Krajobraz po klęsce

Michał Gajdek

6 kwietnia 2023, 10:25

63 komentarze

Fot. Getty Images

Czyli to tak się czuje człowiek w poranek po ciężkim laniu w El Clásico… ała, boli. Ale przeszukajmy wspólnie te zgliszcza i zobaczmy czy i co da się z nich odratować.

Od razu parę słów wyjaśnienia – nie zaserwowałem sobie jeszcze wątpliwej przyjemności zobaczenia wczorajszego meczu w TV. Tym niemniej zakładam, że z perspektywy trybun Camp Nou oglądałem dokładnie to samo spotkanie. Spotkanie, które można podzielić na dwie połowy nie tylko ze względu na zasady gry w piłkę nożną.

Wszyscy zastanawiali się co na ten mecz zaproponuje Xavi. Czy wobec kombinacji licznych absencji i korzystnego wyniku z pierwszego spotkania zamuruje bramkę, a po ostatnim gwizdku znów będziemy dyskutować o tym, czy jest to zgodne z barcelońskim DNA? Szybko okazało się, że Katalończyk wcale nie miał takiego zamiaru. Blaugrana wyszła na to spotkanie proaktywnie, z ofensywnym nastawieniem. Drużyna była ustawiona w sposób zwarty, pozwalający na wysokie odbieranie piłek. W rozegraniu świetnie odnajdował się Franck Kessie, grający bezsprzecznie swój najlepszy mecz w barwach Barcelony. Plan Xaviego był ewidentny – drużyna miała doprowadzać Raphinhę do pojedynków jeden na jeden z Camavingą. Niestety, Brazylijczyk po raz kolejny pokazał, że w swoim repertuarze nie ma skutecznego dryblingu. Dokładnie tak jak jego konkurenci do miejsca w składzie, tj. Ferran Torres i Ansu Fati. Zresztą, dość powiedzieć, że piłkarze Barcelony wczoraj próbowali wchodzić w pojedynki aż 29 razy. Wygrali… zaledwie 14 z nich, tj. 48% (statystyki za SofaScore).

Wróćmy jednak do naprawdę niezłej pierwszej połowy. Niezłej aż do doliczonego czasu gry, w którym Real wyprowadził błyskawiczną kontrę. W mojej ocenie, to wówczas po raz pierwszy można było dostrzec absencje kluczowych zawodników i zdecydowanie niższą jakość ich zmienników. Marcos Alonso miał dwie całkiem logiczne opcje: przerwać akcję faulem i otrzymać żółtą kartkę (moim zdaniem, ta lepsza) lub ewentualnie widząc co się święci od razu zacząć się cofać i opóźniać akcję, by nie dopuścić do wyjścia Realu z przewagą liczebną (ta gorsza, ale też akceptowalna). Wybrał jednak najgorzej jak mógł – poszedł na piłkę, ale nie przerwał gry. I w ten sposób, po naprawdę niezłej pierwszej połowie w wykonaniu Barcelony, to Królewscy schodzili na przerwę z prowadzeniem w tym meczu.

No właśnie – w tym meczu, bo przecież w całej rywalizacji było 1-1. Remis i równe szanse dla obu drużyn. Ba, to Blaugrana wówczas przeważała i miała atut własnego boiska. Dlatego tym trudniej wytłumaczyć to, co stało się potem.

Drużyna po przerwie jakby nie wyszła z szatni. W 58. minucie spotkania było już 0-3. Do zupełnego rozbicia zespołu wystarczył kwadrans drugiej połowy, Benzema wyprowadził Real na prowadzenie w dwumeczu już w 52. minucie. I pomyślałem sobie – zaraz, zaraz, chyba już gdzieś to widziałem. Sami zresztą spójrzcie na to:

- we wrześniu na Allianz Arena do przerwy wynik wynosił 0-0. W 54. minucie było to już 2-0 dla Bayernu (gole w 50. oraz 54. minucie),

- w październikowym starciu z Interem na przerwę Blaugrana schodziła z jednobramkowym prowadzeniem. Udało się je utrzymać przez 5 minut drugiej połowy, a w 63. minucie trzeba już było gonić wynik (gole w 50. oraz 63. minucie),

- w lutym na Camp Nou przyjechał Manchester United. Pomimo, że do przerwy był bezbramkowy remis, a Barcelona nawet strzeliła gola w 50. minucie, to już 9 minut później to Czerwone Diabły były na prowadzeniu (gole w 52. oraz 59. minucie). W rewanżu poszło nawet szybciej – Fred zdobył bramkę w jednej z pierwszych akcji po przerwie (gol w 47. minucie).

Widzicie ten powtarzający się schemat? Już po raz kolejny w tym sezonie FC Barcelona przeciwko mocnemu rywalowi gra jak równy z równym lub wręcz przeważa, a do szatni schodzi z co najmniej neutralnym wynikiem. A potem w pierwszym kwadransie drugiej połowy dzieje się kataklizm.

Jak to wytłumaczyć? Gdyby to były problemy fizyczne, to przecież powinny one dawać znać o sobie raczej pod koniec meczu, a nie bezpośrednio po piętnastominutowym odpoczynku. Czy to trenerzy rywali w przerwie meczu rozpracowują początkowy plan Xaviego i dokonują korekt taktycznych gubiących jego podopiecznych? Czy chodzi o brak koncentracji – w końcu spora część tych bramek padła po rażących, indywidualnych błędach? Może kwestia leży w podejściu zawodników, jak przyznawał wczoraj po meczu Sergi Roberto?

Jedno jest pewne – wczoraj zobaczyliśmy kolejny odcinek tego samego serialu. Odcinek najbardziej dramatyczny, bo o ile w starciach z Interem czy domowym meczu z Manchesterem udało się nie przegrać (choć w spotkaniu z Włochami było to praktycznie równe porażce), to gdy wczoraj Real złapał rywala, tak już go nie puścił. W barwach FC Barcelony można by się zaś indywidualnie znęcać praktycznie nad każdym. Martwiła niemoc w ataku, w którym najlepsze indywidualne akcje zrobili boczni obrońcy – Alejandro Balde (do niego akurat trudno mieć jakiekolwiek pretensje) oraz Ronald Araujo. Ale martwiły też koszmarne indywidualne błędy w obronie, złe wybory w wyprowadzaniu piłki, niezorganizowany pressing… posypało się dosłownie wszystko. A jednocześnie, myśląc o tym meczu z perspektywy kolejnego poranka nie bardzo widzę co konkretnie można było zrobić inaczej, poza oczywistą odpowiedzią – wszystko. Trudno mi jednak wskazać na jakieś konkretne błędy Xaviego w dobrze składu (zwłaszcza, że wybór miał, delikatnie mówiąc, mocno ograniczony) czy w obranym nastawieniu. Trzeba też zwyczajnie docenić klasę rywala i to z jaką determinacją Real szedł po kolejne bramki.

Na zakończenie, powiew optymizmu (?). Rozpocząłem ten tekst od stwierdzenia, że ta porażka boli. I tak oczywiście jest, ale jednocześnie nie towarzyszy mi przejmujące uczucie, że to koniec pewnego etapu, że trzeba zaorać wszystko, zmienić trenera, sprzedać wszystkich piłkarzy… może po prostu się starzeję, a może rzeczywiście ta porażka ma jednak inny wymiar niż choćby 0-4 na Anfield. Uważam, że ani rok temu nie byliśmy tak mocni, żeby rozbijać Real 4-0 na Bernabéu, ani teraz nie jesteśmy tak słabi, żeby przegrywać 0-4 na Camp Nou. Ten mecz się wydarzył, ale nie kończy żadnej epoki, nie kończy nawet tego sezonu. Jasne, pewne zmiany są konieczne – ja już nie chcę oglądać dokładnie tych samych twarzy firmujących kolejne druzgocące porażki, zwłaszcza, że problem widzę głównie w sferze mentalnej – ale na rozmowy o tym przyjdzie jeszcze czas.

A póki co trzeba się otrzepać i iść dalej, po mistrzostwo.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (63)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze