gdyby Laporta nie chciał Flicka, to by go nie zatrudnił. Poza tym, to przecież właśnie on postawił na Deco, więc nawet pośrednio sukcesy tego dyrektora (jak i porażki) spływają na konto prezydenta.
Chciałem Flicka od początku, ale ze względu na różne okoliczności nie było to możliwe. Teraz, kiedy stało się to możliwe, po konsultacjach Deco powiedział: "Dobra, pozwól mi to zbadać i zobaczymy". I udało się to zrobić i mamy go tutaj. To zasługa Deco i również Bojana.
Konieczny etap przejściowy
Laporta od przybycia do Barcelony chciał ściągnąć przedstawiciela niemieckiej myśli szkoleniowej, co pojawiało się w wielu doniesieniach prasowych. Trafnie zdiagnozował potrzebę unowocześnienia metod funkcjonowania sztabu Blaugrany i profesjonalizacji całego zespołu. Ostatecznie najpierw postawił jednak na Xaviego w 2021 roku. To nie był jego preferowany wybór i to jest dla mnie jasne – sam miał uznawać, że były pomocnik jest jeszcze „zielony”, jeśli chodzi o pracę trenera, a w trakcie kampanii wyborczej odcinał się od deklaracji w zakresie jego zatrudnienia, jakie czynil Victor Font. Laporta sprowadził go dlatego, że takie było „vox populi”. Xaviego chciał lud, mający dość Ronald Koemana. Laporta zawsze gra na nastroje, próbuje entuzjazmem rozbudzić klub. Dlatego wybrał „katalońskiego wybrańca”, dziecko tiki-taki, kogoś, kogo domagali się kibice, pragnący wrócić do przeszłości. Prezydent spełnił ich oczekiwania.
Wielu ocenia teraz jednoznacznie negatywnie kadencję Xaviego, zwłaszcza w porównaniu z postępami drużyny Flicka. Ale może właśnie takiego etapu potrzebowała wówczas Barcelona, żeby móc dojść tam, gdzie jest obecnie, może to był naturalny proces? Trzeba było odsiać plew, wyłowić talenty, nabrać czasem nawet trudnych doświadczeń, żeby czegoś się z nich nauczyć. Używając terminologii z NBA, „zatankować” w La Masii. Poza tym Barça włożyła jednak do gabloty bardzo cenne trofeum – mistrzostwo Hiszpanii 2022/2023, jako zapowiedź przyszłych sukcesów.
Oko Laporty
Nie jest to więc w żadnym wypadku bezowocny czas, mimo że kadencja Xaviego zakończyła się rozczarowaniem i przyhamowaniem postępów drużyny. Laporta słusznie diagnozował, że ten projekt potrzebuje powiewu świeżości. Lepszego trenera nie mógł zatrudnić. Zobaczymy, jaka będzie przyszłość z Flickiem, ale sukcesy Guardioli i Niemca idą również na jego konto. Przecież nie można wyjmować Laporty z takiego równania, bo bez jego decyzji nie byłoby ich wspaniałej pracy w klubie, sami siebie nie zatrudnili, a właśnie m.in. z takich posunięć rozlicza się prezydenta. Laporta ma pod tym względem całkiem niezły dorobek, że postawił na takich fachowców, gdy obaj byli nieoczywistymi wyborami. Klęska Flicka w roli selekcjonera narodowej reprezentacji sprawiła, że „rynek” zaczął w niego wątpić, a mający oko do szkoleniowców Laporta mu zaufał i zbiera tego owoce.
Laporta zaraża Barcelonę
Warto zwrócić uwagę na zmianę mentalną, jaka zaszła w Barcelonie. Z drużyny powszechnie uznawanej w ostatnich latach za "przegrywów", niepotrafiącej radzić sobie z trudnościami, stała się bandą twardych gości, których nic nie jest w stanie złamać, a przy największych przeciwnościach są w stanie się podnieść. Nie wiem, na ile Laporta miał na to wpływ, na pewno jest to efekt pracy Flicka i jego sztabu, zestawu osobowościowego tej ekipy, ale pierwszy sygnał pewności siebie, optymizmu, entuzjazmu, dał właśnie prezydent, gdy wracał do klubu.
W takiej skali globalnej, także w tym wymiarze marketingowym, rzucenia sygnału do rynku, potencjalnych kontrahentów, zawodników i trenerów, bardzo ważne było publiczne pokazanie, że Barça była, jest i będzie wielka. Przykład idzie z góry, markotny i wyrachowany ekonomista mógłby nie doprowadzić do takiej odbudowy. W temacie wpływu Laporty na cementowanie zespołu oddajmy może głos Pepowi Guardioli:
Był jak słońce, zawsze zachowywał się wzorowo w relacjach z piłkarzami i trenerami. Nigdy nie nakładał na nas presji, to było niemożliwe. Z mojego doświadczenia wynika, że zawsze był wzorem
Tymczasem sukcesy sportowe Barcelony rzeczywiście zdają się nakręcać koniunkturę. Nie chcę jednak wdawać się w dogłębne dyskusje na poziomie finansowym. To materiał do bardzo poważnej analizy i wcale nie wykluczam, że decyzje Laporty mogą sumarycznie wyjść Barcelonie na niekorzyść. Warto jednak zwrócić uwagę, że tamte zastrzyki finansowe pomogły poprawić kadrę i tym samym nakręciły biznes. Zagwarantowały wzrost przychodów z wyników sportowych, wpłyną na kontrakty sponsorskie i reklamowe. Barça znów jest na topie i będzie z tego czerpać dodatkowe korzyści. Nawet jeśli pozbawiła się części przyszłych przychodów. Nie zapominajmy, że klub funkcjonuje jednak na trochę innych zasadach niż normalne przedsiębiorstwa, bo jego celem nie jest zysk sam w sobie, tylko sukces sportowy. Kluczem jest utrzymanie równowagi między obecnymi możliwościami a utrzymywaniem zasobów na kontynuowanie sukcesów w przyszłości.
Bezpieczna teraźniejszość i pewniejsza przyszłość
Przyszłość jest nieodgadniona, ale fakty wyglądają tak, że Barcelona ma obecnie czołową kadrę w Europie. Gdy Laporta przychodził do klubu, największe gwiazdy swoje najlepsze lata miały już za sobą. Trzeba było zacząć podejmować decyzje, co zrobić w kłopotliwej sytuacji, z ich ogromnymi kontraktami. Pozyskane kolejne gwiazdy, jak Dembélé, Griezmann, De Jong czy Coutinho, nie spełniały oczekiwań. Było też sporo graczy niegodnych reprezentowania takiego klubu jak Barca. Kataloński klub miał wielką dziurę pokoleniową, a jedynym światełkiem w tuneli pozostawali Pedri, Ronald Araujo i kontuzjowany Ansu Fati. Teraz Barcelona ma wielu zawodników w sile wieku, którzy najlepsze mają przed sobą, ale też paru bardziej doświadczonych graczy utrzymujących poziom.
Możemy narzekać na poszczególne decyzje, możemy się zastanawiać, czy poszerzenie rotacji w miejsce kupna Olmo nie byłoby lepszym rozwiązaniem. Na pewno tę kadrę można jeszcze usprawnić. Ale trzeba przyznać, że już teraz jest dobrze, dużo lepiej niż było. Co najmniej na kilku pozycjach Barça ma topowych graczy na świecie, do tego coraz większą głębię składu. Podstawa dla wygrywającego zespołu została zbudowana, także dzięki pracy znakomitego sztabu i świetnych dyrektorów w przeszłości, teraz czas na kolejny etap, czyli uzupełnienie luk.
Barcelona nie tylko jest bardzo mocna na teraz. Katalończycy mają też kadrę perspektywiczną, składającą się z młodych zawodników. Nawet w okresie 5-10 lat do wymienienia byłyby raptem poszczególne elementy. Tu nie trzeba będzie robić żadnej rewolucji, co samo w sobie jest znakomitą podstawą do dalszych sukcesów. Systematycznie wypełniać luki, dobrze diagnozować największe braki i nie ma szans, żeby przy rozsądnym prowadzeniu zespołu przez sztab drużyna miała wpaść w kryzys podobny do tego z epoki Bartomeu, gdy wielu jej piłkarzy okazywało się za słabych, a potencjalnych następców nie było szczególnie wielu. Teraz La Masia, której podopieczni znów sięgnęli po triumf w Lidze Młodzieżowej UEFA, może dostarczyć kolejne gwiazdy. Materiału jest pod dostatkiem.
Joan Odnowiciel?
Laporta zatem znowu to zrobił. Podniósł klub na początku tego stulecia, gdy Barcelona nawet nie grała w Lidze Mistrzów. Po jego przybyciu zbudowany został projekt, w którym wychowanków uzupełniali najlepsi piłkarze na świecie lub wartościowi zmiennicy. W 2008 roku położył fundament pod zespół uznawany za najlepszy w historii. Teraz Barcelona z poziomu bankruta i ekipy odpadającej w ćwierćfinale Ligi Europy stała się czołowym faworytem do wygrywania Ligi Mistrzów. Zespołem, który zdemolował na każdym froncie poprzedniego zwycięzcę najważniejszych europejskich rozgrywek, którego każdy ogląda z wypiekami na twarzy. Barcelona znów stanowi wzór do naśladowania. Nic nie wskazuje na to, żeby Barça miała nie być kandydatem do najważniejszych trofeów w kolejnych latach, nie mówiąc o jakimś kryzysie, choćby w połowie tak wielkim jak ten, gdy obecny prezydent przychodził do klubu.
Gdyby Laporta miał przegrać kolejne wybory, to swojemu następcy na poziomie sportowym pozostawi znakomitą sytuację. Młode talenty, świetny trener, znakomity sztab, także ten od spraw fizycznych, na co naciskał Laporta. Oczywiście, to nie oznacza, że jego kadencję można ocenić wyłącznie pozytywnie, można żałować, że w kierownictwie brakuje niektórych fachowców, na przykład Mateu Alemanyego. Ten artykuł nawet nie aspiruje do ujęcia globalnego zarządzania Laporty, bo to temat zbyt obszerny i skomplikowany. Liczę, że ktoś mądrzejszy ode mnie dobrze rozpisze wszystkie za i przeciw także na poziomie finansowym czy instytucjonalnym, z uwzględnieniem skomplikowanej sytuacji, w której trudno było znaleźć dobre rozwiązania. Wad nie brakuje, a ewentualne szkody mogą wyjść dopiero w przyszłości. Skoro jednak pozostaje ona dla nas nieodgadniona, to mimo wszystko trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Laporta znów podniósł klub i na poziomie sportowym zostawiłby go w dużo lepszej sytuacji.
Joan Wielki?
Nie wiem, czy katalońscy potomni nadaliby Joanowi przydomek Wielki, choć w historii często rozmywają się różne wątki i wady, pozostawiając tylko główne rysy narracyjne, często niepoprawnie optymistyczne, które pozostają już w masowej pamięci kolejnych pokoleń. Niezależnie od tego, jak ocenimy Laportę, czy go lubimy, czy nie, wpisał się on do historii Barcelony, a fundamenty, jakie położył, dały klubowi nieprawdopodobny splendor sportowy, czy to w drużynie Ronaldinho, czy w ekipie Guardioli, Messiego i innych gwiazd, czy teraz w maszynie Hansiego Flicka.
Biorąc takiego Laportę, jakiego wzięliśmy, otrzymujemy go „w pakiecie” z wszystkimi wadami. Nie ma ideałów. Rachunek zysków i strat posiadania na stanowisku prezydenta kogoś takiego może być różny, ale pytanie brzmi, czy ktoś o innym zestawie cech zdołałby wyciągnąć klub na taki poziom, z takich tarapatów, jak zrobił to KOLEJNY RAZ Joan (i oczywiście – szereg innych osób związanych z Barceloną). Choć oczywiście sukcesy sportowe nie mogą nam też przysłonić problemów wynikających z działalności Laporty.
Podsumowując, przy wszystkich wadach prezydenta nie można mu odmówić jego historycznego znaczenia dla Blaugrany. Pamiętajmy o tym przy jego kolejnych wpadkach czy absurdalnych wypowiedziach, aby mieć z tyłu głowy chociaż minimalny szacunek dla człowieka o takiej roli w „nowożytnej” Barcelonie. Co z nim zrobi Laporta w kolejnych latach, jaka będzie jego kolejna kadencja (o ile będzie), to już się przekonamy, ale na ten moment, to, co jest najważniejsze, czyli sportowa przyszłość Barcelony, znów rysuje się w jasnych barwach. Także dzięki Laporcie.
PS. Laporta właśnie potwierdził, że będzie ubiegał się o kolejną kadencję. Zbiega się to w czasie z kończeniem przeze mnie tego felietonu, nad którym pracowałem już od pewnego czasu, który stanowił efekt długich przemyśleń na temat działań prezydenta z perspektywy 2021-2025, jego legacy w klubie oraz braku odpowiedniego docenienia na poziomie medialnym, gdzie, zwłaszcza w Polsce, cżęsto spotykała go głównie krytyka. Nie stanowi zatem reakcji na dzisiejsze deklaracje Laporty i nie jest spisany na skutek hurraoptymizmu po zapewnieniu sobie mistrzostwa przez Barcelonę.
Komentarze (87)