Nic dwa razy się nie zdarza?

Marcin Poreda

8 maja 2019, 15:14

350 komentarzy

Dziś tekst wyglądający trochę niczym zlepek kartek z pamiętnika, bo w pewnym sensie archiwalne rozmowy na czacie redakcyjnym można tak traktować. Będą one zapisane w formie cytatów. Część zdań została ocenzurowana, jednak ich sens jest taki sam. Nie zabraknie również merytoryki i liczb – każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

10.04.2018

Pamiętny rewanż z Romą. Nie oglądałem meczu na żywo – byłem dość świeżo po rozpoczęciu nowej pracy. Wstawałem codziennie przed 5 rano, więc chciałem wyspać się, żeby myśleć jasno podczas okresu próbnego. Poza tym byłem pewny awansu drużyny z Katalonii. Smacznie spałem, kiedy Barcelona kompromitowała się Romą.

11.04.2018

Przegląd wydarzeń zeszłodniowych i zapiski na Whatsappie:

05:46

O. Niezłe zdziwko. Jeśli nie strzeliliśmy choćby jednego gola Romie, to znaczy, że byliśmy totalnie żałośni. 7up czy te kompromitacje w zeszłym sezonie były jednak z uznanymi markami. Średnio mi się mieści w głowie ten wynik. No ale trudno - znacznie bardziej niepokoi mnie Valverde. Niech się oni tam u góry zastanowią, czy nie powinno się go odpalić. Nie chodzi o wynik i kompromitację samą w sobie, ale jaki on ma faktycznie wpływ na ten zespół, skoro nie potrafi go zmotywować do strzelenia choćby jednego gola?

21:06

Matko, jak ja się cieszę, że nie musiałem tego meczu obejrzeć. I nigdy go nie obejrzę.

Ciekawość jednak zwyciężyła.

12.04.2018

Obejrzany obszerny skrót - około 40 minutowy. Tortury. Wnioski wyciągnięte:

17:41

Odnośnie Ernesta to napiszę tylko jedno. Jak kobieta zdradzi raz, to jest duża szansa, że zrobi to ponownie. Valverde popełnił grzechy śmiertelne w tym meczu i moim zdaniem wszystko świadczy o tym, że to może się powtórzyć. Zniszczenie przygotowania fizycznego, zajechanie zawodników, brak zmian. Nie rozumiem tego. Chłop jak zaczynał, to robił zmiany po przerwie, rotował często, zmieniał formacje i zaskakiwał. Teraz ma syndrom każdego trenera Barcelony z przeszłości. Czym to do motylej nogi jest spowodowane? Czy trenerzy w Barcelonie tracą jaja po kilku miesiącach? Enrique też z czasem zrobił z siebie mało eleganckiego człowieka. Jakby ktoś wziął im mózgi i wbił "tylko once się liczy, reszta jest za słaba". Dramat. Moim zdaniem powinien polecieć.

15.04.2018

Utwierdzenie się w opinii:

06:37

Jestem za odejściem, ale i tak zostanie na kolejny sezon. Mam tylko nadzieję, że jeśli zostanie, to będę za rok wszystko odszczekiwał i wcale nie chodzi mi o trofea, tylko o zarządzanie kadrą i brak kompromitacji.

09:27

Możliwości taktyczne możliwościami taktycznymi, ale ten mecz z Romą to była zbrodnia. Jeśli nie idzie, to robi się zmiany w 45. minucie, wstrząsa się piłkarzami, cokolwiek. Mówi się im „macie rzygać na boisku”. Zamiast tego było cofnięcie się do 0:3 – dla mnie to niewybaczalne, pokazuje jakąś impotencję. Nawet dyletant taktyczny Zidane w trudnych meczach coś zmieniał, próbował. Moim zdaniem ten mecz jest symptomatyczny. Zbrodnia.

14:10

Nie interesują mnie sukcesy – one są wypadkową. Jednak ten mecz z Romą dał mi zmienne, które sugerują, że Valverde się nie poprawi. Dał mi w tym meczu podstawy do sądzenia, że może w przyszłości odpłynąć. Skala kompromitacji jest zbyt duża.

Kilkadziesiąt minut później napisałem do kolegi, z którym polemizowałem o meczu i Valverde:

Mam tylko nadzieję, że za rok wyciągniesz mi tę rozmowę i przy zdobywaniu trofeów z Valverde będziesz się ze mnie śmiał. Nie mam nic przeciwko. ;)

A na deser krótka opinia na temat naszych odwiecznych rywali, która nada pełny rys wstępowi:

26.04.2018

A tak zupełnie poważnie, to dziś doznałem olśnienia. Ten Real jest wielki. Nie ma co pisać negatywnie o stylu, innowacjach i innych tego typu rzeczach. Przez wiele miesięcy większość składałem na karb farta i przygotowania fizycznego, ale dziś zrozumiałem jedno. Ten Real jest wielką drużyną. Jedną z najlepszych klubowych drużyn w historii piłki nożnej. Mają braki, ale posiadają w sobie tyle siły mentalnej i są tak świetni w strzelaniu goli, że ich przeciwnicy już na starcie robią w majty, a jeśli nie od razu, to w drugiej połowie lub w końcówce. Dlatego mają problemy z ogórkami. Ogórki mają inną mentalność, bo zawsze wychodzą skazani na pożarcie, więc siła Realu tak na nich nie działa. Jednak jeśli wychodzi na nich faworyt CL, to nagle staje się malutkim zasranym kundelkiem, który przy Cristiano może co najwyżej wyczyścić swój obsrany tyłek językiem. To jest ich wielkość. Oni są jak RFN, jak wielcy Włosi. Nie wirtuozja, nie piękno, ale potężna siła i kosmiczna skuteczność. Taki futbol też jest wspaniały i ci piłkarze na zawsze już zapiszą się w annałach.

Tyle wspominek. Mógłbym wygrzebać jeszcze więcej podobnych opinii, ale moim zamiarem nie jest wejście do kaplicy na pogrzebie kolegi, który jeździł 200 km/h po polskich drogach i zginął w wypadku samochodowym, stanięcie na trumnie i krzyczenie do zgromadzonej rodziny „A mówiłem mu, żeby jeździł wolniej!”. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na logikę zdarzeń i logikę przewidywań. W futbolu rzadko kiedy miejsce ma przypadek. Wynik końcowy zawsze jest składową wielu czynników. Tak było rok temu w Rzymie – można było zauważyć pewne niezmienialne cechy Barcelony Valverde. Powtórzenie się tego scenariusza nie jest niespodzianką, tylko logicznym następstwem decyzji i obecności osób, których rola w klubie powinna być zupełnie inna. Człowiek jest jednak istotą emocjonalną, zwłaszcza w takim temacie jak sport. Gdyby piłka nożna nie bazowała na uczuciach, to byłaby księgowością i nikt nie poświęcałby czasu na oglądanie jej. Emocje jednak odbierają trzeźwe spojrzenie na piłkę, koloryzują i przykrywają często prawdę.

Też jestem tego dobrym przykładem. W poniedziałek spotkałem się z Lookym, żeby porozmawiać o serwisie. Rozmowa zeszła też oczywiście na sytuację Barcelony w rozgrywkach. Powiedziałem:

Wiesz co, Łukasz? W zeszłym sezonie mocno krytykowałem Valverde i chciałem jego odejścia. Teraz wykręcił kolejną ligę, lepiej zarządza kadrą i wygrał z Liverpoolem 3:0. Wydaje mi się, że odrobił lekcje i wspiął się na kolejny szczebel jakości trenerskiej – nie wyobrażam sobie, żeby nie awansował do finału - to będzie potwierdzenie jego rozwoju. W związku z tym sumienie zmusi mnie do napisania tekstu. Nazwę go „Hau, hau, hau”, czyli odszczekuję to, co mówiłem o nim rok temu.

Weryfikacja. Emocje na bok. Wspomniany tekst nigdy nie zagości na naszej stronie. Cules są zszokowani, ale pamiętniczek pokazuje, że wszyscy mogliśmy się tego spodziewać. Logika i chłodna analiza nie pozostawiają wątpliwości – ten mecz jest konsekwencją pozostawienia Ernesto Valverde na ławce trenerskiej.

Dramat w czterech aktach

Akt I - Taktyka

Valverde w żenujący sposób przygotował taktykę na ten mecz. Wystawił ofensywne i mało stabilne w organizacji gry ustawienie 4-3-3, jednocześnie nakazując piłkarzom ostrożność. Efekty mogliśmy oglądać już po kilku minutach – szybkie 0:1. Pamiętam jak Tomasz Smokowski kilka dni temu w „Misji Futbol” mówił, że Liverpool nie ma zbyt dużych szans na awans, ale jeśli będzie w stanie strzelić gola w pierwszym kwadransie i dociągnąć do przerwy z czystym kontem, to w drugiej połowie mogą dziać się cuda – analiza doświadczonego eksperta, z której należy czerpać pełnymi garściami. Barcelona miała swoje okazje, ale nie były to aż tak dogodne sytuacje jak choćby próby Milnera i Salaha na Camp Nou. Wynikały one bardziej z indywidualnego błysku zagrywającego Messiego niż ze składnych akcji drużyny. Coutinho był bezużyteczny. Nic nie dawał w ataku i miał poważne problemy z powrotami do defensywy - standardowo. Vidal walczył, ale nie miał spokoju i precyzji w rozegraniu (78% celności podań). Stoperzy bardzo nerwowo wybijali piłki na oślep – goście wykonali aż 70 długich podań przy 54 gospodarzy - istny gwałt na stylu gry. Sergi Roberto balansował w środkowej strefie, ani razu nie podając celnie w pole karne, przy jednoczesnych problemach z powrotami do defensywy. Luis Suárez był z przodu osamotniony, zaliczył tylko 21 podań w meczu. W ofensywie istniał tylko Messi, który na dodatek nie miał najlepszego dnia strzeleckiego. Barcelona o ile nie od początku, to już po utracie gola powinna całymi siłami rzucić się do ataku, żeby strzelić tę jedną jedyną bramkę zabijającą spotkanie. Pośrednio ustawienie zespołu to sromotna klęska i blamaż Valverde – drugi raz z rzędu.

Wszystkie celne podania Luisa Suáreza w tym meczu. Najbardziej znamienny jest widok koła środkowego

Akt II - Zarządzanie składem i zmiany

Kiedy Juergen Klopp powiedział, że nie zagrają Firmino i Salah, kursy na zwycięstwo Liverpoolu poszybowały w górę. Mimo wszystko Niemiec, dzięki rozsądnemu zarządzaniu kadrą, mógł skorzystać z Origiego i Shaqiriego, którzy w tym sezonie mieli rozegrane na koncie w sumie niemal 2000 minut. Zrozumiał swój błąd z poprzedniego meczu, zostawiając na ławce Georginio Wijnalduma i wprowadzając go na murawę w odpowiednim momencie. Wypracowanie 4:0 pozwoliło gospodarzom na spokojne bronienie wyniku, a Kloppowi wystarczyło zaaplikowanie drobnych korekt, związanych z wyeliminowaniem najbardziej zmęczonych piłkarzy. Na drugim biegunie mamy Valverde, który najpierw fatalnie nastawił zespół pod kątem taktycznym, a potem podejmował zupełnie irracjonalne decyzje w trakcie spotkania. Zmiany zostały przeprowadzone zbyt późno – drużyna była już na kolanach, a na ławce rezerwowych brakowało wartościowych piłkarzy w formie. Trener zupełnie bezsensownie zdecydował się na tę samą roszadę personalną, co na Camp Nou, kiedy sytuacja boiskowa różniła się o 180 stopni. Wtedy drużyna potrzebowała 4-4-2 jako stabilności i kontroli środka pola. Wczoraj niezbędne wydawało się przesunięcie Coutinho do pomocy, gdzie mógłby wykorzystać swoją kreatywność i pograć kombinacyjnie z Messim, a także wprowadzenie Malcoma za Vidala oraz Arthura za Rakiticia. Zamiast tego nie było absolutnie żadnej reakcji na 0:1, a odpowiedzią na 0:3 było wprowadzenie obrońcy, który do tej pory w barwach Barcelony strzelił jednego gola i nie zaliczył ani jednej asysty, tworząc kolegom w sumie 23 okazje w 64 meczach. Szansa, że Semedo wniesie coś pozytywnego do kreacji, była niewielka, ale mimo wszystko Valverde zdecydował się na taki ruch. Wprowadzenie Arthura i Malcoma po 80. minucie to był już łabędzi śpiew Ernesto. Oczywiście trzeba mu oddać, że całościowo, w porównaniu do zeszłego roku, zarządzanie kadrą wyglądało znacznie lepiej (więcej odpoczynku dla Messiego, wprowadzanie Aleñi, rotacje Busquetsa, Arthura i Vidala), ale wciąż zabrakło mu szerszej perspektywy, elastyczności i zdolności do wyjścia poza betonowe schematy.

Akt III - Przygotowanie fizyczne

Po raz kolejny zawiodło. Zawodnicy dostali odpoczynek przed rewanżem, ale przygotowanie fizyczne w sporcie to nie tylko bycie wyspanym i wypoczętym. To również zarządzanie zmęczeniem mięśniowym, które później objawia się w ociężałości na boisku, gorszej szybkości i świeżości. Kilka miesięcy temu popełniłem tekst o Ivanie Rakiticiu, w którym zwróciłem uwagę na możliwość dalszego eksploatowania Chorwata, jednak z rozsądkiem - im bliżej decydującej fazy sezonu. Niestety Valverde nie zna umiaru i od momentu napisania felietonu dał odpocząć Ivanowi jedynie w dwóch meczach (w dwóch innych nie zagrał z powodu kontuzji i za kartki). Resztę rozgrywał w pełnym wymiarze czasu lub wchodził z ławki. Oczywiście Rakitić spokojnie dograłby do końca wczorajszego meczu, ale na murawie od początku był ociężały i powolny. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja z Busquetsem, Albą, Roberto i co gorsza z Messim. Leo miał wczoraj ewidentne problemy z dynamiką – nie był w stanie „oderwać się” od rywali swoim przyspieszeniem. Starość? Jakoś kilka miesięcy temu wyglądał w tym aspekcie zupełnie w porządku. Błędy w przygotowaniu fizycznym generują również w pewnym stopniu niedokładności. Zmęczony piłkarz jest mniej kreatywny, bardziej skupia się na próbach dopasowania się do intensywności meczu. Mniej czasu pozostaje na myślenie, a jeśli szwankuje analiza gry, to muszą pojawić się problemy. Zwycięski Real Madryt Zinedine’a Zidane’a potrafił zabiegać rywala i wykorzystać swoją przewagę fizyczną, stwarzając okazje Cristiano, a potem odpowiedzialnie broniąc wyniku. Wczoraj skompromitowana Barcelona Valverde przebiegła 105 kilometrów – siedem mniej niż Liverpool. To praktycznie tak, jakby gospodarze grali z przewagą jednego zawodnika.

Akt IV - Motywacja i psychika

Nie od dziś wiadomo, że najlepszych managerów od poślednich trenerów odróżnia umiejętność wykrzesania ze swoich piłkarzy wszystkiego, co najlepsze. W tym sezonie Valverde poczynił progres w aspekcie taktyki i zarządzania składem. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zrobił kroczek w przód w przygotowaniu fizycznym, dając odpocząć kluczowym piłkarzom w meczu ligowym (wiem, trochę naciągane ze względu na wygraną ligę, ale jednak). Niestety na polu psychologicznym Valverde jest trenerskim impotentem – zwykłym eunuchem, któremu nie pomoże nawet atrapa tego i owego. W moim odczuciu to w sferze psychiki zadecydowały się losy awansu do finału. Trener może popełnić błędy taktyczne, może kiepsko reagować na wydarzenia boiskowe i mieć zmęczonych zawodników, ale jeśli wzbudzi w nich ogień i pragnienie zwycięstwa, to może spokojnie liczyć na choćby jedną strzeloną bramkę, którą jego podopieczni wyszarpią rywalom z gardła. Z takim nastawieniem wyszli na murawę zawodnicy Kloppa. Przechodząca już do legendy umiejętność motywacji niemieckiego trenera pozwoliła Origiemu, Shaquiriemu i spółce na przeniesienie góry. Zawodnicy Barcelony wyglądali zupełnie inaczej. Już na początku wydawali się przestraszeni, popełniali szkolne błędy. Nikt przecież nie odebrał im umiejętności za pomocą czarodziejskiej różdżki – to głowa nie pracowała, jak należy. Podsumowaniem katastrofy mentalnej barcelonistów był gol na 4:0. Zupełnie odrealnieni, skamieniali zostali zaskoczeni jak na orliku. Na ich twarzach widać było strach, przerażenie i brak wiary, który pogłębiał się z każdą minutą. Z fatalnego przygotowania mentalnego wzięły się też w głównej mierze błędy indywidualne. Piłkarze nie ufali sobie nawzajem, nie dociągali piłek, przerzuty lądowały na autach – oznaka strachu przed zbyt krótkim zagraniem, co de facto sprowadza się do braku wiary we własne umiejętności. Rakitić bał się Milnera, Vidal Fabinho, a Busquets Hendersona – brzmi groteskowo, nieprawdaż? Najstraszniejsze jest jednak zdziwienie kibiców i pewnie zarządu, którzy mieli świadomość braków szkoleniowca. Ostatnio widziałem wywiad z Michałem Żewłakowem, którego trenował Valverde. Nasz były reprezentant opisywał Ernesto jako człowieka bardzo precyzyjnego i skupionego na detalach, ale stojącego z boku i nie wchodzącego w relacje z piłkarzami. Najprawdopodobniej tych relacji rok temu i obecnie zabrakło - trener nie potrafił zjednać sobie grupy, która oddałaby za niego życie na boisku. Bez tej pasji nie da się zwyciężać.

Koncepcja bez(-)nadziei

Fakty i logika po raz kolejny zwyciężyły. Na Camp Nou też widzieliśmy przeciętną Barcelonę, która jednak potrafiła zwyciężyć dzięki fenomenalnym bramkom Suáreza i Messiego, a także przez indolencję strzelecką Milnera i Salaha. Tym razem na boisku dokonała się sprawiedliwość. Lepsza drużyna zwyciężyła. Stado prowadzone przez lwa pokonało stado prowadzone przez barana. Kolektyw mocny psychicznie i gotowy zawracać rzekę wyjaśnił drużynę opartą na jednym piłkarzu, który na dodatek w takim momentach gaśnie jak znicz po 1. listopada. Największym winowajcą tego stanu rzeczy jest jednak trener. Valverde nie zrobił absolutnie nic pozytywnego, aby awansować. Przecież wystarczyło strzelić jednego gola! Zamiast tego przygotował drużynę na mecz z miałkim nastawieniem i pozostawił piłkarzy samym sobie. Można w ciemno zakładać, że nie wstrząsnął drużyną w szatni – pokazuje to brak zmian. Założył, że wszystko idzie w dobrą stronę, godząc się na długie piłki na oślep z defensywy i modląc się w duchu, żeby przewaga z pierwszego meczu wystarczyła. Ten mecz to jeszcze większa zbrodnia niż porażka z Romą. Barcelona miała w pamięci tamte chwile, wiedziała, czym może się skończyć zachowawcza gra, a mimo tego próbowała zrobić znów to samo i poległa tak samo sromotnie.

Istnieje powiedzenie, że saper myli się tylko raz. Fakty i okoliczności zeszłorocznej klęski pretendowały Valverde do zwolnienia, jednak dostał on kolejną szansę. Po drugim identycznym ośmieszeniu jego pozostanie w klubie będzie splunięciem w twarz kibicom. Valverde powinien dograć sezon do końca i podać się do dymisji. Jeśli zaś nie będzie miał tyle klasy, to niech wyręczy go Bartomeu, bo obecnie nic nie przemawia za jego pozostaniem. W klubie potrzebna jest nowa miotła, która bez sentymentów przeprowadzi zmianę pokoleniową, ograniczy minuty sytym niedźwiedziom i nie będzie się bała postawić na ambitnych następców. To szansa również dla zawodników, których przydatność w klubie się podważa: Semedo, Umtitiego, Malcoma, Dembélé i co najważniejsze Coutinho. Może nowy trener będzie w stanie tak dostosować taktykę, żeby uczynić z Brazylijczyka ponownie takiego cracka, jakim był w Liverpoolu. Najbardziej jednak życzyłbym sobie, żeby następca Valverde potrafił natchnąć swoich podopiecznych do wielkich rzeczy, tak jak potrafił to robić Pep Guardiola, bo taktyka, szybkość i umiejętność czytania gry są istotne, ale bez silnej psychiki nie da się zwyciężać, co Barcelona udowodniła po raz kolejny, broniąc bez krzty klasy tytuł frajerów roku z zeszłego sezonu. Można odpaść z turnieju – choćby w taki sposób, w jaki odpadł Manchester City, ale niewybaczalne jest potraktowanie kibiców dwa razy z rzędu w taki sposób, w jaki zrobiła to Barcelona.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Potrzeba zmian w kadrze, pozbyć się niepotrzebnych graczy e tym Rakitića, wiem to nasz filar w pomocy mocy ale jak by Waldek odszedł to Chorwat też raczej odejdzie a postawić na młodość czyli Arthur, Alena, Puig
« Powrót do wszystkich komentarzy