Zgoda FC i FCBarca.com grają razem i ogłaszają konkurs!

Redakcja

8 października 2019, 16:36

232 komentarze

Bardzo miło nam poinformować, że nowym partnerem FCBarca.com został sklep piłkarski Zgoda FC.

Dzięki współpracy nasza społeczność otrzymała od sklepu rabat na wszystkie produkty związane z FC Barceloną. Cena każdego produktu przy użyciu kodu FCBARCA zostanie obniżona o 10%. Warty podkreślenia jest fakt, że kod działa również na produkty już przecenione i "wyłączone z rabatu", czyli dosłownie na WSZYSTKO.

Wszystkie produkty dla fanów FC Barcelony znajdziecie tutaj: http://bit.ly/rabat_fcbarcacom - korzystajcie z tego odnośnika. Pamiętajcie również o możliwości personalizacji zakupionej koszulki.

***

To nie wszystko! Na dobry początek współpracy proponujemy Wam również konkurs, w którym do wygrania jest koszulka Barcelony Breathe Stadium z obecnego sezonu (w przypadku, gdy towar będzie niedostępny, zwycięzca wybierze nagrodę o podobnej wartości) ufundowana przez sklep Zgoda FC. Co trzeba zrobić, by ją wygrać?

W komentarzu pod tym artykułem napisz, która meczowa koszulka FC Barcelony z XXI wieku podoba Ci się najbardziej, i uzasadnij dlaczego. Wybierzemy najlepszą i najbardziej kreatywną odpowiedź, a jej autora nagrodzimy jak wyżej.

Format odpowiedzi to:

- sezon
- dom/wyjazd
- uzasadnienie

Na przykład:

- 2005/06
- dom
- tekst uzasadnienia

Konkurs trwa do czwartku, 10 października do godziny 23:59. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi w poniedziałek, 14 października. Każdy użytkownik może udzielić odpowiedzi tylko raz. Zachęcamy do udziału i zaznaczamy, że oczekujemy ciekawych i nieszablonowych komentarzy. Liczymy na Waszą kreatywność, więc warto zastanowić się nad ciekawym uzasadnieniem. Powodzenia!

Przy okazji nie zapomnijcie o polubieniu profilu Zgoda FC na Facebooku. Warto to zrobić, gdyż często pojawiają się tam informacje dotyczące asortymentu kibica i aktualnych promocji.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

- 1999/2000
- dom

Dlaczego?
Ponieważ niesie w sobie ogromny (dla mnie) ładunek emocjonalny, furę wspomnień i sentymentu. Lecz tak lakoniczna, zamknięta w kilku słowach odpowiedź byłaby zbyt prosta. Dlatego powoli i po kolei; bez pośpiechu. Proszę się rozsiąść wygodnie w fotelach, przygotować pokal chłodnej cervezy, orzeszki, oliwki, a ja będę snuł swoją opowieść. Nikt i nic nas nie goni, zróbmy sobie przerwę od życia, a poza tym…, czy czas ma tu jakieś znaczenie? Rozprawiamy przecież o Barcelonie.

Otóż, w roku 1999 byłem już bardziej młodym mężczyzną niż nieopierzonym młodzieńcem. Goliłem się z wprawą co ranka od dobrych kilku lat i dochodziłem do półmetka trzeciego dziesięciolecia swojego stąpania po matce ziemi. Finiszowałem na odcinku zwanym - życie studenckie. Można rzec, stary koń już wówczas ze mnie był. Za mną pozostały pierwsze randki, pierwsze pocałunki, miłosne uniesienia oraz zatrucia alkoholem.
Barcelonie kibicowałem od lat 5 z okładem. Od srogiego lania w ateńskim finale. Zadziwiające, że właśnie porażka w takim meczu zdefiniowała mnie jako kibica Barcelony. Stało się. Ale jak wspominałem kiedyś na łamach tego portalu, w ówczesnej Barcelonie, tej ery Romario, Guardioli, czy Stoichkova, nie sposób było się nie zakochać. Ho, ho, wyszło mi podwójne zaprzeczenie, taka wyjątkowa specyfika języka polskiego.

Ale…, do tematu, zachwyt, uwielbienie dla koszulki z sezonu 1999/2000 to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie, nie, nic takiego. Wydawała mi się jakaś retro. Chociaż poźniej i obecnie, właśnie ten lekki sznyt retro w niej cenię najbardziej. No i dodatkowy smaczek, była jubileuszowa. Wtedy jednak nasz związek bardziej przypominał hinduskie małżeństwo aranżowane. Niewiele spontaniczności, więcej pragmatyzmu. Aczkolwiek z czasem wybuchło między nami gorące uczucie - głównie z mojej strony - trwające do dziś.
Jego eksplozja nastąpiła 14 października 1999, czyli dokładnie 20 lat temu. Woodoo, hoodoo lub inny wariat przyczynił się temu, że mogę opisać to niemal 20 lat po fakcie. W tym dniu stałem się posiadaczem wspominanej koszulki. Kupiła mi ją moja kochana Mama, która nigdy wcześniej nie kupiła mi niczego związanego z futbolem, a tu masz. Czyniąc to, nie miała chyba nawet świadomości, że jej syn już dawno wszedł w fazę narkotycznego uzależnienia od Barcelony.

Jak do tego doszło jak rany boga? Mama - kochana zaznaczam - wybrała się na jedną z wypraw autokarowych tropem miejsc świętych, Compostela itp. organizowaną przez rejonowy oddział kościelny i księdza Ryszarda, bo gdyby nie on, to do rzeczonej wycieczki by nie doszło. Nie ukrywam, ksiądz Ryszard przystojnym mężczyzną był i panie w kwiecie wieku wzdychały do niego bez wyjątku. Moja rodzicielka również.
Nie wiem, nie znam się, nie interesuje mnie to, jak się stało, bo gdzie Compostela a gdzie Barcelona, ale w każdym razie wycieczka trafiła zastanawiającym (mnie) zbiegiem okoliczności również i do Barcelony. Gdy jednak sprawę poddać analizie, szczególnie dziwić się w zasadzie nie można, bowiem Camp Nou trochę jak ta świątynia wszak jest. I w tejże właśnie Barcelonie, moja umęczona, ale kochana Mama, nie poszła na łatwiznę. Zachowała się w tej sytuacji jak na siebie niekonwencjonalnie, niemal jak Rivaldo pod bramką przeciwnika. Nie nabyła dla syna nieudolnej imitacji na Rambli, repliki przypominającej tą prawdziwą. Nabyła natomiast 100% oryginalną koszulkę meczową w samiutkiej botedze, której ja jeszcze wtenczas nie miałem okazji odwiedzić i przyznam się ze szczerością - nie całkiem wiedziałem co to takiego ta botega, a moja kochana Mama już sobie w niej fotki nacykała.

Więc gdy po powrocie - kochanej zaznaczam - Mamy, ujrzałem w maminych dłoniach wspominaną koszulkę, jak stałem, tak mowę mi odebrało. Po pierwsze primo, Mama kochana jest osobą rozsądną i nieskorą do niekontrolowanych uniesień, a kupno piłkarskiej koszulki nie jest dla niej czymś normalnym. Poszła ostro. Po drugie primo, wydała sporo pieniędzy, a mogła mniej, zadowalając się tym co na straganach. Nie do końca rozumiała wprawdzie w czym fascynacja, ale chciała mi zrobić przyjemność. Lepsze przecież to, niż święty obrazek z uświęconej Composteli. No i po trzecie primo, uświadomiłem sobie, że i moją kochaną Mamę w takim razie ani chybił porwał, choć tylko na chwilę, barceloński wicher obłędu.

Niespełna dwa miesiące później, mknąłem do Berlina na swój pierwszy mecz z Barceloną w udziale, wystrojony oczywista sprawa w moją koszulkę. Meczu co prawda niewiele widziałem, bo mgła która spowiła boisko uniemożliwiała praktycznie zobaczenie czegokolwiek co się na nim działo, ale i tak byłem w siódmym niebie. Widziałem mecz Barcelony na żywca! Oni i ja w tych samych szirtach! Co prawda ja pod kurtką, było bowiem zimno straszecznie, ale fakt pozostaje faktem.

Dzisiaj liczę sobie lat sporo więcej. Kto chce niech dodaje. Na meczach Barcelony staram się bywać najczęściej jak to możliwe. Koszulek świadczących o przynależności kibicowskiej przez ten okres również mi przybyło i mam ich obecnie wiele, ale tylko jedną jedyną - ponieważ za nimi nie przepadam - w całym zbiorze stanowi opisana koszulka meczowa.
Jest jak świętość, relikwia. Przecież to moja pierwsza koszulka Barcelony. Jest starsza od moich dzieci. Zastanawiam się, czy aby nie umieścić jej w specjalnym pomieszczeniu z klimatyzacją i utrzymaniem wilgotności powietrza. Wszyscy w domu, Żona, rozwrzeszczana banda bahorów podająca się za moje dzieci, dwa leniwe koty oraz pies, wiedzą - gdy tata stroi się w „TĘ KOSZULKĘ” to musi być gruba sprawa.

Zatem to tyle. Dziękuję, że wysłuchaliście mojej historii i mam nadzieję, że nikt się przy niej nie nudził.

PS.
Z kotami może nieco przesadziłem. One mają w głębokiej pogardzie wszystko i wszystkich. Nawet koszulki Barcelony.
« Powrót do wszystkich komentarzy