Hiszpańska federacja poinformowała dziś rano o nowym terminie meczu FC Barcelony z Osasuną, który musiał zostać przeniesiony z pierwotnej daty w związku ze śmiercią Carlesa Miñarro, lekarza pierwszej drużyny. Wyznaczenie przez RFEF spotkania na 27 marca trudno jednak zrozumieć. Nie sposób też nie odnieść tej decyzji do toczących się w ostatnich dniach dyskusji o kształcie piłkarskiego kalendarza.
Nowa data meczu jest iście absurdalna, co najmniej z kilku powodów.
Po pierwsze, decyzja została podjęta wbrew stanowiskom obu klubów. Jak wynika z uzasadnienia postanowienia RFEF, zarówno Barcelona, jak i Osasuna zgodnie wnioskowały o rozegranie meczu pomiędzy 37. a 38. kolejką ligi, które zostały zaplanowane odpowiednio na weekend 17/18 oraz 24/25 maja. Federacja zignorowała jednak te prośby. Co ciekawe, o rozegranie meczu właśnie 27 marca wnioskowała... LaLiga.
Po drugie, nowa data meczu wywołuje zbędny efekt domino. W datach 28-31 marca została zaplanowana 29. kolejka LaLigi. O ile Barça planowo zmierzy się z Gironą w niedzielę, 30 marca o godzinie 16:15, to Osasuna ma obecnie zaplanowane starcie z Athletikiem... na piątek, 28 marca o godzinie 21:00. Nie jest oczywiście możliwe, żeby piłkarze z Nawarry najpierw zagrali w czwartek, 27 marca przeciwko Barçy, a już dzień później udali się do stolicy Kraju Basków. Rykosztem oberwie zatem Athletic, którego starcie z ekipą z Pampeluny będzie musiało zostać przełożone.
Po trzecie, ustalenie daty meczu z tak niewielkim wyprzedzeniem (9 dni) powoduje problemy logistyczne. Nikomu nie trzeba chyba przypominać, że Barça obecnie nie rozgrywa meczów na swoim stadionie, lecz wynajmuje od miasta Stadion Olimpijski na konkretne starcia. Blaugrana musi więc upewnić się, że obiekt w ogóle będzie dostępny. Wzgórze Montjuïc to zaś nie tylko stadion, ale także i największa w mieście hala sportowa, w której zresztą począwszy właśnie od 27 marca wieczorami będą się odbywać występy Cirque du Soleil - choć z perspektywy kibica piłkarskiego może wydawać się to śmieszne, to w przeszłości zdarzało się już, że wydarzenia zaplanowane w Palau Sant Jordi wpływały na te na Stadionie Olimpijskim (z tego względu choćby starcie z Gironą 30 marca nie zostanie rozegrane wieczorem, a o 16:15). Do tego dochodzą rzecz jasna tak prozaiczne kwestie jak organizacja (ponownej) sprzedaży biletów na mecz z Osasuną. Na chwilę obecną klub umieścił już datę meczu w kalendarzu, ale nie rozpoczął jeszcze sprzedaży.
Po czwarte, część zawodników Barçy zostanie prawdopodobnie pozbawionych możliwości udziału w tym spotkaniu. Wprawdzie termin reprezentacyjny FIFA to okres od 17 do 25 marca, jednak biorąc pod uwagę różnicę czasu, zarówno Ronald Araujo, jak i Raphinha rozegrają swoje mecze w nocy z 25 na 26 marca czasu europejskiego (Urugwaj zagra 25 marca o 21 z Boliwią, a Brazylia 26 marca o 1 w nocy z Argentyną), po czym czeka ich długi powrót do Europy. Nie trzeba jednak wcale odnosić się do piłkarzy wyjeżdżających na inny kontynent - 25 marca o godzinie 20:30 Hiszpania U-21 zagra na wyjeździe z Niemcami (powołani na ten mecz zostali Fermín López, Gerard Martín i Pablo Torre), a tego samego dnia o 15:00 Hiszpania U-19 zmierzy się w Rydze z Łotwą (w składzie może znaleźć się Hector Fort). Choć nie są to może kluczowi zawodnicy pierwszego zespołu, lista piłkarzy, którzy musieliby ominąć mecz z Osasuną robi się całkiem pokaźna.
Po piąte, nawet piłkarze Barçy, którzy będą dostępni na mecz 27 marca, nie będą mieli zapewnionego odpowiedniego odpoczynku. Blaugrana zamknęła 28. kolejkę LaLigi wczorajszym starciem o 21:00 z Atlético Madryt. Większość piłkarzy czekają teraz dwa mecze ze swoimi reprezentacjami, a już teraz kalendarz klubowy po przerwie na kadry jest mocno napakowany - tuż po niej Barça ma zaplanowany mecz 29. kolejki LaLigi z Gironą (niedziela, 30 marca o 16:15) oraz rewanżowe starcie półfinału Copa del Rey z Atlético (środa, 2 kwietnia o 21:30). Konieczność rozegrania meczu z Osasuną 27 marca spowoduje, że graczy Blaugrany czekać będą trzy mecze w sześć dni (czwartek - niedziela - środa).
Jak widać argumentów za tym, by starcie Barçy z Osasuną nie odbyło się 27 marca jest aż nadto. Czym więc kierowała się RFEF, przy wyznaczeniu tej daty? Szczegóły możecie przeczytać tutaj, a mówiąc w skrócie:
- Federacja zauważyła, że nie jest to pierwsza taka sytuacja w tym sezonie - w "czwartek po terminie FIFA" zostało rozegrane spotkanie wstępnej rundy Pucharu Króla, pomiędzy piątoligowym Jove Espanyol, a Realem Sociedad (goście 21 listopada 2024 roku zwyciężyli 5:0),
- w ocenie Federacji, rozegranie meczu pomiędzy 37. a 38. kolejką LaLigi "należy stanowczo i absolutnie odrzucić, bo kluby trzecie, które biorą udział w rozgrywkach, mogłyby ponieść ewidentną szkodę". Jednocześnie, RFEF nie odniosła się do przywołanego przez Barçę przypadku z sezonu 2016/17, gdy lutowy mecz Celty Vigo z Realem Madryt został przesunięty właśnie na termin pomiędzy 37. a 38. kolejką ligową,
- choć Federacja odnotowała, że wybrany termin meczu "może wpłynąć na zawodników, którzy rozegrają mecze reprezentacji na innych kontynentach", to jednocześnie w jej ocenie "reprezentacja Hiszpanii rozegra mecze 20 i 23 marca, a zatem zawodnicy narodowi będą dostępni".
Barça i Osasuna mają teraz 48 godzin na zaskarżenie decyzji Federacji - media informują, że oba kluby chcą skorzystać z tej opcji, brak jest jednak oficjalnych informacji na ten temat.
Karma wraca?
Jak to zwykle bywa, komentarz dotyczący sytuacji z udziałem FC Barcelony nie może obyć się bez porównania do Realu Madryt. Tym razem koincydencja czasowa sama podsuwa tę pokusę - nie dalej przecież jak dwa dni temu Carlo Ancelotti grzmiał, że w przypadku niezagwarantowania jego drużynie 72 godzin odpoczynku, stołeczny klub nie rozegra spotkania w wyznaczonym przez ligę terminie.
Mówienie, że piłkarski kalendarz jest przeładowany jest już truizmem, ale to właśnie z tego względu zagwarantowanie 72 godzin odpoczynku piłkarzom jest obecnie zwyczajnie niemożliwe. Sytuacja taka ma miejsce regularnie i tylko w tej kolejce LaLigi dotknęła Real Betis, Athletic i Real Sociedad. To samo czeka zresztą Barcelonę, która 2 kwietnia o 21:30 zmierzy się z Atlético w Madrycie, a już w sobotę 5 kwietnia o 21:00 zagra z Realem Betis w ramach 30. kolejki LaLigi. Problem ten nie dotyczy zresztą wyłącznie ligi hiszpańskiej, co zaznaczył ostatnio choćby szkoleniowiec Legii Warszawa, Goncalo Feio.
Podobnie sprawa ma się z występami piłkarzy z Ameryki Płd w barwach swoich reprezentacji. W 2022 roku Real Madryt musiał zagrać przeciwko Athletikowi w Copa del Rey 3 lutego tuż po tym, gdy jego zawodnicy występujący w reprezentacji w strefie CONMEBOL rozegrali swoje mecze w Ameryce Południowej. Ponownie jednak, ta sytuacja, o ile jest niepożądana i oczywiście szkodząca interesom stołecznego klubu, nie jest niestety niczym niecodziennym i wynika z tak prozaicznej rzeczy, jaką są odległości pomiędzy kontynentami. Wówczas mieliśmy przy tym do czynienia z wyjątkową sytuacją, jaką był pierwszy sezon popandemiczny, a jednocześnie poprzedzający jesienno-zimowe mistrzostwa świata w Katarze (zwyczajowo terminów reprezentacyjnych FIFA w lutym nie ma) - inne ułożenie kalendarza nie było zatem możliwe. Wreszcie, wówczas fakt nieobecności piłkarzy był znany z dużo większym wyprzedzeniem, a terminarz meczów Copa del Rey został przecież ustalony kilka miesięcy wcześniej, gdy nie było jeszcze wiadomo, która drużyna zakwalifikuje się do tej fazy rozgrywek.
Czy te sytuacje można porównać do dzisiejszej decyzji RFEF? Owszem, obie dotyczą przecież kwestii kalendarza rozgrywek. Ma to jednak mniej więcej taki sens, jak gdyby dwie drużyny skarżyły się na błędne decyzje arbitra: jedna protestowałaby przeciwko rzutowi rożnemu niesłusznie przyznanemu przeciwnikowi, a druga przeciwko bezzasadnej czerwonej kartce dla swojego piłkarza, golu ze spalonego dla przeciwnika oraz niepodyktowanemu rzutowi karnemu. Obie ekipy w gruncie rzeczy mają rację - zostały poszkodowane przez sędziego, co jest naganne i mają pełne prawo wyrazić swoje oburzenie. Skala przewinień jest jednak zupełnie różna i widać to gołym okiem.
W mojej ocenie, choć temat kalendarza piłkarskich rozgrywek i gwiazd południowoamerykańskich reprezentacji grających w Europie niewątpliwie wymaga systemowego rozwiązania, to nijak nie można go porównać do dzisiejszej decyzji hiszpańskiej federacji. Przypomnijmy, że RFEF ustaliła termin meczu z dziewięciodniowym wyprzedzeniem, wbrew obu klubom, które mają wziąć w nim udział, w momencie, w którym dostępne są alternatywne daty, a dodatkowo wymaga to dalszych zmian w ustalonym już kalendarzu rozgrywek. Trudności z dostępnością kadry, w tym zawodników z Ameryki Południowej, oraz niewystarczający odpoczynek dla piłkarzy są tutaj tylko jednym - a nie jedynym - argumentem.
W jednym jednak trzeba zgodzić się z głosami płynącymi z stolicy Hiszpanii. To właśnie przejaskrawiona reakcja Carlo Ancelottiego spowodowała, że temat kalendarza rozgrywek na poważnie trafił na tapet. Dyskusje na ten temat pojawiają się nie tylko w mediach i internecie, lecz doczekaliśmy się także reakcji Stowarzyszenia Hiszpańskich Piłkarzy (AFE), które to właśnie w efekcie postawy Realu Madryt postanowiło wreszcie zaprotestować wobec niewystarczającego odpoczynku w tej profesji. Nie sposób sobie wyobrazić, by teraz reakcja tej organizacji - oraz całego środowiska - była inna (choć na ten moment AFE nie odniosło się jeszcze do dzisiejszej decyzji federacji). Rzeczywiście zatem, niezależnie od intencji, niedawna walka Królewskich z terminarzem rozpoczęta ustami Carlo Ancelottiego może szybko przysłużyć się FC Barcelonie... bądź pokazać, że znaczenie ma nie tyle słuszność protestów, co osoba je wyrażająca.
Komentarze (16)