Ostatnia parada Zamory: między człowieczeństwem a boskością [cz. 1]

Julia Cicha

24 czerwca 2020, 18:00

AS

4 komentarze

Fot. Getty Images

Dziennikarz ASa Ivan Molero napisał ciekawy, bardzo obszerny felieton, wspominając barwną postać Ricardo Zamory. Zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią tłumaczenia tej niesamowitej historii.


 

Jego mityczna kariera zakończyła się w odpowiedni sposób, ostatnią interwencją 21 czerwca 1936 roku, która dała mu tytuł w pierwszym w historii finale z udziałem Realu Madryt i FC Barcelony. Był legendą od tajemniczych narodzin do podwójnej śmierci. Tej na wojnie i tej prawdziwej. Geniusz sławiony przez poetów, pisarzy, malarzy i uniwersalnych artystów takich jak on.

Dopiero hiszpańska wojna domowa sprawiła, że w Hiszpanii przestało się mówić o wiadomości, która do tamtej pory zajmowała wszelkie dzienniki, stacje radiowe i rozmowy przy kawie. Mowa o zakończeniu kariery przez Ricardo Zamorę. Jednego z najbardziej uniwersalnych piłkarzy od początku profesjonalnej gry w piłkę, ale i w całej jej historii. Jego ostatnia parada była tak poetycka jak jego kariera i życie.

Nic więc dziwnego, że wszyscy zwracali na niego uwagę i podziwiali go. Że poeta uratował mu życie. Że głowa państwa wyobrażała go sobie jako prezydenta republiki Hiszpanii. Że był bohaterem filmów, stając się pierwszym medialnym piłkarzem. Jako pierwszy dyktował trendy swoim strojem. Jako pierwszy zyskał przydomek, a jego słowa zmieniały się w cytaty. Aż nazwano jego imieniem nagrodę.

Ostatnia parada Zamory ma nieocenioną wartość nie tylko ze względu na jej znaczenie i kontekst, finał, ale przede wszystkim dlatego, że oznaczała ona koniec ery. Koniec epoki najlepszego bramkarza świata pierwszej połowy XX wieku, jednego z najlepszych w historii. Był to punkt graniczny w biografii, która nawet później była tak samo, jeśli nie bardziej, legendarna. Bardziej niż piłkarzem Zamora był światową osobowością.

Zasługi Albero i Segovii

Ostatnia parada Zamory przetrwała do dziś dzięki dwóm artystom. Pierwszym z wielu, którzy zostaną wymienieni. W rzeczywistości byli jedną osobą, bo pracowali i podpisywali się razem i razem zasługują na chwałę. Mimo że istniały już kroniki oraz istnieją relacje świadków, to właśnie oni uwiecznili na fotografii wspomnianą paradę, dzięki czemu dziś możemy zobaczyć legendarne zagranie Zamory na własne oczy.

Albero i Segovia. Tak podpisywano w prasie zdjęcia autorstwa Felixa Albero i Fernando Segovii. Zajmowali się fotografowaniem sportu i wojny domowej. Zrobili też oczywiście zdjęcie tego, co najbardziej nas interesuje. Prawa noga w powietrzu, grymas wysiłku, wyczekujący kibice i kocie wyciągnięcie się w kierunku lewego słupka bramki. I wapno, mnóstwo wapna unoszącego się w powietrze po obronie strzału zmierzającego do bramki, ale natrafiającego na lewą dłoń Ricardo Zamory.

Innym zdjęciem rozpoczął się 21 czerwca 1936 roku finał Pucharu Hiszpanii. Pucharu Republiki. Pierwszego w historii między Realem a Barceloną. Na Mestalla, przed 22 tysiącami widzów, choć teoretycznie mieściło ich się tam 19 tysięcy. I z konikami odsprzedającymi bilety, niemal dziesięciokrotnie zwiększając ich wartość. 3 tysiące fanów przybyło z Madrytu, aż 5 tysięcy z Barcelony. Spali na ulicy, ponieważ w mieście nie było dostatecznie dużo miejsc noclegowych dla wszystkich.

Na zdjęciu widnieje Zamora w marynarce, z kołnierzykiem wyjętym na wierzch i w krótkich spodenkach, podający rękę kapitanowi Barcelony Martiemu Vantorli pod wzrokiem Ostale. Przywitanie będące czymś więcej niż częścią protokołu meczowego ze względu na to, co wydarzyło się parę miesięcy później.

O 17:04 w gorące popołudnie rozpoczął się finał. Dla Zamory mógł to być piąty Puchar Hiszpanii po dwóch zdobytych z Barçą (1920 i 1922), jednym z Espanyolem (1929) i jednym z Realem (1934). Barcelona była przyzwyczajona do przechylania szali zwycięstwa na swoją stronę w początkowych minutach meczów. Poza Les Corts była jednak nieco słabsza, a w jej obronie nie mogła liczyć na Zabalo, który doznał kontuzji w półfinale z Osasuną.

Wbrew swojej woli to obrońcy Barcelony mieli dużo pracy na początku spotkania. Balmanya i Bayo nie zrozumieli się, a Areso i Iborra popełnili błędy indywidualne, co sprawiło, że po 12 minutach gry Real prowadził już 2:0. Pierwszy gol padł w 6. minucie. Emilin oddał piłkę Lecue z lewej strony ataku, ten przerzucił do Pedro Regueiro, który asystował Eugenio, a ten z łatwością pokonał bramkarza. Druga bramka narodziła się z rzutu rożnego dla Barcelony, który wykonywał Vantorla. Obrońcy wybili piłkę, co wykorzystał Luis Regueiro, który wyprowadził kontratak i oddał futbolówkę Eugenio. Ten dośrodkował, a po nieudanym strzale Sañudo czekał za nim Lecue gotowy do uderzenia.

Kluczem była szybkość, zarówno szybkość graczy Realu, jak i umiejętność przeciwstawienia się przyspieszeniom Barçy, wykluczają Vantorlę z gry. Trener Paco Bru (były piłkarz, sędzia, członek zarządu i dziennikarz) poświęcił nawet Lecue, kiedy Souto doznał kontuzji w 36. minucie, co obciążyło Królewskich.

Nikt nie mógł jednak zatrzymać kapitana Barcelony przy stałym fragmencie gry. W 29. minucie Quincoces wybił piłkę po rzucie rożnym, dobiegli do niej Balmanya i Escola, a ten drugi mocno i celnie przymierzył, co było jedynym sposobem na pokonanie Zamory. Wciąż dominował jednak Real, który w drugiej połowie mógł przesądzić o wyniku dzięki bramce Sañudo. Trafienie zostało jednak anulowane przez wyraźnego spalonego. Gra w osłabieniu zaczynała ciążyć drużynie z Madrytu.

Aż w końcu nastała decydująca chwila, która zaważyła na wyniku i pokazała niesamowite umiejętności piłkarza, koronując jego legendarną karierę. Wg La Vanguardii miało to miejsce 83. minucie, wg innych kronik w ostatniej minucie meczu. Była to jedna z niewielu akcji, w których Vantorla zakpił sobie z Lecue i Quincocesa. Escola przeszedł do ataku, był niekryty i przymierzył tuż przy lewym słupku Zamory… Lepiej niech opowie o tym sam bramkarz w swoich wspomnieniach opublikowanych pośmiertnie w 1988 roku.

Barcelona naciska, szukając remisu. Czas mija straszliwie wolno. Real zwarty, wyczerpany świetną obroną, widać nadchodzącą bramki. Do końca brakuje minut, sekund. Kibice stoją i czekają na ostatni gwizdek, kiedy Escola ucieka i zostaje ze mną sam. Widzę, jak staje, niczym błyskawica mierzy odległość, obserwuje moje ustawienie i zbiera się do strzału. Moje oczy nie widzą nic poza nim. Widzę go w powiększeniu: na pierwszym planie stopy i piłka. Wewnątrz słyszę donośny krzyk: “tu!”. Rzucam się w lewo, kryjąc przestrzeń.

Bez najmniejszego opóźnienia moje ręce uderzyły piłkę. Palce wyginają się, łapiąc skórę. Moja! Moja! Moja! Tylko moja! Całkowite posiadanie tego, co mi się należy, czego nikt mi nie odbierze: piłki.

- Nie ma gola! Nie ma gola! – słyszę wokół. To tytuł, to puchar. Bardziej niż oklaski słyszę okrzyki wybuchające niczym fajerwerki. – To niewiarygodne, obronił! Obronił! Obronił! – jedni krzyczą z radości, inni z rozczarowania. Ręce obejmują mnie, zbliżają się do mnie, łapią mnie i podnoszą. 20 lat piłki nożnej w tej jednej chwili!

Rzeczywiście, Zamora otrzymał „jednogłośną owację” od kibiców Realu i Barcelony, co podkreśla Mundo Deportivo, a po meczu był noszony na rękach przez kolegów. Mistrzowie. Mariano Ruiz-Funes, minister rolnictwa republiki, wręczył mu trofeum. Zdobył je po raz kolejny. Po raz ostatni w karierze.

Już wcześniej zdradzał, że może zawiesić buty na kołku. Przyznał to jego trener po spotkaniu: „Zamora zakończył już karierę, pojechaliśmy po niego i wrócił dla Realu. Trzeba przyznać, że zawdzięczamy mu dużą część tego trofeum".

Podczas gdy Vantorla zapewniał na Mestalla, że czuł „wstyd z powodu bycia kapitanem tego zespołu, ponieważ z nieco większym zaangażowaniem zdobyliby mistrzostwo Hiszpanii”, w drugim rogu Zamora potwierdzał doniesienia o zakończeniu kariery i podawał ich powody. – Tak, po cichu zakończyłem karierę ze względu na to, że Real o mnie zapomniał, skupiając uwagę na Albertym. Przyszli jednak po mnie, więc wróciłem dla mojego klubu, ponieważ przede wszystkim byłem zawsze zdyscyplinowanym zawodnikiem. Dzisiejsza satysfakcja sprawia, że o wszystkim zapominam. Jestem z siebie dumny, bo nawet ja zwątpiłem w swoje możliwości w wieku 35 lat – mówił.

Zamora ma na myśli przyjście do Realu Gyuli Alberty’ego w 1934 roku. To on stał się pierwszym profesjonalnym transferem z zagranicy. Zadebiutował w wieku 22 lat, ale ostatecznie w Pucharze w 1936 roku był zmiennikiem. Co więcej, po wybuchu wojny domowej Węgier odszedł do Le Havre, a skończył w Granadzie, gdzie w 1942 roku, w wieku zaledwie 30 lat, zmarł na dur brzuszny.

Alberty, o niemal poetyckim nazwisku, powiedział po tej legendarnej obronie Zamory, że „gdyby Barcelona zremisowała, wzrosłyby jej morale i mogłaby wygrać w dogrywce”.

 

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Powstała może jego biografia? Lub innego piłkarza z tamtych czasów? Chętnie przeczytam coś nowego ;)

Mega Ciekawy artykuł tylko skąd to zdjęcie z dołu? ;) A polecam sobie takie coś czasami na noc czytać takie coś jest mega!:)

Świetnie się czyta takie felietony. Ile trzeba włożyć pracy w stworzenie wartościowego tekstu o minionej epoce. Zebrać wspomnienia, informacje, wycinki z gazet, zdmuchnąć kurz w bibliotece. Piękne czasy bez internetu.
Bramkarz jest jak perkusista - zazwyczaj niewidoczny, ale niezwykle ważny. Bez niego reszta nie ma sensu. A lider na tej newralgicznej pozycji sprawia, że można osiągnąć wielki sukces. Taki był Zamora.