Przerwa reprezentacyjna to czas, w którym można choć na chwilę wyhamować i odpocząć od pędzącego w szalonym tempie futbolu klubowego. To sprzyja refleksjom i pozwala spojrzeć na sprawy szerzej niż tylko z perspektywy najbliższego meczu. Pozwala to też właściwie ocenić - a w tym przypadku, docenić - ile już udało się w danym sezonie zrobić.
Tytuł tego artykułu został zaczerpnięty z hasła z koszulek, w których piłkarze FC Barcelony świętowali mistrzostwo Hiszpanii zdobyte w sezonie 2018/19. „8 z 11. To nadzwyczajne, że wydaje się to normalne” (8 d’11. L’extraordinari es que sembli normal). Niewątpliwie miało ono na celu właśnie skłonienie do zatrzymania się na chwilę i docenienia, jak bardzo Barça odjechała ligowym rywalom, wypuszczając tytuł mistrzowski z rąk tylko trzykrotnie w okresie jedenastu lat. A przecież, jak na ironię, akurat to trofeum ligowe ostatecznie miało dla kibiców, w najlepszym wypadku, słodko-gorzki smak. W trakcie fety mistrzowskiej 27 kwietnia 2019 roku większość z nas myślała jeszcze, że będzie to jedynie przystanek na drodze do kolejnego w historii klubu trypletu.
Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, a najbardziej pamiętnym wydarzeniem z tego sezonu została, niewątpliwie, porażka na Anfield i odpadnięcie z Ligi Mistrzów. Chwilę po niej, rozbita drużyna Ernesto Valverde uznała wyższość Valencii w finale Pucharu Króla. Choć chyba mało kto się tego wówczas spodziewał - przecież Josep Maria Bartomeu wydał wówczas kolejne 200 milionów euro na wzmocnienia, sprowadzając Antoine Griezmanna czy Frenkiego de Jonga - to już wówczas rozpoczęły się dla Barçy lata suche. Nie ma co się w nie zagłębiać, wszyscy aż za dobrze o nich wiemy. Dość powiedzieć, że obecny sezon jest pierwszym od kampanii 2018/19, w którym w końcówce marca nasi ulubieńcy pozostają „żywi” we wszystkich rozgrywkach, a my znów możemy śnić o triplete. Sześć lat później, Blaugrana znów zachwyca piłkarską Europę.
Biorąc pod uwagę, że hasłem ze wspomnianych koszulek chciano nam delikatnie dać znać, że jesteśmy jako kibice zbyt rozpieszczeni i przypomnieć, że nic nie trwa wiecznie, teraz warto docenić to zawczasu. By, jak chciał Andy Bernard w The Office, wiedzieć, że jest się w dobrych, starych czasach już w momencie, gdy się je przeżywa, a nie dopiero gdy te bezpowrotnie miną. Zwłaszcza, że drużyna Hansiego Flicka naprawdę dokonuje w tym sezonie rzeczy nadzwyczajnych - a my siłą rzeczy po kolejnych meczach zaczynamy je traktować, jakby były zupełnie normalne. Zatrzymajmy się zatem przez chwilę nad nimi.
To nadzwyczajne, że w pierwszym składzie drużyny już teraz zadomowiło się dwóch piłkarzy z rocznika 2007.
To nadzwyczajne, że na początku sezonu był tam również trzeci zawodnik z tego samego rocznika…
… i to nadzwyczajne, że gdy Marc Bernal doznał kontuzji, to w jego miejsce wskoczył Marc Casadó, dla którego przeskok z trzeciej ligi do starć z Bayernem Monachium czy Realem Madryt był niezauważalny.
To nadzwyczajne, że parę stoperów tworzą jeden ze wspomnianych 17-latków oraz 34-letni weteran.
To nadzwyczajne, że na prawej obronie występuje zawodnik, który jeszcze niedawno nie chciał słyszeć o grze na tej pozycji.
To nadzwyczajne, że z dyskusji o tym, czy Pedri będzie jeszcze w stanie wskoczyć na odpowiedni poziom, przeszliśmy do obrony tezy, że jest obecnie najlepszym rozgrywającym świata.
To nadzwyczajne, że Raphinha ma więcej punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (47) niż meczów (45)…
… i to nadzwyczajne, że Robert Lewandowski zbliża się do średniej jednej bramki na mecz (aktualnie 35 bramek w 40 meczach).
To nadzwyczajne, że 17-letni Lamine Yamal jest już powszechnie uznawany za jednego z najlepszych piłkarzy na świecie.
To nadzwyczajne, że bramkarz ściągnięty awaryjnie z emerytury notuje w Lidze Mistrzów najlepszy występ, jaki kibice Barçy widzieli w wykonaniu golkipera od ładnych kilkunastu lat.
To nadzwyczajne, że piłkarze tacy, jak Gerard Martin, który jeszcze półtora roku temu grał w trzeciej lidze, stają się pełnoprawnymi członkami pierwszego zespołu…
… i to nadzwyczajne, że zespół ten jest jednym z najmłodszych i jednym z największą liczbą wychowanków w ligach TOP5.
To nadzwyczajne, że Barça jest liderem klasyfikacji zdobytych bramek zarówno w LaLidze (z przewagą szesnastu trafień), jak i w Lidze Mistrzów (z przewagą czterech goli, przy rozegraniu dwóch meczów mniej).
Długo by tak można jeszcze wymieniać - najlepsze jest właśnie to, że bynajmniej nie jest to lista wyczerpująca, a Wy sami możecie dodać kolejne nadzwyczajne wydarzenia. Być może „najbardziej nadzwyczajne” jest jednak to, że pod względem personalnym to praktycznie ta sama drużyna, na którą trudno było patrzeć w zeszłym sezonie - ba, w lecie pożegnało się z nią trzech doświadczonych piłkarzy (João Felix, João Cancelo i zwłaszcza İlkay Gündoğan). To zatem nadzwyczajne, co był w stanie zmienić Hansi Flick w tak krótkim czasie. A złośliwi dodaliby jeszcze, że to tym bardziej nadzwyczajne, że zrobił to mimo kolejnych niedotrzymanych obietnic ze strony zarządu, czy to w zakresie wzmocnień składu, czy co do powrotu na Camp Nou, czy co do ogarnięcia instytucjonalnego bałaganu, jak choćby przy rejestracji Daniego Olmo.
Ktoś powie - po co te zachwyty? Przecież ostatecznie Barça może jeszcze równie dobrze polec z kretesem na trzech frontach. To oczywiście prawda, ale według mnie, już teraz warto na chwilę się zatrzymać i docenić to, co w tym sezonie do tego momentu przeżyliśmy. Doceńmy wysyłanie rywali do domu z bagażem siedmiu bramek (Real Valladolid oraz Valencia), pokazy siły w klasykach (4:0 na Bernabéu oraz 5:2 w Arabii Saudyjskiej) i w Europie (Bayern Monachium, Borussia Dortmund czy Benfica), czy epickie remontady, jak ta ostatnia przeciwko Atlético. Kto z nas nie skakał z radości po tych meczach? Doceńmy te chwile już teraz, bo kiedyś nie docenialiśmy w porę wspomnianych 8 z 11 mistrzostw Hiszpanii, serii trzynastu z rzędu awansów do ćwierćfinału Ligi Mistrzów czy tego, że sezon bez trofeów, taki jak 2013/14, był absolutnym wyjątkiem.
Niezależnie od tego, jak obecne rozgrywki się zakończą, nikt już nam nie zabierze tych wszystkich wspaniałych momentów, które zapewnił niemiecki szkoleniowiec i jego drużyna. Już teraz warto jednak powiedzieć - Danke, Herr Flick, gracias equipo.
A teraz dość zachwytów i pora ruszyć po to, na co, ta drużyna zasługuje - po puchary.
P.S. A jeżeli nawet tym razem się nie uda, to nadzwyczajne jest to, że pierwszy raz od dawna przyszłość Barçy rysuje się tak ekscytująco, jak perspektywa oglądania jeszcze bardziej dojrzałego piłkarsko Lamine Yamala na nowym Camp Nou. Gdy drużyna utrzyma taki poziom, trofea po prostu przyjdą.
Komentarze (36)