Czy Alves powinien zostać dłużej w Barcelonie?

Rafał Kowalczyk

19 czerwca 2022, 19:00

33 komentarze

Fot. Getty Images

Pierwsze pogłoski mówiące o powrocie Alvesa do Barcelony kwitowano sarkastycznymi komentarzami o znalezieniu następcy siebie sprzed lat w postaci jego emerytowanej wersji. O ile oficjalny powrót Brazylijczyka mógł wydawać się niezrozumiały, to decyzja o nieprzedłużeniu kontraktu z nim na nadchodzący sezon jest zaskakująca.

Godny następca samego siebie

Kontuzjowany Sergi Roberto i pozostawiający kibiców w ciągłym oczekiwaniu na eksplozję talentu Sergiño Dest nie stanowili w tym sezonie rozwiązania problemu, jakim od lat jest brak jakości na pozycji prawego obrońcy. Wyzwaniu nie podołał też przeciętny Óscar Mingueza, a kibice szukający nadziei w Emersonie zostali szybko sprowadzeni na ziemię transferem byłego piłkarza Realu Betis do Tottenhamu niespełna miesiąc po zaprezentowaniu go w bordowo-granatowych barwach.

W poprzednich sezonach wyzwaniu nie sprostali Martín Montoya, Adriano Correia, Aleix Vidal, Nélson Semedo, Moussa Wagué czy Douglas. Barcelona wydała około 100 milionów euro na poszukiwania godnego następcy legendarnego Brazylijczyka, by finalnie zdecydować się zakontraktować go ponownie, rozpalając emocje fanów i przywracając na Camp Nou jego osobą nutkę sentymentu na wspomnienie czasów Pepa Guardioli i Luisa Enrique.

Sondując nastroje bezpośrednio po oficjalnym ogłoszeniu transferu, większość komentarzy odnosiła się do regresu Barcelony na drodze do odbudowy z uwagi na opieranie newralgicznej pozycji na emerytowanym już piłkarzu. Owszem, doceniano jego potencjalny wpływ na szatnię, młodych zawodników. Dostrzegano charakter mogący nadać Dumie Katalonii boiskową agresję i wolę walki. Z drugiej strony spoglądano na metrykę, deprecjonowano występy w lidze brazylijskiej i wspominano, że przecież już w ostatnim ze swoich sezonów w Hiszpanii był tym, na którego wrzutki i grę w obronie narzekano od pierwszej do ostatniej minuty meczu.

Czy ośmielę się powiedzieć, że Dani Alves dał szereg argumentów, aby zamknąć usta krytykom? Głośno, wyraźnie i z pełną świadomością – tak. W wieku 39 lat, powracając z piłkarskiej emerytury, spełnił, a być może nawet przekroczył oczekiwania postawione przez sceptyczne barcelonismo. 1385 minut zanotowanych podczas 17 występów można pochopnie interpretować jako marginalną rolę Alvesa, skoro piętnastu piłkarzy przebywało na murawie więcej czasu. Niemniej, jeśli spojrzymy na to przez pryzmat zarejestrowania dopiero w zimowym oknie transferowym, niezgłoszenia do rozgrywek Ligi Europy, to trafniejszą oceną będzie przytoczenie odsetka rozegranych minut w stosunku do wszystkich możliwych. Było to 66% w lidze (14 występów), 100% w Pucharze Króla (2 występy) i 65% w Superpucharze Hiszpanii (1 występ). Całkiem przyzwoicie, jak na transfer mogący jedynie wnieść do szatni pozytywną atmosferę.

I chociaż dobrze wiemy, że Xavi wielokrotnie mógł częściej rotować, to jestem w stanie zrozumieć decyzje trenera. Gol i cztery asysty pewnie nie są spektakularnym rezultatem, ale gołym okiem było widać, że Dani Alves znacznie lepiej rozumie mechanizmy taktyczne, poruszanie się po boisku, wymianę piłek na małej przestrzeni i włączanie się do gry w środku pola dając tym samym większą jakość, niż inne dostępne na tę pozycję opcje. Jeśli dodamy do tego charyzmę i sportową ambicję, to zyskujemy obraz człowieka, który za Barcelonę oddałby wiele. I mimo błędów w obronie czy czasem widocznej degradacji przygotowania motorycznego okazał się lekarstwem na problemy Barcelony. Nie stał się ponownie najlepszym obrońcą świata, ale zasłużenie uzyskał status pierwszoplanowej postaci na prawej flance drużyny z Camp Nou.

O pół roku za wcześnie

Neto, Clement Lenglet, Óscar Mingueza, Sergi Roberto, Samuel Umtiti, Riqui Puig, Ousmane Dembélé, Martín Braithwaite to kilku zawodników, którzy jako pierwsi przychodzą mi do głowy w kontekście odejścia z Barcelony w celu odzyskiwania piłkarsko wartościowej kadry. Nie ma wśród nich Daniego Alvesa, któremu co prawda daleko do statusu nietykalnego, jak w przypadku Pedriego czy Gaviego, to uważam, że przynajmniej następne pół roku powinien w Barcelonie pozostać.

Oczywiście, wobec prawdopodobnego transferu Azpilicuety, nadziei na rozwój Desta rola Brazylijczyka powinna zostać ograniczona do minimum i rozważana jedynie jako okazjonalne wejścia do zaprezentowania się publice przed opuszczeniem Camp Nou. Jestem daleki od wizji występów od pierwszej minuty i budowania na nim przyszłości Barcelony. Natomiast przekreślenie szansy na przygotowania do ostatniego w karierze mundialu w ukochanym klubie przy jednoczesnym pozostaniu w nim znacznie mniej zasługujących na to zawodników po prostu irytuje. Tym bardziej, że do szatni mógłby wnieść nadal bardzo wiele, dając solidną lekcję futbolowego charakteru, pokory i pracowitości młodszym piłkarzom. A przede wszystkim wiary w sukces, tak niezbędnej w trwającym procesie odzyskiwania należnego Barcelonie statusu w Europie. I koniec końców, jeśli odkurzyć to mocno sponiewierane hasło „Més que un club”, to ukłon w stronę legendy na pewno byłby docenionym gestem.

Często w kontekście odejść rozważamy finansowy aspekt poszczególnych ruchów transferowych. Tak, jak ma to miejsce w przypadku wypychanego z klubu Frenkiego de Jonga. Do tego dochodzi akceptacja pozycji w zespole, bo łatwo nam się domyślić, że hipotetyczne zapewnienie Araujo o pozycji trzeciego lub czwartego stopera nie przełożyłoby się pozytywnie na chęć podpisania kontraktu. W przypadku Alvesa pensja ani zmniejszenie liczby minut prawdopodobnie nie byłoby problemem. Gdzie zatem upatrywać powodów odejścia, skoro nie jest to wypadkowa konieczności oszczędzania, szukania nowych wyzwań przez piłkarza czy braku akceptacji roli w zespole?

Nie ma miejsca na sentymenty

Jeśli wierzyć doniesieniom mediów, to o nieprzedłużeniu kontraktu zadecydował klub. Nawet pomimo tego, że piłkarz był otwarty na negocjacje. Naturalnym wnioskiem staje się zatem fakt, że Alves miał wspomóc klub w krótkim okresie z uwagi na gwarantowany pewien poziom sportowy przy jednoczesnym bardzo niskim koszcie operacji transferowej. Identycznie jak w przypadku Adamy Traoré. Teraz, kiedy pojawiła się perspektywa ściągnięcia zawodników lepszych, klub chce powrócić do polityki stawiania na jakościowych piłkarzy nie w bliskim horyzoncie czasowym, ale też średnim i długim. Alves w żaden z tych modeli się nie wpisywał, co postawiono wyżej niż sentymenty. Dodatkowo rozumiem też chęć zwalniania miejsca nowym graczom w pierwszym zespole kosztem piłkarza z kończącym się kontraktem. Przy dużych trudnościach ze sprzedażą niechcianych zawodników i wątpliwej przyszłości wypożyczonych, tak proste zwolnienie miejsca w kadrze staje się kuszącą opcją. Dlatego w niewielkim stopniu postrzegam jego odejście jako kolejną reperkusję złego zarządzania klubem. Przy zdrowo zbilansowanej kadrze, w której nie byłoby aż tylu zawodników zbędnych sportowo i z pensjami daleko wykraczającymi poza granice rozsądku, Alves mógłby w Barcelonie pozostać.

Czy odejście można postrzegać jako przejaw dobitnego zrywania z sentymentami i kreowania przyszłości klubu w oderwaniu od spełnionych już zawodników? Niekoniecznie. Można przyjąć taką narrację i usprawiedliwiać nią ruch, ale trudno mi interpretować tę decyzję jako efekt takiego toku rozumowania. Bo jeżeli okienko transferowe rozczaruje i zarząd nie rozwiąże problemów z rzeczywiście całkowicie zbędnymi piłkarzami, to odejście najbardziej utytułowanego zawodnika w historii piłki nożnej stanie się jedynie powodem irytacji i źródłem uzasadnionych żartów.

Gracias, Dani!

REKLAMA

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Out: De Jong, Depay, Umtiti, Lenglet, Mingueza

In: Lewandowski, Kessie, Christensen, Azpilicueta

To byłoby spoko, a idealnie jakby Bernardo jeszcze doszedl, ach pomarzyć dobra rzecz!
« Powrót do wszystkich komentarzy