W barcelońskich okoliczno-ściah: Tysiące kilometrów za garść srebrników

Marcin Poreda

18 lipca 2019, 18:04

36 komentarzy

Wciąż dość nieśmiało, ale coraz żwawiej słychać kroki zbliżającego się sezonu 2019/20. Jego jaskrawą zapowiedzią jest presezon, który tym razem rozrzuci barcelonistów po całym świecie. Już za pięć dni popularny i powszechnie lubiany Txingurri pojawi się przy linii bocznej na Saitama Stadium, żeby móc pieczołowicie przeprowadzać szybkie i celne zmiany, a także stosować rotacje w zespole, bazując na swoim unikalnym stylu. Jego precyzyjne rozkazy będą wypełniać wierni gladiatorzy z pierwszej drużyny wsparci obiecującym(?) narybkiem z rezerw. Część culés może próbować wyczuć tutaj sarkazm, jednak mecze towarzyskie rządzą się swoimi prawami i cały ten opis może mieć całkiem solidne pokrycie w rzeczywistości.

Gratka dla kibica

Splot pewnych okoliczności czyni z nadchodzącego presezonu najciekawszy okres przygotowawczy od wielu lat. O atrakcyjności rozgrywek, których nagrodą są „Złote Kalesony”, świadczy przede wszystkim jakość i liczba świeżych transferów z zewnątrz oraz w dalszej kolejności możliwość pokazania się młodzieży z rezerw. Klasa rywala nie ma raczej większego znaczenia, ale smaczki są zawsze na plus – tym razem trochę ich będziemy mieli. Żeby móc znaleźć tak świetnych piłkarzy, przychodzących do Katalonii latem i prezentujących się podczas lipcowych meczów towarzyskich, trzeba cofnąć się aż do ery Guardioli i sezonu 2011/12, kiedy na Camp Nou trafili Fàbregas i Sánchez, a nieodżałowany Thiago Alcântara dostał awans do pierwszego zespołu. Pamiętam, że bardzo chciałem zobaczyć w akcji nowe nabytki i szczególnie liczyłem na Brazylijczyka z hiszpańskim paszportem, który niestety później przez nieudolność zarządu trafił do Bayernu za czapkę gruszek. Skupmy się jednak na teraźniejszości – Griezmann i de Jong. Dwaj zawodnicy absolutnie najwyższej jakości, których dotknięć piłki na boisku w barwach blaugrana łaknę szczególnie. Doliczamy do tego obecność w kadrze obiecujących Todibo, Aleñi, Busquetsa, Puiga, Péreza i Collado, a mówi się też o Araujo (tego chłopaka chciałbym zobaczyć szczególnie). Możliwe też, że ku uciesze miejscowych kibiców na boisku pojawi się Hiroki Abe, choć osobiście nie wyczekuję szczególnie jego występów. Na koniec zaś absolutny bonus najwyższej jakości, czyli możliwość obserwowania Iniesty i Villi w barwach Vissel Kobe, z którym Barcelona zmierzy się 27 lipca. Delicje. Nawet aspekty techniczne stoją po stronie kibica. Mecze będą rozgrywane w środku dnia, więc można będzie cieszyć się pierwszymi podmuchami futbolowego wiatru bez zarywania nocy, na co wielu culés nie może już sobie z racji wieku pozwolić. Cudownie, nieprawdaż? Skoro jest tak przyjemnie to pobawmy się trochę. Oto moja wymarzona wyjściowa jedenastka na mecz z Chelsea.

A po przerwie Neto, Roberto, Piqué, Lenglet i w ogóle wszyscy. Przecież to mecz towarzyski i każdy musi się rozbiegać. Podsumowując, nic tylko oglądać i mieć nadzieję, że ten presezon faktycznie okaże się najlepszym w ostatniej dekadzie. Tyle z perspektywy kibica.

Mordęga dla piłkarzy

Podróżowaliście może kiedyś do krajów wschodniej Azji? Wsiadasz do samolotu powiedzmy w południe i lecisz dziesięć godzin. Twój organizm ma na liczniku już 22 i czas spać. Problem polega jednak na tym, że w takiej Japonii jest już siódma rano. Jeśli nie udało Ci się zdrzemnąć w samolocie, masz przechlapane. Zanim w pełni się zaaklimatyzujesz, minie przynajmniej pięć dni. To i tak optymistyczny wariant, bo niektórzy nie potrafią dojść do siebie nawet po dwóch tygodniach. Załóżmy jednak, że mija ten niecały tydzień. Zaczynasz spać w nocy, nie wyglądasz za dnia niczym zombie. Tylko wtedy jesteś już na lotnisku i wracasz do Europy. Wsiadasz w południe do samolotu i lecisz dziesięć godzin. Organizm znów ma na liczniku 22, ale na Starym Kontynencie jest 13. Aklimatyzacja zaczyna się na nowo. Historia się powtarza. O wylocie do USA już nie wspomnę - trzeci i czwarty raz robisz sobie sieczkę z mózgu. W dzisiejszych czasach sport wyczynowy jest tak bardzo związany z wydolnością organizmu, regeneracją tkanek, że każde wytrącenie z rutyny (nawet granie w PSa w nocy) może być brzemienne w skutkach i skończyć się nawet kontuzją mięśniową. Valverde i spółka zamierzają jednak w ciągu trzech tygodni (włączając mecze w USA) aż czterokrotnie zmieniać strefę czasową i przemierzyć transportem powietrznym około 36 000 km – to dystans niemal tak duży jak obwód kuli ziemskiej. Sama podróż to jednak nie wszystko. Doliczmy spotkania z kibicami, treningi, mecze, bycie nieustannie na świeczniku. Do tego brak rodziny i domowego ogniska. Nie brzmi to zbyt przyjemnie i paradoksalnie może odezwać się na przykład w kwietniu lub w maju.

Czysty zysk dla klubu

Kibice się cieszą, piłkarze pracują, a klub zarabia. Galopujący wzrost przychodów i ambicje dojścia do 1 mld euro w tym aspekcie stawiają przed Bartomeu jasne cele. Fani mają oglądać mecze, piłkarze grać, a klub musi wykorzystywać każdą okazję do zarobienia eurocenta. Rozsądek w kwestii zagranicznych tournée skończył się wiele lat temu. Teraz największe marki robią wszystko, żeby wycisnąć z tej ogromnej cytryny, którą jest klub piłkarski, jak najwięcej soku, ale ostatecznie jej nie zniszczyć. Barcelona nie jest wyjątkiem. Niepokojąca jest tylko jedna kwestia. Zespół wygrał ostatnio Ligę Mistrzów w sezonie 2014/15, kiedy piłkarze na spokojnie przygotowywali się w Europie, natomiast sukcesy w 2008/09 i 2010/11 były poprzedzone tournée odbywającymi się w jednym kraju. W ciągu tego czasu nie zdarzyło się jeszcze, żeby Barcelona wylatywała w ciągu trzech tygodni na aż dwa tak bardzo oddalone od siebie kontynenty. W moim odczuciu zakrawa to o szaleństwo, a przynajmniej jest ryzykowym hazardowym posunięciem. Skądś jednak trzeba wziąć pieniądze na wypłaty dla piłkarzy, którzy z roku na rok otrzymują coraz więcej. Mundo Deportivo podaje, że za oba tournée klub zarobi w sumie 8 mln euro - pecuna non olet. Naturalnie weryfikacją jak zwykle będzie maj w przyszłym roku. Okaże się wtedy, czy Bartomeu udało się zachować równowagę, czy jednak po raz kolejny cytryna została zniszczona. Oczywiście zawsze też można twierdzić, że końcówka sezonu nie ma nic wspólnego z przygotowaniami do niego, ale to równie logiczne myślenie, co poważne traktowanie doniesień ASa w tematach związanych z FC Barceloną. Ludzie mają jednak różne przypadłości, więc i z takimi opiniami należy muszę się liczyć.

***

Patrząc na te wszystkie aspekty, jestem dość zaniepokojony koncepcją Bartomeu i jego zarządu. Cieszy mnie perspektywa obejrzenia Iniesty i Villi, ale martwi ogrom podróży, które będą musieli odbyć zawodnicy. Nie mogę się już doczekać wspólnego występu Griezmanna, de Jonga, Dembélé i Puiga, ale jednocześnie jestem zły, że od ostatniego Supermeczu w Gdańsku minęło już sześć lat i poza Pucharem Gampera nie da się łatwo zorganizować wyjazdu na mecz Barcelony w presezonie. Na sam koniec chcę, żeby klub rósł w siłę i miał jak najwięcej funduszy na działanie i rozwój, ale nie życzę sobie, żeby działo się to kosztem jakości gry i trofeów na koniec. Jak to dobrze, że nie jestem na miejscu Bartomeu, bo czy ktoś z was chciałby być?

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Jeśli ostatnimi laty odpada się regularnie z LM to trzeba kombinowac i zarabiać w inny sposób pieniądze. Niestety kosztem piłkarzy i sztabu szkoleniowego.. Dopóki Pan Bartek pociąga za sznurki raczej nic się już nie zmieni w tej kwestii.
« Powrót do wszystkich komentarzy