Dlaczego LaLiga wciąż nie może dorównać Premier League?

Julia Cicha

28 stycznia 2020, 11:58

52 komentarze

Fot. Getty Images

Od lat Premier League jest nazywana najlepszą ligą świata. Na tę opinię składa się wiele czynników, z których poziom sportowy oraz sukcesy klubowe poszczególnych drużyn na arenie międzynarodowej są tylko jednym z branych pod uwagę aspektów. O ile preferowanie takiego a nie innego stylu gry jest kwestią gustu i upodobań, o tyle nie sposób zaprzeczyć, że liga angielska od lat króluje na świecie w dziedzinie marketingu, promocji oraz, przede wszystkim, zysków. Nieodłączną ich częścią są prawa telewizyjne sprzedawane co trzy lata za przyprawiające o zawroty głowy kwoty.

W Anglii prawa telewizyjne sprzedawane są na okres trzech lat pokrywających się z datami rozpoczęcia i zakończenia sezonów. Kampania 2019/20 rozpoczęła nowy cykl, w którym po raz pierwszy od 15 lat zaobserwowano spadek „cen”. Telewizje, głównie Sky Sports i BT Sport, zapłaciły tym razem mniej, co może odzwierciedlać rodzącą się na rynku zmianę (5,1 miliarda funtów w latach 2016-19 i 4,4 w latach 2019-22). Najpierw przyjrzyjmy się jednak metodzie, wg której dzielone są później zyski z tych umów między klubami. Obrazuje to tabela opublikowana przez samą ligę w ramach polityki transparentności finansowej.

Źródło: Premierleague.com

Jak widać, 50% dochodów dzielone jest po równo między wszystkie kluby (equal share), 25% zależy od liczby meczów zespołu, które w danym sezonie pokazano na żywo w telewizji (facility fees), a 25% odpowiada miejscu zajętemu przez drużynę w tabeli, wg wzoru, w którym różnica między każdą kolejną ekipą jest taka sama. Dochód z reklam oraz z praw międzynarodowych jest dzielony po równo, choć planowane jest wprowadzenie niewielkich zmian w tym zakresie, które pozwolą najlepszym klubom zarobić nieco więcej. W związku z takim a nie innym podziałem dochodów, wicemistrz Anglii w sezonie 2018/19 Liverpool zarobił więcej od mistrza Manchesteru City, ponieważ w telewizji pokazano o trzy jego mecze więcej, co przełożyło się na przewagę w wysokości około 1,5 miliona funtów.

Powodem, dla którego Premier League uznawana jest za wzór w temacie sprzedaży praw telewizyjnych i podziału dochodów, jest jednak różnica między „górą” a „dołem” tabeli. Ostatnie Huddersfield zarobiło bowiem aż 63% kwoty, którą otrzymał Liverpool. Mowa o 96 milionach funtów, czyli ponad stu milionach euro. Zobaczmy, jak sytuacja wygląda w hiszpańskiej Primera División.

Źródło: Laliga.es

Dane przedstawione w tabeli opublikowanej przez LaLigę są oczywiście w euro, więc na potrzeby porównania przeliczyłam je na funty wg kursu z dnia 6 stycznia 2020 roku (0,85). Okazuje się, że w sezonie 2018/19 mistrz Hiszpanii FC Barcelona zarobił na prawach telewizyjnych 130 milionów funtów. Drugi na liście płac Real Madryt zainkasował 122,74 miliona. Na przeciwnym biegunie znalazła się Huesca z zaledwie 35 milionami funtów (27% dochodu Barçy). Różnica między pierwszym o ostatnim zespołem to więc aż 95 milionów. Przekładając powyższe dane na ratio otrzymujemy więc 1,57 w Anglii i 3,7 w Hiszpanii.

To właśnie stosunkowo równy podział dochodów w Premier League i przepaść dzieląca najlepsze od najgorszych drużyn w Hiszpanii, a także w Niemczech, we Włoszech czy we Francji, świadczy o sile angielskiej piłki. Pieniądze są w tym sporcie niezwykle istotne, co widzimy chociażby po horrendalnych kwotach transferowych. Co ciekawe, Barcelona i Real starają się dotrzymywać kroku angielskim rywalom. Dlaczego więc cierpią na tym mniejsze kluby? Odpowiedź leży w sposobie podziału zysków, który w LaLidze jest nieco bardziej skomplikowany niż w Premier.

W Hiszpanii również 50% dochodów jest dzielone po równo między wszystkie 20 klubów Primera División. Kolejne 25% jest zależne od wyników każdej z drużyn w ostatnich pięciu sezonach, przy czym ostatnia kampania ma większy współczynnik od pozostałych. W ramach procentów przypisanych do każdego z sezonów pierwszy zespół dostaje aż 68 razy więcej od ostatniego. Beniaminki są tu na straconej pozycji, bowiem nie było ich nawet w zestawieniu. Ostatnie 25% zostało przypisane do popularności klubów. Tutaj 1/3 zależy od sprzedaży biletów i karnetów w ostatnich pięciu sezonach, a 2/3 od udziału w generowaniu zysków, czyli m.in. od liczby telewidzów. Jak widać, ponownie system faworyzuje większe i bardziej popularne drużyny. Zastosowano jednak jedno zabezpieczenie, polegające na tym, że najlepszy klub może dostać maksymalnie 20%, a najgorszy minimalnie 2% z części funduszy przypisanych do popularności (a więc odpowiednio 20% i 2% z 25% całości). Według dziennika Marca trwają rozmowy nad uwzględnieniem również działalności i zasięgów w mediach społecznościowych, co ponownie faworyzowałoby jednak większych.

Ważnym aspektem w temacie LaLigi są również obowiązkowe kwoty odejmowane od wyliczonych dochodów, co pokazano w powyższej tabeli. W sumie każdy klub oddaje 7% zysku z praw telewizyjnych na rzecz krajowej federacji, Wyższej Rady ds. Sportu, samej ligi (w celu jej promocji) oraz funduszu na rzecz zespołów spadających z ligi. Co roku takie ekipy otrzymują bowiem rekompensatę.

Choć w tym sezonie rozgrywki Primera División są bardzo wyrównane, to jednak powszechnie znanym stereotypem jest stwierdzenie, że jest to liga dwóch drużyn. Dlaczego? Jedna z odpowiedzi może leżeć właśnie w finansowaniu mniejszych ekip. System faworyzujący większych sprawia, że jeszcze trudniej jest zniwelować powstające różnice. Wiąże się to także z tym, że coraz więcej pieniędzy kluby przeznaczają na transfery, pensje dla piłkarzy i premie dla agentów, a nie np. na rozwój szkółek, które potencjalnie mogłyby dać im za parę lat wyniki sportowe stosunkowo niższym kosztem. W rezultacie zamiast rozwoju dyscypliny otrzymujemy sztucznie pompowaną bańkę pieniężną, która prędzej czy później pęknie.

Kryzys?

Jak wspomniałam na początku, już teraz nowy kontrakt Premier League z operatorami jest mniejszy od poprzedniego. Tendencja ta nie jest jeszcze widoczna w Hiszpanii ani w innych europejskich ligach, które na razie gonią pod tym względem Anglię i wciąż znajdują się daleko w tyle (mając o ok. 50% mniejsze dochody). Nie można pominąć też roli osób, które to negocjują nowe umowy. Hiszpańska LaLiga nie jest najbardziej kompetentnym z organów, choć w dziale finansów można jej zarzucić najmniej. Mimo to w lutym 2018 roku Premier League sprzedała już 2/3 praw na okres 2019-22. Tymczasem w Hiszpanii przetargi zakończono dopiero w maju 2019 roku, na trzy miesiące przed startem sezonu.

Yousef al-Obaidly, dyrektor wykonawczy BeIN Media Group, podkreśla, że coraz większym problemem piłki nożnej staje się nielegalne oglądanie meczów w Internecie. Szczególnie mocno odbija się to na małych klubach, w których pieniądze z praw telewizyjnych stanowią nawet 80-90% budżetu. Im więcej osób decyduje się nie płacić za transmisje na rzecz nielegalnych streamingów, tym bardziej spada wartość praw, które następnie sprzedawane są za mniejsze sumy, co znacznie zmniejsza zarobki klubów.

Trudno przewidzieć, czy inne kraje będą w stanie dogonić Anglię w zarobkach wynikających ze sprzedaży praw telewizyjnych. Możliwe jest bowiem, że i one doświadczą stopniowego spadku cen, a więc i spadku dochodów klubów i samych lig. Krajowe organy powinny być na to przygotowane, ponieważ jeśli rzeczywiście w futbolu zacznie brakować pieniędzy (a rynek azjatycki przecież nie jest studnią bez dna), należy przygotować się na kryzys.

***

Pisząc ten tekst korzystałam z danych udostępnionych przez Premier League, LaLigę, z analiz i artykułów opublikowanych na łamach BBC, Guardiana, Marki oraz z konta Swiss Ramble na Twitterze.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Spoglądając na tabele 10 z 11 miejscem w LL to mecz Osasuny z Granadą. W PL Arsenal-Crystal Palace. Patrząc po składach wybór jest jednoznaczny. Ludzie mylnie interpretują siłę ligi z dokonaniami zespołów w pucharach. Anglicy mieli to do siebie, że do momentu kiedy zwycięzca Ligi Europy awansuje od razu do CL to Ligą Europy w ogóle się nie interesowali. Od tamtej pory zwyciężali już Man Utd i Chelsea. Co do Ligi Mistrzów to nie oszukujmy się. Real czy Barca mają mniej trudnych meczów niż angielskie drużyny. Nie na darmo utarł się tam termin "big 6". Liga jest tak dobra jak jej oglądalność, więc tu nie ma o czym mówić. Telewizje tyle płacą, bo jest na ten produkt popyt. Powoduje to też, że Barcelona nie może tak jak to bywało dawniej wejść na rynek angielski i kupić zawodnika, który się jej podoba. Jeśli już się uda przekonać zawodnika do transferu to trzeba zapłacić rekordową kwotę vide Coutinho. Trzeba zrozumieć, że bez zwiększenia konkurencyjności ligi nie będzie szans z Anglikami za kilka lat. To już postępuje. Za chwilę argumentami za Hiszpanią będzie tradycja klubu i pogoda.
« Powrót do wszystkich komentarzy