Ryzyko biznesowe, przyszłość bez Rakiticia i niewidomi na zawsze

Marcin Poreda

21 stycznia 2019, 12:47

111 komentarzy

Czas na kilka słów po wczorajszym meczu Barcelony z Leganés. Bez owijania w bawełnę.

Ostatnio myślałem nad reformami wprowadzanymi w futbolu – dużo zmian. Koncepcje są jednak niewyczerpane! Zatrzymywany czas gry, likwidacja spalonych i rzutów karnych. Pomysły iście rewolucyjne, które aż proszą się o wyeliminowanie emocji. No bo jak to piłkarze nie będą grali na czas? Nie będą padać w polu karnym na trawę niczym francuski karabin w \'39? Do tego dorzućmy jeszcze VAR i mamy koniec piłki nożnej, polemik, dyskusji o problemach pierwszego świata. Straszne. Chciałem nawet napisać, że wydawcy zdejmą z anteny „Chiringuito”, ale nie. Kibice La Ligi nie muszą się martwić – kiedy na całym świecie rozgrywki będą do bólu przejrzyste, klarowne i sprawiedliwe, a kibicom pozostanie już tylko kłócenie się o poprawnie odgwizdany rzut z autu, w Hiszpanii wszystko pozostanie po staremu. Ekspertom sędziowskim z Półwyspu Iberyjskiego można udostępnić najnowocześniejszą technologię z kilkunastoma kamerami, szalonymi kątami ujęć w rozdzielczości milion K, slow-motion i opcją zatrzymywania „taśmy”, jednak nie wyeliminuje to największego problemu – samych „ekspertów”.

Wczorajszy gol Suáreza nie miał prawa być uznany. Jasne, sytuacja była stykowa, duże tempo akcji i arbiter oddalony o kilkanaście metrów. Tylko właśnie po to został wprowadzony VAR, żeby tych kilku teoretycznie kompetentnych facetów mogło rzetelnie i w pełni obiektywnie ocenić zdarzenie. Prosta sprawa:

- piłkarz kopie piłkę – gramy dalej

- piłkarz kopie rywala – faul

Miliony kibiców na całym świecie widziało wczoraj Suáreza kopiącego w dłoń Cuellara, a tylko czterech dostało nagłej i trwałej chwilowej pomroczności jasnej. Pech.

Jak mawia polski filmowy klasyk: „Nu sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Nawiązując do tego cytatu, już nie mogę doczekać się kolejnych wypowiedzi Komitetu Technicznego Arbitrów:

- Jak oceniają Panowie sytuację z uznanym golem Luisa Suáreza w meczu z Leganés?

- Komitet Techniczny nie wypowiada się publicznie na temat ocenianych sytuacji. To nie jest nasze zadanie i nigdy tego nie zrobimy.

Szkoda.

***

Martwię się o Coutinho. Natknąłem się wczoraj na wypowiedź Juergena Kloppa z kwietnia zeszłego roku. Brzmiała ona mniej więcej tak:

„Coutinho jest fantastycznym napastnikiem, ale nigdy nie będzie czuł się komfortowo jako pomocnik w systemie 433. Jeszcze mniej jeśli miałby wejść w buty Iniesty w 442, które Valverde preferuje w fazie defensywnej, gdzie skrzydłowy musi przebiegać dłuższe odcinki. Iniesta jest długodystansowcem, Coutinho nie.”

Jeśli dorzucić do tego opinię z „El País”, w której członek sztabu szkoleniowego Barcelony twierdzi:

„Gdy gra w pomocy, drużyna traci balans między ofensywą a defensywą. Z kolei jako napastnik nie jest wystarczająco skuteczny, by regularnie występować w ataku.”

Można powoli bić na alarm. Philippe jest za słaby defensywnie do gry jako jeden z trzech pomocników w systemie 433, a mizerna wytrzymałość dyskwalifikuje go jako skrzydłowego w 442 i jego kombinacjach. Nie bez przyczyny Brazylijczyk jest znany w Barcelonie ze „znikania” na długie minuty w trakcie meczów – po prostu musi odpoczywać. Dopóki strzelał i asystował można było przymykać oczy na jego wady, ale obecnie Coutinho nie daje drużynie zbyt wiele wartości. Zawodnik za 160 mln euro jest najwcześniej 11-12 wyborem Valverde – coś tu nie gra i oby nie okazało się, że Philippe w dłuższym rozrachunku okaże się dla Barcelony elementem problematycznym.

Z kolei Dembélé, walczący z Coutinho o miejsce w pierwszym składzie i krzyżowany przez ostatnie miesiące, robi duże postępy. Abstrahując od liczb, można zobaczyć większą dojrzałość w jego grze – mniej nieodpowiedzialnych strat, więcej powrotów do defensywy, uczestnictwo w szybkim ataku pozycyjnym bez zbędnego holowania futbolówki.

Jak to wszystko się zmienia. Barcelona zainwestowała w tych dwóch piłkarzy około 300 mln euro. Jeszcze w zeszłym sezonie mówiono, że te 160 są pewniakiem, a 130 wyrzucono w błoto. Ryzyko przy przeprowadzaniu transferów istnieje zawsze i czasami niemożliwe jest przewidzenie wszystkiego. No chyba że jest się takim fachowcem jak Klopp. A może by tak przeprowadzić transakcję łączoną Klopp za Valverde? Mógłbym dorzucić „piątaka” – pewnie nie ja jeden.

***

Naprawdę ciekawie oglądało się wczoraj Barcelonę. Z ręką na sercu - nie odchodziłem od ekranu, nie przełączałem kart i nie scrollowałem z nostalgią statystyk z archiwalnych meczów Guardioli. Już po ogłoszeniu wyjściowej jedenastki miałem dobre przeczucia. Arthur i Aleñá – obaj jakby żywcem wyjęci sprzed lat, kiedy mecze Blaugrany nie były niczym odbębnienie nocnego dyżuru ochroniarza na parkingu NIEstrzeżonym. Arthur regulował tempo gry, przyspieszał akcje i zagrywał kluczowe podania, zaś Carles dynamicznie wbiegał w wolne strefy przed linię defensywną.

Uważny użytkownik dostrzeże zmianę sposobu gry po zejściu ww. dwójki i wprowadzeniu do pomocy Ivana Rakiticia. Nie zrozumcie mnie źle, Ivan jest wielkim graczem, pomocnikiem najwyższej klasy, któremu wiele zawdzięczamy – solidnym, pracującym, odpowiedzialnym, asekurującym, etc., ale jego zwinność, błyskotliwość i kreatywność na tle Arthura, wygląda jak porównanie Chucka Nevitta do Hakeema Olajuwona (młodzi fani NBA mogą sobie przypomnieć czasy ciekawej koszykówki). Stąd raczej nie będę rozpaczał, kiedy Ivan zdecyduje się kontynuować karierę w innym klubie. Zrobił dla Barcelony wiele i chwała mu za to, ale na Boga – dobrze jeśli oglądanie meczu kojarzy się z przyjemnością. Inaczej przeciętny kibic Barcelony może dojść do ostateczności:

- Kochanie, wolisz jechać do mojej mamusi w odwiedziny czy obejrzeć mecz Barcelony trenowanej przez Valverde?

- Nie zadawaj głupich pytań. Wsiadaj do auta.

Haters gonna hate.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Szacunek dla autora za świetny. A teraz odnośnie tej kontrowersji.Większość ludzi uważa, że trafisz w pilke ( tu kwestia mocno dyskusujna)) i nie jest ważne co później robisz. Btw ciekawe czemu sporo osób mówiło o czerwonej kartce dla Van dijka w meczu przeciwko Napoli- przecież tam Holender ewidentnie trafił najpierw w pilke, więc zdaniem tutejszych fachowców wszystko ok. A to że o mało przeciwnikowi nogi nie połamał to przecież nie nieznaczący drobiazg...
« Powrót do wszystkich komentarzy