Co Barcelona musi zrobić, żeby wrócić do finału Ligi Mistrzów?

Dariusz Maruszczak

7 maja 2025, 16:30

113 komentarzy

Fot. Getty Images

Barcelona była o minuty od finału Ligi Mistrzów, ale ostatecznie nie udało się jej awansować do decydującej rozgrywki. Warto więc rozważyć, co można jeszcze usprawnić w zespole Hansiego Flicka, żeby w kolejnym sezonie być w stanie sięgnąć po najcenniejsze klubowe trofeum. Kwestii do poprawy nie brakuje, nawet jeśli doceniamy postępy drużyny niemieckiego szkoleniowca.

Po wczorajszym meczu z Interem pozostaje żal i niedosyt. W mojej ocenie Barça była najlepszym zespołem w Europie w tym sezonie. Liverpool odpadł już w 1/8 finału, PSG przez pierwszą połowę sezonu wyglądało dość nijako, a reszty zespołów raczej nie ma w takiej dyskusji. Co więcej, do dobrych wyników Katalończycy dołączyli efektowną grę, a ich spotkania stały się ozdobą rozgrywek. Dlatego „sprawiedliwość dziejowa” przyznałaby właśnie Barcelonie najważniejsze trofeum, ale taki juror nie istnieje, a liczą się tylko okoliczności danej rywalizacji i realne trofeum w gablocie. Warto więc zastanowić się, co jeszcze Blaugrana może czy musi poprawić, aby zwiększyć swoje szanse na końcowy triumf w Lidze Mistrzów.

Co z tą obroną?

W pierwszej kolejności trzeba zająć się defensywą. Atak w skali całych rozgrywek robi robotę i odrabia straty w obronie, która daje sobie strzelać zbyt wiele bramek. Barça w Lidze Mistrzów traciła 1,71 gola na mecz. Nigdy w historii zespół z takim wynikiem nie awansował do finału Ligi Mistrzów. Owszem, ofensywne nastawienie musi powodować pewne odsłonięcie się z tyłu, ale faktem pozostaje, że Barça jest krucha w defensywie, rywale za łatwo potrafią stworzyć zagrożenie, często „z niczego”, co niweluje potencjał drużyny. Główne zagadnienie brzmi więc, w jaki sposób można temu przeciwdziałać.

Problemy są wielowątkowe, ale dostrzegam, że zaczyna się trochę zrzucać odpowiedzialność na jednego zawodnika. Znaleźć winnego, najlepiej takiego, w którego łatwo uderzyć, bo od dawna jest krytykowany. Nie zrozumcie mnie źle, Ronald Araujo zawalił i nie ma prawa w takim momencie dopuścić do strzału Acerbiego oraz dać się ograć Thuramowi w dogrywce. Ale moim zdaniem to jest jednak spłycanie tematu, gdy jest on poważniejszy i wykracza nawet poza personalia. Bez Araujo na boisku Barça i tak pozwoliła Interowi na strzelenie czterech goli, podobnie jak Atlético w Pucharze Króla czy Osasunie w LaLidze, a Celcie - na trzy trafienia.

Nie wyciągamy wniosków

Wróćmy właśnie na moment do tej rywalizacji z Atlético w Copa del Rey. Barça w końcówce prowadziła 4:2, ale nadal grała zbyt ryzykownie, nadziała się na dwa ataki Rojiblancos i ostatecznie zremisowała u siebie 4:4. Na Metropolitano udało jej się wywalczyć awans, ale już wtedy można było zwrócić uwagę, że drużyna Flicka za często w takich końcówkach gra zbyt wysoko, za bardzo rozluźnia swoje szyki, co stwarza rywalom miejsce i okazję do zaatakowania.

Podobnie było i teraz, ale tym razem nie udało się przesądzić losów rywalizacji na swoją korzyść. Zwróćmy uwagę na poniższą sekwencję. Mamy 93. minutę, a zmęczeni piłkarze Barcelony znowu idą do pressingu. Drużyna jest rozciągnięta do granic możliwości, a Inter bardzo prostymi środkami tworzy sobie akcję 4 na 4, zakończoną wyrównującym golem Acerbiego. Araujo powinien zablokować stopera Interu, ale do tej sytuacji wcale nie musiałoby dojść, gdyby Barça odrobinę się cofnęła.

O to właśnie mam pretensje do Barcelony – nie wyciągnęła wniosków z przeszłości. Rozumiem, że Flick chce, aby zespół grał w konkretny sposób. Wysokim pressingiem, ryzykownie, stawiając na atrakcyjny, dynamiczny i ofensywny futbol. Super. Jednocześnie trener podkreśla, że kluczowe są trofea. W takim rozrachunku trzeba zatem też czasem kierować się wyrachowaniem i umiejętną reakcją na boiskowe wydarzenia. Wbrew pozorom to nie ci najładniej grający zawsze zdobywają tytuły, częściej są to ci najprzebieglejsi. A Barça wykazała się daleko posuniętą (jeszcze dalej niż jej linia obrony) naiwnością, grając w taki sposób w tym konkretnym momencie.

Hulajnogą na czołg

Oczywiście chcemy, żeby Barcelona była wierna swojej filozofii, ale to wcale nie musi oznaczać bezmyślności i braku rozsądku. A tak oceniam sytuację, gdy przemęczeni piłkarze znowu pressują w końcówce spotkania, robiąc tyle miejsca rywalowi, rozluźniając swoje szyki. We wszystkim musi być umiar, nie można doprowadzać do takich skrajności, jakie wielokrotnie miały miejsce w tym sezonie. Młodzi gracze mogą tego nie wiedzieć, ale tak doświadczony trener jak Flick - powinien.

Nie dajmy się wplątać w bezalternatywne rozważania typu, skoro Barça gra w określony sposób, to musi to robić cały czas, bo inaczej nie będzie mogła stosować swojej filozofii. Wcale nie musi. Tak na marginesie najlepsze zespoły to kameleony, które potrafią dostosować się do okoliczności, ale jeszcze raz podkreślam, że nie chodzi o to, żeby drużyna miała radykalnie zmieniać swój styl. Chodzi o punktowe umiejętne zachowanie się w konkretnych sytuacjach. Przecież Barcelona musi potrafić reagować także przy niskiej obronie, bo takie sytuacje będą w trakcie gry, czy to się komuś podoba, czy nie. Tymczasem drużynie bardzo trudno jest się wtedy zorganizować. Jeden jedyny sposób bronienia na pułapki ofsajdowe to może być za mało w wielkim futbolu i widzieliśmy to wyraźnie w dwumeczu z Interem. Jeśli zespół w niskiej obronie sobie nie radzi, to chyba oczywistym wnioskiem jest to, że jest to element do poprawy dla trenera, bo zamknięcie oczu na problem niczego nie da. 

Styl gry Flicka przynosi drużynie sukcesy i nie chcemy go radykalnie zmieniać, ale można wprowadzić pewne drobne korekty i usprawnienia, które dadzą dużą korzyść i ograniczą ryzyko, gdy nie jest ono wskazane. Moim zdaniem Barça wcale nie musi 100% meczu grać w ten sam sposób, zwłaszcza gdy zawodnikom wyczerpują się baterie i ten pressing staje się zwyczajnie nieefektywny. Nie trzeba też od razu przechodzić w skrajność i bawić się w murowanie oraz wybijanie piłki w trybuny. Można również kontrolować sytuację, cofając się o kilkanaście metrów, niekoniecznie w pole karne, trochę bardziej zacieśnić szyki, i wcale to nie oznacza nagłego zastosowania jakiegoś catenaccio. Moim zdaniem jest to do zrobienia bez szkody dla ogólnego poziomu atrakcyjności gry i mocy w ataku, zwłaszcza że zazwyczaj mówimy w tym kontekście raptem o kilku minutach końcówek meczów. Taki okres da się przetrwać, nawet jeśli nie jest to dla ciebie najbardziej komfortowy sposób gry.

Nie trzeba mi tłumaczyć, że odbiory w pressingu wynikają z wysoko ustawionej linii obrony, jestem zwolennikiem takiej gry. Czasem można jednak ustawić linię nie na 50 metrze (co jest proszeniem się o kłopoty, bo przecież spalone wliczane są właśnie od połowy boiska), a np. na 40. Wtedy nadal można organizować sprawny i spójny pressing oraz łapać rywali w pułapki. Innymi słowy – jestem za ryzykowaniem, ale w Barcelonie bywa on momentami posunięty do granic absurdu. Zwłaszcza, gdy mamy doliczony czas gry i korzystny wynik. Takie okoliczności wymagają rozsądnego podejścia, a nie rzucania się "na hurra" z elektronicznymi hulajnogami na czołgi, bez jakiejkolwiek kalkulacji. Po co, skoro ten pressing i tak nie jest już tak efektywny pod koniec spotkania?

Natomiast jeśli ktoś uważa, że wszystko jest ok, jeśli chodzi o schemat gry w obronie, to niech się może zastanowi, czy bramki padają wyłącznie po koszmarnych błędach indywidualnych, czy może jednak także na skutek zbyt łatwego dochodzenia przez rywali w strefę zagrożenia, często z przewagą liczebną. Ja odnoszę wrażenie, że tych fatalnych pomyłek jest jednak mniej niż w czasach Clementa Lengleta i innych ancymonów. Dodam też, że sam schemat taktyczny mógłby być bardziej elastyczny, z okazjonalnym zastosowaniem umiarkowanego wariantu z bardziej zbilansowanym pomocnikiem w miejsce Daniego Olmo, bo z nim często wychodzi potem tak, że Barça ma wyłączonych z obrony czterech piłkarzy.

Szersza kadra to podstawa

Dużymi problemami okazały się zmęczenie i kontuzje zawodników. Flickowi na decydujący dwumecz wypadli z gry Jules Koundé, Robert Lewandowski i Alejandro Balde, a nie było też np. Marca Casadó. Być może udałoby się uniknąć przynajmniej pierwszych dwóch absencji, gdyby ci gracze byli sensowniej oszczędzani. Niestety niektórzy zawodnicy grali w tym sezonie zbyt wiele. Raphinha znacząco obniżył poziom, bo jest zwyczajnie zajechany tym sezonem. Po Pedrim też widać momentami to zmęczenie.

Więcej o tej eksploatacji piłkarzy pisałem w tym artykule, gdzie można sobie zobaczyć kolosalną różnicę między najczęściej grającymi zawodnikami Interu i Barcelony. Po dwumeczu z ekipą Simone Inzaghiego umocniłem się w przekonaniu, że w skali sezonu trzeba rozsądniej gospodarować siłami swoich gwiazd oraz stworzyć szersze zaplecze. Skoro nie było wzmocnień, to jedynym wyjściem była próba zbudowania kolejnych członków kadry. Innego rozwiązania, poza załamaniem rąk i narzekaniem na los, nie było. A skoro tak, to oczekuję od trenera chociaż podjęcia takiej próby, co niestety nie zostało zrobione. Kilku graczy owszem, było wprowadzanych, ale inni zostali całkowicie zmarginalizowani, co zawężyło kadrę.

Uważam, że można było wprowadzać pewne zmiany, znowu, z umiarem, bez szkody dla wyników, z większym ogrywaniem zawodników. Moim zdaniem teraz nie wypada się ich czepiać, że nie dają poziomu po tym, jak niemal cały sezon spędzili na ławce rezerwowych. Oczekiwanie, że nagle wejdą na półfinał Ligi Mistrzów i staną na wysokości zadania, jest w tych okolicznościach nierealne. Nie wiemy, jak by wyglądali, gdyby dostali szansę na rozwój. Może Hector Fort byłby bardziej jak Marc Casadó niż jak Douglas? Może Pau Victorowi czy Pablo Torre byłoby bliżej do postępów Fermína? Ocenianie ich poziomu przy obecnych warunkach nie ma większego sensu.

Jakie wzmocnienia?

Niezależnie od tego w kontekście przyszłości Barcelona musi umiejętnie rozszerzyć Flickowi pole manewru. Osobną kwestią pozostanie, jak trener będzie korzystał z określonych graczy, ale wzmocnienia są potrzebne na co najmniej kilku pozycjach. Przede wszystkim Alejandro Balde i Jules Koundé muszą mieć sensownych dublerów. Zobaczymy, czy Eric Garcíe stanie się kimś takim dla Francuza, ale pozostaje żałować, że Flick nie sprawdził tego wariantu wcześniej.

W każdym razie nadal uważam, że Gerard Martín nie jest piłkarzem na poziom Barcelony. Super, że wyszły mu asysty w ostatnich dwóch meczach, ale jego błędy w obronie są karygodne, a w ataku zaliczył wczoraj kosmiczną liczbę strat (30) godną skrzydłowego bezustannie kreującego grę i szukającego innowacyjnych rozwiązań, a nie grającego w dość prosty sposób bocznego obrońcy. Asysty w półfinale Ligi Mistrzów będą dostarczać argumentów zwolennikom Martína, ale moim zdaniem to jest ślepa uliczka, bo to po prostu nie jest piłkarz na ten szczebel. Kilka udanych zagrań tego nie zmienia, zwłaszcza przy masowości błędów w najróżniejszych sytuacjach.

Barcelona potrzebuje też stabilniejszego środka defensywy. Niektórym wyda się to herezją, ale dla mnie Iñigo Martínez to jest naprawdę fajny piłkarz na LaLigę, któremu jednak trochę brakuje do najwyższego światowego poziomu. Uważam, że Pau Cubarsí potrzebuje partnera, który będzie ciut lepszy w wielu aspektach gry, przede wszystkim będzie w stanie bardziej dominować w polu karnym. Tego wymaga też konstrukcja środka pola, gdzie nie ma obecnie twardo grającego pomocnika i tworzy się tym samym miękkie podbrzusze w newralgicznej strefie boiska. Dlatego Barça traci tyle goli po stałych fragmentach czy zagraniach sprzed pola karnego.

Na papierze tym dominującym stoperem mógł być Araujo, ale problem w tym, że Urugwajczyk nie wrócił do swojej formy i obecnie wystawianie go do gry to proszenie się o kłopoty. 26-latek nie potrafi już nawet wygrywać na swoich największych walorach – pojedynkach z rywalami. Idealnie obrazują to sytuacje z Acerbim i Thuramem, ale też rozliczne inne sytuacje z tego sezonu. Nasuwa się pytanie – skoro Araujo nie robi nawet tego, to co on w zasadzie ma robić pozytywnego na boisku? Stoper sprawia wrażenie lekko ociężałego i rozkojarzonego, co mogło być zrozumiałe, gdy wyleczył kontuzję, ale z upływem kolejnych miesięcy staje się nie do obronienia. Sytuacja zmierza do rozstrzygnięcia, bo jeśli można wzmocnić środek obrony sensownym zawodnikiem i zarobić na sprzedaży Araujo, to być może jest ku temu idealny moment na taką roszadę. Więcej na temat samego Urugwajczyka można poczytać w tym artykule Przemka Walczaka.

Barcelona na pewno musi też wzmocnić atak, przede wszystkim na skrzydle. Alternatywy z ławki bardzo brakowało nie tylko w starciu z Interem, ale też w skali całych rozgrywek. Gdyby Raphinha zachował względną świeżość do końca sezonu, być może wtedy tak często decydujący Brazylijczyk byłby w stanie wykrzesać z siebie więcej w dogrywce wczorajszego starcia. Trzeba też chuchać i dmuchać na Lamine Yamala, którego obciążenia są bardzo duże, a nie można zmarnować takiego unikatowego talentu serią kontuzji.

Jest też parę innych pobocznych kwestii. Barcelona będzie musiała zdecydować, czy różnicę na jej korzyść jest w stanie robić Wojciech Szczęsny czy Marc-André ter Stegen. Również po drugiej stronie boiska jest o czym myśleć - czy Robert Lewandowski utrzyma poziom na kolejny rok, aby być podstawową "9" takiego klubu jak Barca, czy nadchodzi czas Ferrana Torresa (rewanż z Interem pokazuje, że raczej nie). 

Kolejna szansa za rok

Po rozważeniu tych wszystkich negatywnych kwestii trzeba jednak też powiedzieć wprost – tegoroczna Liga Mistrzów pokazała, że przed Barceloną rysuje się świetlana przyszłość. Można ją poprawić poprzez pewne zmiany w taktyce gry, zarządzanie składem czy wzmocnienie kadry, ale już i bez tego jest dobrze, a klub notuje świetny sezon. Oczywiście nie możemy do takiego artykułu wpisywać losowych kwestii, które też miały wpływ na końcowy wynik rywalizacji z Interem, jak szczęście czy decyzje sędziowskie. Trzeba liczyć się z tym, że zawsze mogą być one niekorzystne dla Barçy, i robić swoje.

Na szczęście Barcelona ma właściwego trenera, który na pewno będzie zmotywowany, aby wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ma świetny sztab i fantastycznych, robiących różnicę piłkarzy, którzy usadowili się w światowej czołówce. Rdzeń pierwszego zespołu jest generalnie młody i można na nim budować. Do tego La Masia stale wypuszcza utalentowanych graczy, o czym świadczy wygranie Ligi Młodzieżowej UEFA, choć w tamtym zespole nie było być może zawodników o największych możliwościach, czyli Guille i Toniego Fernándezów. Barcelona jak najbardziej ma podstawy, by celować w wygranie Ligi Mistrzów w kolejnych sezonach. Szkoda tylko, że trzeba będzie czekać kolejny rok.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (113)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy