Trzy Barcelony

Magdalena Rudnicka

29 listopada 2019, 12:30

49 komentarzy

FC Barcelona, rok 1910

– Wiesz, że były takie czasy, kiedy w Barcelonie nie było Leo Messiego?
Błysk oczu dziecka z numerem 10 na plecach i szelmowski uśmiech.
– Wiem! Mówiłaś. Był Ronaldinho, i Rivaldo, i Romario, i...
– A wcześniej?
Chwila zastanowienia.
– Maradona. I Cruyff.
– Kubala, Alcántara, Samitier...  A jeszcze wcześniej?
Cisza, miarowe tykanie zegarka na szafce. Zniżam głos, jakbym miała przekazać wiedzę, która dostępna jest tylko nielicznym.
– Wiesz, że były takie czasy, kiedy nie było FC Barcelony?
– Ale jak to...?
– Nie było, a potem już była. Jedna, druga i trzecia.
– Aż tyle?
– O tak. Posłuchaj...

Posłuchajcie wszyscy. Posłuchajcie, jak bela materiału ciężko opada na ladę, a potem wsłuchajcie się w miarowy odgłos nożyczek, które tną ją bezlitośnie. Piękna tkanina prosto z Wysp Brytyjskich dobrze się sprzedaje na katalońskiej ziemi. Co roku ponad sześćdziesiąt parowców, wypływających z miejsc o obco brzmiących nazwach – jak Liverpool czy Londyn – zawija do portu przy Barcelonecie. Niektórzy z ludzi płynących na statkach zamieszkali w pobliżu Ciutat Condal, tworząc własne osady tuż pod Barceloną. Są inni, obcy, żyją na marginesie pulsu miasta. Przynoszą ze sobą swoje własne, często dziwne zwyczaje – „dziwny” i „obcy” to po katalońsku to samo słowo „estrany”. Oni tacy właśnie są, estrany, i widać to na każdym kroku. Jednak Barcelona w rozkwicie wieku XIX, wieku nauki i przemysłu, wieku oświecenia, gdy człowiek uwolnił się wreszcie od dawnych przesądów – ta Barcelona jest miastem wolności. Oczywiście, o ile nie przekracza ona pewnych granic.

„Na ulicach, deptakach i w innych miejscach transportu publicznego zabrania się grać w piłkę, kule i inne gry podobnej natury”.
Rozporządzenie Rady Miejskiej Miasta Barcelona, rok 1857

Anglicy myślą, że to oni wynaleźli piłkę. Ależ skąd, my dobrze znamy tę kulę materiału obciągniętą skórą – pelota vasca. Już dawno temu dotarła tu z północy, jednak wszyscy wiedzą, że to nie jest prawdziwy sport – nie taki jak wyścigi w workach czy na osłach. Pelota ma w sobie coś barbarzyńskiego, a ta, którą ludzie ze statków kopią na podbarcelońskich plażach, jest jeszcze bardziej dziwna i obca. Estrany.

Raz: kwestia wolności

Barcelona, rok 1894

”Od kilku dni grupa Anglików, szukając rozrywki, spotyka się na polu przy ulicy Aribau, naprzeciwko Szpitala św. Jana Bożego, by przez większą część popołudnia grać w piłkę. Jak dotąd nie było w tym nic szczególnego i z pewnością nikt nie wszedłby z nimi w zwadę, gdyby nie wadzili przechodniom, spokojnie zmierzającym do swojego celu. Jednak niedawno trafili piłką w głowę dziecka, przechodzącego obok wraz z matką, i wydawali się nic sobie nie robić z tego incydentu. W zeszły wtorek jeden z graczy obraził, posuwając się niemal do rękoczynów, młodego człowieka, który obserwował ich grę, tylko dlatego, że ten stanął zbyt blisko stosu ubrań, które z siebie zdjęli, bowiem zwykli grać w krótkich spodniach i koszulach z krótkim rękawem. Apelujemy do odpowiednich władz o reakcję”.
Latarnia Łaski. Dziennik interesów moralnych i materialnych, rok 1875

To kwestia wolności. Żyjemy w wieku przemian i nie możemy się łudzić, że nas one ominą. Wszyscy to widzieliśmy tak niedawno – rok 1888, Wystawa Światowa i oświetlenie elektryczne, które rozjaśniło La Ramblę, Passeig de Colom i Plaça San Jaume. Kto by pomyślał – światło bez ognia! I wielki Monument a Colom, który swoim ogromem wydaje się przytłaczać nawet samo wzgórze Montjuïc. Stulecie zmian – nie można pozostać na nie obojętnym. Nasze miasto jest otwarte, przyjmiemy was z otwartymi ramionami. Włochów, Francuzów, Brytyjczyków, Niemców, Szwajcarów. Są was tu już setki, tysiące. I choć czujemy w kościach, że jesteście estrany – wy: protestanci, żydzi, agnostycy, mahometanie – to będąc takimi, jesteście też pełnoprawnymi obywatelami Barcelony. Z wszystkimi waszymi dziwactwami i szaleństwami. Z waszym foot-ballem. Nikt wam tego nie zabroni, bo w końcu to kwestia wolności. A my, wolne miasto w zniewolonym kraju, dbamy o tę wolność. W wieku przemian stajecie się inni – zmieniacie imiona na katalońskie, przyjmujecie nasze zwyczaje, obchodzicie nasze święta. Coraz wyraźniej zaczynamy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że powoli, niepostrzeżenie, wy, zaczynacie zmieniać nas.

”W sobotę, o 15:30, odbędzie się drugi mecz foot-ballu na Velódromo, z udziałem członków nowo powstałego Klubu Piłkarskiego Barcelona”.
La Vanguardia, rok 1895

FC Barcelona i Català FC na Velódromo de Bonanova, rok 1900 | Foto: CIHEFE

FC Barcelona po raz pierwszy, jeszcze nieoficjalnie – nikt nie podpisał skrawka papieru, który głosiłby, że istnieje. Mimo to ta pierwsza Barcelona, pod prezydencją konsula brytyjskiego Williama Wyndhama, pewnego zimowego dnia zagra pierwszy mecz i zwycięży w nim na Velódromo de Bonanova 8:3 nad drużyną Troelló. W czasach, gdy w całej Hiszpanii futbol powoli i nieśmiało rozkwita w szkockich i angielskich koloniach, a większość drużyn ma w swej nazwie zawarte słowa Club Inglés, ta pierwsza Barcelona – w czerwonych koszulach, białych spodenkach – nie jest brytyjska. Jest taka jak miasto, w którym powstała – wielokulturowa. To amalgamat złożony z obcokrajowców, tych którzy przynieśli piłkę nożną do Ciutat Condal, ale też z Katalończyków. Bracia John i William Parsons – Brytyjczycy, choć na świat przyszli już tu, w Barcelonie – prowadzą firmę zajmującą się praniem i czyszczeniem ubrań. Samuel i Enrique Morris de Olea, kolejni bracia, choć ich ojciec jest Anglikiem, urodzili się na Filipinach. Kiedy kolejny wiek przyniesie ze sobą pierwszą wojnę światową, Enrique zaciągnie się do służby i zostanie pilotem. Guillermo i José Antonio Busquets Vautravers, oczywiście bracia, Katalończycy; obaj zostaną architektami; Guillermo będzie projektować pawilony na kolejną Wystawę Światową w Barcelonie, zaś jego brat doczeka się funkcji ministra finansów. Albert Serra Guixà – też stąd – pierwszy z wybitnych dziennikarzy sportowych, będzie arbitrem i prezydentem katalońskiej federacji piłkarskiej. Jest ich więcej: Katalończycy, Brytyjczycy, Irlandczycy: Artús Ferrer, Brown, Pownall, Suñé, Codina, Barrie, Dagniere, Philips, Hicks, Richardson, Reevs, Tordo, Fallon, Shaw, Longbottom, Heather, Heucke, Foggon, Wilson, Quiney, Sloon, Hallam, Bruger…

Ta pierwsza FC Barcelona – gorący tygiel odmienności – rozpłynie się powoli zaledwie w przeciągu roku. Zawodnicy rozpierzchną się po innych, prężniej rozwijających się klubach jak Real Club de Regatas czy Facultad de Ciencias. W tej chwili wydaje się, że to właśnie tam leży przyszłość.

Dwa: kwestia uprzedzeń

Barcelona, 29 listopada, rok 1899

Nie pomyślałby, że ta podróż do Afryki, która miała przynieść mu fortunę z handlu cukrem i trzciną cukrową, nigdy się nie zakończy. Właściwie powinien przywyknąć, w jego życiu wszystko działo się przedwcześnie. On sam, pewnego zimnego dnia w Winterthur, urodził się zbyt wcześnie – najstarszy syn i trzecie z pięciu dzieci Augusta i Rosine Emmy. Jego matka umarła zbyt wcześnie, miał ledwie osiem lat, gdy zabrała ją tuberkuloza. Osierocona rodzina przeniosła się do Bazylei, a on oddał swoje życie uprawianiu sportu. Rozmaitego: biegów, kolarstwa, pływania, rugby… I futbolu. Został kapitanem drużyny FC Basel – zbyt wcześnie: nie ma nawet osiemnastu lat. Nie miał dwudziestu, gdy był już gwiazdą w Zurychu i Lyonie. Jest młody, a afrykański rynek to nowa możliwość, która otwiera się przed pewnymi siebie i zuchwałymi Europejczykami. Jak można nie spróbować? Zanim wyruszy do Afryki – w końcu to po drodze, prawda? – zatrzyma się jeszcze u wujka Emila Gaisserta, który od dawna zapraszał, by odwiedził go w Barcelonie. Zostanie tam tylko na chwilę, to nie powinno znacząco opóźnić podróży. Zatrzyma się w Sant Gervasi, nauczy kastylijskiego, to się z pewnością przyda. Znajomości wuja też mogą pomóc w interesach, w końcu Gaissert – członek katalońskiej loży masońskiej Verdad – zna wielu wpływowych ludzi. O tak, Barcelona, to dobry pomysł. Podróż, nie powinna się opóźnić, i tak zawsze jest zbyt wcześnie. Hans Gamper Haessing ma dwadzieścia dwa lata i nigdy nie dotrze do Afryki. Jego podróż rozpocznie się i zakończy w Ciutat Condal.

Joan Gamper, czytający francuską prasę sportową | Foto: SomISeremBlaugranas

Okaże się, że to kwestia uprzedzeń. Hans, który nie jest już Hansem, tylko Joanem, nawet nie pomyślałby w ten sposób. W końcu on sam, urodzony w rodzinie żydowskiego pochodzenia mieszkającej w Szwajcarii, zaraz po przyjeździe do Barcelony zaczął łapczywie chłonąć wszystko co katalońskie. Nie minął rok, a zmienił imię na jego odpowiednik w tutejszym języku i podjął decyzję, że zostanie w tym mieście. Przynajmniej nieco dłużej niż się spodziewał. Może parę lat? Jego sława wybitnego piłkarza dotarła i tutaj, do uszu szwajcarskich i niemieckich imigrantów na barcelońskiej ziemi. Szybko zbierze wokół siebie grupę zapaleńców – w końcu kiedy ma się we krwi tę pasję, nie da się już przestać. Joan chciałby jednak grać w prawdziwym klubie, takim jak Basel, Excelsior czy Lyon. Podobno tutaj też już mają taki utworzyć. Chodzą słuchy, że w Gimnasio Tolosa pan Jaime Vila Capdevila buduje już drużynę. Z pewnością przyjmie do niej Joana, w końcu jego przedwczesna sława byłaby jak magnes dla nowych zawodników i krystalizującej się powoli publiczności. Joan nigdy nie pomyślałby, że będzie to kwestia uprzedzeń.

Jaime Vila spogląda spod wpół przymkniętych powiek na młodego człowieka, który stoi przed jego biurkiem. Silny, prosty jak struna, pełen energii – urodzony sportowiec, wzór wiktoriańskiego umiłowania dla kultury fizycznej. Vila wzdycha ciężko sam do siebie.
– Przykro mi, panie Gamper. W naszej drużynie nie akceptujemy obcokrajowców.
Prezydent klubu, który dopiero ma się narodzić – Català FC – jest dumny z wytłumaczenia, które przed chwilą wymyślił. Obraca je w myślach, smakując ten pomysł, i uznaje, że jest przekonujące. W końcu nawet nazwa formującej się drużyny wskazuje kto powinien w niej grać: Katalończycy. To nie będzie kolejny Club Inglés, jeden z wielu, które ostatnio plenią się na mapie całej Hiszpanii. Ani tym bardziej Club Suizo. Vila powtarza to sam sobie i niemal udaje mu się przekonać, że faktycznie chodzi mu o stworzenie drużyny czysto katalońskiej. Byłoby łatwiej, gdyby nie fakt, że przyjął już w szeregi Català wielu Irlandczyków. Ale to oczywiście zupełnie co innego, w końcu to katolicy, tak jak my. Nie jak ci szwajcarscy protestanci, którzy w swojej herezji śmią się nazywać chrześcijanami. Jakby tego było mało podobno niektórzy z nich to żydzi. Na takie rzeczy nie ma zamiaru pozwolić w swoim własnym klubie.
– Przykro mi, panie Gamper.
Gdyby tylko Jaime Vila, przyszły prezydent Català FC, wiedział, że tymi słowami tworzy nie tylko podwaliny pod wieloletni konflikt dwóch barcelońskich klubów. Reperkusje jego słów sięgną ponad sto lat dalej, tworząc najlepszą drużynę nie przyszłego, ale jeszcze kolejnego wieku. Vila nie umie jednak spojrzeć dalej niż poza ciasne ściany własnego biura i drzwi, które właśnie zamykają się za Joanem Gamperem. Nareszcie.
– Przykro mi, panie Gamper.

Tam, gdzie są uprzedzenia, znajdzie się też akceptacja. Pan Narcisio Masferrer Sala nie żywi takich wątpliwości co Jaime Vila. Dziennikarz, zakochany w nowo rodzącym się sporcie, chętnie udostępni grupie młodych ludzi Gimnasio Solé, by mogli trenować i budować swój klub. Miło będzie popatrzeć na ich grę.

”Nasz przyjaciel i towarzysz Mr. Kans Kamper, z sekcji foot-vallu, Towarzystwa Sportowego, były mistrz Szwajcarii, pragnie zorganizować mecze w Barcelonie. Ci, którzy zainteresowani są powyższym sportem, mogą skontaktować się z nim, przekazując informację redakcji, we wtorki i piątki między 21.00 a 23.00”.
Los Deportes, rok 1899

Właśnie rozpoczął się wyścig pomiędzy Gamperem a Vilą. Jego stawką jest to, kto pierwszy zdoła założyć klub w Barcelonie. Wydaje się, że na piłkarskiej mapie tego miasta nie będzie miejsca dla nich dwóch, a nawet jeśli, to tylko jeden zdoła sięgnąć po wielkość. Młody Szwajcar okaże się szybszy.

29 listopada, mgła unosi się ciężko nad Barceloną i gdyby ktoś otworzył teraz okno, trudno byłoby ją odróżnić od dymu, który wypełnia gabinet w Gimnasio Solé, przy Carrer Montjuïc del Carme pod numerem piątym. Czterech mężczyzn i ich decyzja, która sprawi, że narodzi się FC Barcelona. Druga FC Barcelona.

”W środę w tym tygodniu ukonstytuował się związek sportowy, noszący nazwę, która tytułuje ów artykuł – Foot-ball Club Barcelona. Doszło do tego dzięki pełnej poświęcenia pracy naszych przyjaciół, znanych entuzjastów: G Wilda i Hansa Gampera. Zarząd utworzyli: pan Wild, prezydent; D. Luis Oso i Serra, sekretarz; pan Hans Gamper, kapitan; oraz skarbnik, D. Bartolomé Terrades y Brutau.

Dzisiejszego popołudnia członkowie tego klubu rozegrają swój pierwszy mecz, na Velódromo de la Bonanova. Wiążemy duże oczekiwania z tym nowo powstałym klubem, który wedle obietnic, ma często rozgrywać spotkania”.
Los Deportes, rok 1899

Druga Barcelona, którą stworzył Joan Gamper. Jednak jak zwykle – przedwcześnie. Ma w tej chwili zaledwie dwadzieścia dwa lata, zaś pełnoletność wyznacza próg lat dwudziestu trzech. Nie będzie mógł objąć funkcji prezydenta. Ta przejdzie w ręce jego bliskiego przyjaciela Waltera Wilda, którego tutejsi ochrzcili imieniem Gualterio. Wild osiągnął już szacowny wiek lat dwudziestu siedmiu, co czyni go najstarszym w szeregach założycieli klubu. To oczywiste, że funkcja prezydenta należy się szwajcarskiemu handlarzowi, w którego mieszaniu przy Carrer de la Princesa odbywać się będą zebrania drużyny. Walter Wild, pierwszy prezydent drugiej Barcelony, Szwajcar, którego zawiłe drogi życia zawiodą do Ameryki Południowej, zanim końca swoich dni postanowi doczekać w Londynie. To tam mieszka jego dalsza rodzina. Po wielu latach w ludzkiej pamięci pozostanie tylko ten Londyn a Wild, rodak Gampera, w magiczny sposób dorobi się narodowości brytyjskiej, którą wielu będzie mu przypisywać.

Walter Wild, który wbrew temu, co wieść gminna głosi był Szwajcarem, nie Brytyjczykiem | Foto: Barcelonas.com

Jak tu się jednak nie pogubić w tym, kim są ludzie, którzy tworzą ten klub? Juan de Uruela y Morales, Kastylijczyk, który przyszedł na świat w Gwatemali, hiszpański arystokrata, markiz de San Róman de Ayala. José Ramon Lomba de la Pedraja, Kantabryjczyk, którego brat Fermín reprezentuje barwy znienawidzonego Català; José studiuje, kiedyś będzie wykładać literaturę i język hiszpański na uniwersytetach w Murcii i Oviedo. Lluís de Ossó Serra, dziennikarz sportowy, pracuje w wydawnictwie Artes Gráficas; Katalończyk z katolickiej rodziny, o kwestię wyznania nieraz pokłóci się z Joanem Gamperem. Bartolomé Terradas Brutau, syn bogatej barcelońskiej rodziny, który futbolu uczył się na szwajcarskiej ziemi; po wojnie domowej obejmie funkcję prezydenta Komisji Zarządzającej, której zadaniem będzie utrzymanie klubu na powierzchni. Otto Antoine Künzli, szwajcarski handlowiec, który dla FC Barcelony rozegra tylko jeden mecz. Eduardo Schilling, niemiecki przedsiębiorca zajmujący się produkcją broni; pochodzi z rodziny żydowskich konwertytów, którzy przeszli na katolicyzm; w chwili, gdy rozegra pierwszy mecz dla Barcelony – i jedyny, tak samo jak Otto – ma już czterdzieści siedem lat. Dziesiątki, która wybiegnie na Velódromo de la Bonanova w tym pierwszym spotkaniu, prócz Wilda i Gampera, dopełni jeszcze dwóch Katalończyków – Josep Llobet i Adolfo López.

Druga Barcelona to amalgamat jeszcze dziwniejszy niż pierwsza. Debiutancki mecz przyjdzie jej rozegrać z Club Inglés, brytyjską drużyną będącą reminiscencją pierwszej Barcelony. Tamto spotkanie na Velódromo de la Bonanova – pierwsze i jedyne – otworzy drzwi do czegoś znacznie większego niż przyjaźń między zespołami. Piętnaście dni. Tylko tyle będzie potrzeba, by Barcelona narodziła się po raz kolejny.

Trzy: kwestia pasji

Barcelona, 13 grudnia, rok 1899

Tę pasję ma się we krwi i nie ma znaczenia, czy jest to krew katalońska, kastylijska, szwajcarska, czy brytyjska. Ponad uprzedzeniami, nacjonalizmem i fanatyzmem religijnym istnieje jeszcze piłka. To ona w kolejnych uderzeniach tętna przepływa także w żyłach braci Parsons. Ich pierwsza Barcelona rozpłynęła się, jednak pasji nie są się wykorzenić. Nieoficjalna drużyna, w której grają, Club Inglés, dostaje propozycję, by rozegrać inauguracyjny mecz z nowym klubem, który pojawił się w mieście. Założył go jakiś młody Szwajcar. Co za ironia losu, że nazwał swoją drużynę FC Barcelona, zupełnie tak samo jak oni pięć lat wcześniej. Ani Johna, ani Wiliama nie było przedostatniego dnia listopada w Gimnasio Solé, gdy projekt Joana Gampera stał się faktem. Będą tam jednak, w tym samym pokoju, piętnaście dni później, gdy obie strony postanowią, że Club Inglés połączy się z nową FC Barceloną, dając jeszcze kolejną, trzecią Barçę.

John zostanie wiceprezydentem, a Wiliam – wicekapitanem klubu, który grudniowego dnia postanowi, że jego barwami zostaną granat i bordo, pionowe pasy z herbem miasta na piersi. Wiele lat później Narcisio Masferrer, mecenas i ojciec chrzestny tej Barcelony, opowiadać będzie romantyczną historię, według której kolory wybrał Joan Gamper ze względu na swoje przywiązanie do barw Bazylei. To jednak półprawada, w tamtych czasach białe płótno jest najtańsze i większość klubów ten właśnie kolor wybiera na swoje barwy. By się odróżnić, zakładają szarfy, przypinają wstążki. Jednak nie Barcelona. Barcelona już wtedy chce być inna, odmienna – estrany – i sięga po dwa kolory, które są najdroższe, jeśli chodzi o zakup materiału. Historia zatacza koło. Synowie brytyjskich kupców bławatnych, który przywieźli ze sobą futbol w wybrzeża Katalonii, teraz zbiorą owoce tego, co ich ojcowie zaszczepili w tym kraju dekady wcześniej.

Kwestia przetrwania

Kolejnej Barcelony już nie będzie. Jednak to nie koniec, teraz to kwestia przetrwania. Klub, który założyła grupa ludzi zmuszona do wzniesienia się ponad uprzedzenia, wraz z czasem stawać się będzie coraz bardziej kataloński, podążając drogą zapomnianej drużyny Jaimego Vili, która była jej pierwszym wielkim rywalem. Obcokrajowcy powoli zaczną znikać, zastępowani przez nowych, młodszych chłopców urodzonych w Barcelonie, którzy też chcieli grać w futbol. Dyktatura Primo de Rivery rozbudzi uśpiony przez jakiś czas kataloński nacjonalizm i separatyzm. Joan Gamper, wieloletni prezydent, człowiek, do którego klub zawsze będzie uciekać się w chwili, gdy zagrozi mu niebezpieczeństwo. Joan Gamper, protestant, Szwajcar żydowskiego pochodzenia i kataloński konwertyta, na własnych barkach będzie nieść ciężar katalońskiej tożsamości klubu, tej samej, o którą walczyć chciał Jaime Vila. Ten wybór będzie go słono kosztować. Właściwie będzie go kosztować wszystko. W chwili, gdy kibice FC Barcelony zaczną gwizdać podczas odegrania hiszpańskiego hymnu i oklaskiwać God Save the King, ciężka ręka Primo de Rivery nie tylko zamknie Les Corts na długie pół roku, ale też zakończy życie Joana Gampera. O tak, zakończyło się już wtedy, bo zakaz pracy w ukochanym klubie to dla niego ostateczny wyrok. Przez chwilę jeszcze postara się trzymać życia, tak jakby było czego – ciemne pasmo finansowego kryzysu i duszącej za gardło depresji. Jest już tylko jedno wyjście, żeby zakończyć życie, którego życiem nie można już nazwać. Puste mieszkanie w Barcelonie, rewolwer, drżąca ręka, która przykłada go do własnej głowy i jedna kula, drążąca czaszkę w rozbryzgu krwi.

Pogrzeb Joana Gampera, Barcelona, rok 1930 | Foto: La Vanguardia

”Głęboki ból spowodowała wczorajsza śmierć pana Juana Gampera, wybitnego sportowca, założyciela FC Barcelony”.
La Vanguardia, rok 1930

Na pogrzebie, gdy jego trumnę będą nieść na ramionach piłkarze, pojawią się tysiące mieszkańców Ciutat Condal. Ten niemy przemarsz to też pewna opinia, na swój sposób o wiele głośniejsza niż ta, którą wyraziły gwizdy w porcie. Joan Gamper nas opuścił, porzucił; Barcelona została osierocona. Teraz to kwestia przetrwania.


Artykuł autorstwa redaktor FCBarca.com dla ¡Olé!, magazynu miłośników hiszpańskiego futbolu - KLIK!

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

a zrodla artykulu pani eoren nie raczy podac? bo chyba te wszystkie informacje zawarte w tekscie nie sa wziete z glowy

@rafraf: Źródło podajemy w przypadku tłumaczeń. To nie jest tłumaczenie a artykuł własny.

Informacje w większości zaczerpnięte z CIHEFE (organizacja zajmująca się badaniemi historycznymi hiszpańskiego futbolu) i z bezpośrednich źródeł archiwalnych wspomnianych czasów (czyli archiwa prasowe gazet takich jak Los Deportes czy La Vanguardia).

@Eoren: z calym szacunkiem, ale chyba sobie zartujesz. zrodlo podajemy tylko w przypadku tlumaczen? to jakas kpina. kto ci tak powiedzial? napisalas artykul, w ktorym sa informacje zaczerpniete ewidentnie z innych zrodel, to nie sa twoje obserwacje, bo nie bylas swiadkiem tych wydarzen. twoim obowiazkiem bylo wypisanie wszystkich zrodel, z ktorych korzystalas, bo (idac twoim smiesznym tokiem myslenia), piszac prace dyplomowa tez nie musielibysmy podac zrodel, bo przeciez to 'nasz' tekst, a nie tekst przetlumaczony. bardzo przepraszam, ze to pisze, ale osmieszylas sie w tej chwili. pozdrawiam

@rafraf: Polecam ochłonąć przed dorwaniem się do klawiatury.

NA TEJ STRONIE zakładka "źródło" oznacza tekst oryginalny, który został przetłumaczony. W przypadku tekstów innych niż tłumaczenia zakładka źródło nigdy nie jest uzupełniana. Artykuł publicystyczny nie jest pracą naukową i stworzenie do niego bibliografii nie jest żadna praktyką wymaganą, na dodatek na tym portalu nigdy nie miało ono miejsca, mimo że tekst własny pojawił sie już niejeden. Liczę na konsekwencję z Twojej strony i podobny komentarz pod tekstem każdego publicysty, który nie zamieszcza bibliografii. Czyli licząc na oko pod 90% tekstów.

Oczywiście miło z Twojej strony, że zwróciłeś/-łaś uwagę na podane przeze mnie we wcześniejszym komentarzu informację o źródłach. Podobnie miło przeczytać pozdrowienia na końcu komentarza ociekającego agresją i brakiem szacunku do cudzej pracy.

@Eoren: brak szacunku do cudzej pracy wykazalas akurat ty, przypisujac sobie niejako prace hiszpanskich ekspertow, ktorzy maja potezna wiedze historyczna o klubie. w twoim artykule nie ma zrodla, co znaczy, ze osoba czytajaca ten tekst nieslusznie moze uznawac cie za wielki autorytet, ktorym nie jestes, bo ty jedynie ZREDAGOWALAS to, nad czym pracowali inni, PRZYPISUJAC sobie ich prace!

nie rozumiesz tez innej rzeczy, nie odrozniajac felietonu, ktory nie powinien miec zrodla, bo to nic innego, jak wlasne przemyslenia autora (np. o tym, kto powinien trafic do barcy lub o tym, jak wygladala gra zespolu) od artykulu takiego, jaki stworzylas ty, gdzie zawartosc merytoryczna, niestety, nie pochodzi od ciebie, a od specjalistow, z ktorymi ty bedac zwykla pania redaktor z nie tak wielka wiedza o tym, o czym piszesz (w porownaniu do autorow), nie mozesz sie rownac.

to tak, jakbym napisal artykul medyczny o historii jakiejs choroby i nie podal zrodla. w ten sposob kazdy czytelnik moglby mnie przypisac prace nad ta choroba i wszystkie wnioski, ktore w rzeczywistosci sa dzielem zupelnie innej osoby, ktora zyje (badz juz nie) gdzies na drugiej stronie swiata.

wiecej pokory, bo brniesz w swoje, nie majac racji. nie atakuje cie i pisze to jedynie dlatego, ze oburzylo mnie takie zachowanie redaktora strony. liczylem, ze w odpowiedzi na moj pierwszy post przyznasz mi racje i napiszesz cos w stylu: 'faktycznie, za chwile to poprawie', ale ty upierasz sie przy swoim.

warto czasami przyjac konstruktywna krytyke zamiast oburzac sie jak nastolatka.

to, ze znasz hiszpanski (chyba) nie upowaznia cie w zaden sposob do przywlaszczania sobie cudzej pracy.

pozdrawiam.

@rafraf: W pierwszym komentarzu akurat zamieściłam informację na temat tego z jakich bezpośrednich źródeł archiwalnych korzystałam. Zakładam, że ominąłeś ten fakt, bo nie pasuje do Twojej teorii. Przykro mi jeśli Cię zawiodę - długie godziny analizy archiwów rozmaitych gazet przed napisaniem tego typu tekstu to moja praca. Rozumiem, gdybyś wyraził prośbę o zmieszczenie bibliografii w formie listy źródeł, do których chciałbyś sięgnąć - to też nie zawsze byłoby fizycznie możliwe, ponieważ niektóre z nich nie są opublikowane w Internecie, bo otrzymuję je niekiedy jako skany od znajomych z Hiszpanii, posiadających papierowe wersje takich archiwów.

Ale nie jestem w stanie zrozumieć, że nie mając pojęcia na temat mojego wkładu pracy podczas pisania tekstu zarzucasz mi wykorzystanie czyjejś pracy. To już niestety podpada pod oczernianie. Dlatego posyłam żółtą kartkę - jeszcze jedna próba bezpodstawnego oczernienia będzie już podlegać pod ban.

@rafraf: Weź człowieku ochłoń. Ktoś się stara umilić nam rzeczywistość a ty jeszcze masz pretensje. Jak tak można? Szacunku więcej do ludzi.
@Eoren: to zrodla podaje sie w komentarzach zamiast w artykule? a gdybym nie napisal tego pierwszego komentarza, to co? nie byloby wtedy podanych zrodel?



nic nie broni cie przed podaniem zrodel, z ktorych pochodza informacje z twojego tekstu! ani slowem nie wspomnialem o tym, ze mialoby to wygladac jak bibliografia jakies pracy dyplomowej. wystarczy w dowolnej formie W ARTYKULE, nie w komentarzu, napisac, skad czerpalas wiedze podczas pisania. w ten sposob okazujesz szacunek autorowi, ktory niewatpliwie mu sie nalezy



nie jestes dojrzala osoba, bo nie potrafisz przyjac niewygodnej prawdy. dodam tez, ze nigdzie nie napisalem, ze nie masz swojego wkladu w ten tekst. racja, wykonalas wielka robote, ale to nie zmienia faktu, ze wykorzystalas prace innych osob, ktore, niestety, nawet nie sa tego swiadome, bo nie wiedza o istnieniu tego portalu, na ktorym w tej chwili dyskutujemy.



to, co pisze, nie jest bezpodstawne i jesli nie potrafisz tego do siebie przyjac, lepiej mnie zbanuj, bo tak bedzie dla ciebie korzystniej.



prosilbym rowniez o wskazanie, w ktorym miejscu cie 'oczernilem'? zarzucilem ci tylko brak podania zrodel w artykule i mam racje, bo faktem jest, ze tych zrodel po prostu nie podalas, probujac zrrehabilitowac sie, podajac je w komentarzu. brak zrodla = nieposzanowanie pracy autora, co wlasnie ci zarzucam.
Komentarz usunięty

@Eoren: Bardzo ciekawy artykul. Ja tam nie wnikam z jakis zrodel korzystalas, bo jestem bardziej prostym czlowiekiem, aczkolwiek widac tu Twoja reke pracy, ktora umilila mi czas. Wlasnie wyslalem linka do znajomych aby rowniez jak ja, rozkoszowali sie Twoja ciezka praca, ktora odciagnela mnie od szarosci...



Pozdrawiam i kontynuuj do upadlego hehe :)

@Eoren: Nie to, że się czepiam, ale w przypadku źródła pt. "gazeta" to podaje się tytuł, wydanie (np. z dnia takiego i takiego itd.). Da się to zrobić.
Zgadzam się z rafraf o tyle, że to by było bardziej eleganckie, ale nie znam się na tyle, żeby powiedzieć, że w tym przypadku niezbędne.
WIęc ograniczę się do podziękowania za pierwszorzędny artykuł.

@Eoren: Przeglądam regularnie kilka stron sportowych, portali z publicystyką o sporcie i czytuję książki (o sporcie, także). Publikując z wielu autorskich źródeł, ale i sposobów opracowywania informacji podawanych gdzieś indziej - ludzie piszący mają swój styl, pracują nad nim, szlifują. Dzięki niemu stają się rozpoznawalni.
W moim rankingu Eroen, jesteś w ekstraklasie. Niedawno poznałem teksty Tomasza Lubczyńskiego, którego też cenie, choć pisze swobodniej, z jajem.
Potem jest spora przepaść... i dalsi autorzy tekstów, w tym Ci z tej strony, bo i tu utalentowanych ludzi nie brakuje.
Ale do rzeczy, Jesteś droga Pani, na samej górze listy, a tu czepi się taki insynuując plagiat. No bosze... dobrze że głupota nie lata, bo obsrane pomniki i samochody więcej by nie zniosły ;)
Komentarz usunięty
« Powrót do wszystkich komentarzy