FCBarca.com w Madrycie: Powrót na stare-nowe śmieci

Majerr

25 listopada 2018, 20:15

6 komentarzy

Sezon 2015/16. To właśnie wtedy spełniłem jeden ze swoich życiowych celów, spędzając cały rok na wymianie studenckiej w Hiszpanii. Wyjazd do Madrytu ekscytował mnie podwójnie, gdyż po pierwsze musiałem przejść poważny egzamin sprawdzający moje umiejętności adaptacji do ludzi z innej kultury, obcego języka czy odmiennego systemu nauczania, zaś z drugiej strony mogłem wejść na wyższy poziom doświadczania przyjemności i przeżywania emocji związanych z moją największą życiową pasją, czyli piłką nożną, a dokładniej mówiąc, hiszpańskim futbolem i jej najwspanialszym reprezentantem FC Barceloną. Wówczas nawet przez chwilę w mojej głowie nie pojawiła się myśl o możliwości opuszczenia choćby jednego meczu na żywo z udziałem Barçy przeciwko jakiejkolwiek madryckiej drużynie. Po niecałych dwóch latach od zakończenia ERASMUSA ponownie spakowałem walizki i wyruszyłem do stolicy Hiszpanii, jednak tym razem z zamiarem pozostania tu na znacznie dłużej. Niby wszystko powinno być po staremu, niby wciąż powinna ekscytować mnie wizja bycia naocznym świadkiem gry moich sportowych idoli, podziwiania z wysokości trybun Messiego i spółki, ale coś uległo wyraźnej zmianie. Nie jest już tak jak wcześniej i szczerze nie wiem, czy to wina moja czy Barçy i jej dyrygenta w osobie Ernesto Valverde.

Na przestrzeni ostatnich miesięcy na La Rambla coraz częściej dostrzegałem komentarze, w których użytkownicy dzielili się swoimi obawami związanymi z zatraceniem przyjemności z gry Barçy. Osoby te zastanawiały się, czy taki stan rzeczy jest spowodowany ich dojrzewaniem i stopniowym wyrastaniem z tej niesamowitej i magicznej dziecięcej/młodzieńczej aury futbolu, gdy wszystkie obowiązki podporządkowywało się pod harmonogram spotkań, a nocki zarywało się po to, aby obejrzeć mecz towarzyski rozgrywany w mocno rezerwowym składzie na jednym z amerykańskich stadionów, czy też to sama Barcelona przestała grać w atrakcyjny sposób, a co za tym idzie, nie daje już tyle radości swoim kibicom i robi to jedynie okazjonalnie (tak jak w pojedynczych starciach z Tottenhamem, Interem czy Realem). Tak samo jak część użytkowników naszego portalu, ja również od ponad roku biję się z takimi myślami. O tym wszystkim piszę z tego powodu, aby być szczerym i otwarcie przyznać, że głównym powodem mojej obecności na Wanda Metropolitano nie  była Barça, lecz ciekawość nowego stadionu wielkiego klubu, jakim jest Atlético, a także atmosfery, jaką w swoim nowym domu są w stanie stworzyć Los Colchoneros. Wizyty ekipy Valverde na Estadio Butarque i Estadio Vallecas zwyczajnie odpuściłem, gdyż na obecnym etapie życia nie mogę pozwolić sobie na wydawanie z trudem odłożonych niewielkich oszczędności na rozrywkę, która w rzeczywistości rozrywką nie jest. Wspomniane mecze z Leganés i Rayo Vallecano utwierdziły mnie w słuszności podjętych przeze mnie decyzji.

Kibicem się jest, a nie bywa, dlatego też cały czas uważnie śledzę zdecydowaną większość meczów Barçy, choć po wielu z nich nasuwa się refleksja, że cały dzień można było zaplanować sobie w znacznie bardziej interesujący sposób.  I choć czasem po prostu się wkurzam i złoszczę, moje serce wciąż jest Blaugrana, stąd też moją wizytę na nowym Metropolitano odłożyłem na czas przyjazdu Barcelony, choć z finansowego punktu wybór spotkania przeciwko mistrzowi Hiszpanii to nie najlepszy pomysł. Jakimi wrażeniami mogę podzielić się z Wami z dnia wczorajszego?

Zacznę od tego, że bardzo pozytywnie oceniam lokalizację nowego Metropolitano. Stadion znajduje się na obrzeżach miastach, w rejonach lotniska Barajas, tuż obok obwodnicy M-40. Sam dojazd do obiektu jest jego dużym atutem, gdyż oprócz wspomnianej drogi o charakterystyce autostrady, kibice mogą dotrzeć pod sam stadion z wykorzystaniem metra. Wychodząc ze stacji naszym oczom ukazuje się ogromny, nowoczesny i pięknie podświetlony obiekt. Wanda Metropolitano różni się od Vicente Calderón, Santiago Bernabéu czy Camp Nou właśnie tym, że całe tereny wokół stadionu należą jedynie do niego, tworząc tak jakby zamkniętą przestrzeń przeznaczoną tylko i wyłącznie do celów związanych z wydarzeniami odbywającymi się na stadionie, co w przypadku wspomnianych trzech obiektów jest niemożliwe z racji ich lokalizacji w centrum miasta przy ruchliwych ulicach w sąsiedztwie budynków mieszkalnych, sklepów i restauracji. Tym samym nowy dom Atlético jest świetnym przykładem na to, jak w dzisiejszych czasach powinno dobierać się lokalizację dla obiektu, na który regularnie udaje się kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Stadion tak duży, że nie sposób objąć go zwykłym aparatem z telefonu ;)

Pod Wanda Metropolitano fani mogą czuć się zupełnie bezpiecznie, ponieważ cała przestrzeń jest wyłączona z  ruchu dla pojazdów mechanicznych. Ci, którzy przyjechali samochodem bądź motorem/skuterem, byli zobowiązani pozostawić swoje pojazdy na specjalnym parkingu, którego koszt to aż 20 euro za miejsce, przynajmniej taki cennik obowiązywał wczoraj. Bardzo spodobał mi się pomysł z szatnią przeznaczoną na kaski motocyklowe/rowerowe. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, abym w innych miejscach widział podobne rozwiązanie, choć nie wątpię, że nie jest to coś nowatorskiego. Pomimo obecności kilkudziesięciu tysięcy ludzi poruszanie się pod stadionem nie jest utrudnione, wszędzie jest wystarczająco szeroko, a największe skupiska ludzi znajdzie się w standardowych punktach zainteresowania, czyli barach oferujących sprzedaż piwa, choć nawet w ich pobliżu nie odczuwa się przeludnienia. Wejście na sam stadion również jest bezproblemowe. Po przejściu przez bramki do góry wiodą szerokie schody, a każda kolejna część stadionu pozwala nam zauważyć, że został on zbudowany z myślą o pomieszczeniu i poruszaniu się po nim ogromnych mas kibiców.

Niemal 70-tysięczny obiekt robi ogromne wrażenie. Nie będę przesadzał, że po wizytach na Camp Nou, Santiago Bernabéu czy Wembley widok murawy i trybun Wanda Metropolitano wywołał u mnie zjawisko gęsiej skórki, ale nie wątpię, że dom Atléti może zapierać dech w piersiach ludziom, którzy wcześniej nie mieli okazji zobaczyć obiektów podobnych wymiarów. Nowe Metropolitano to przykład pięknego nowoczesnego stadionu, na który zasługują także culés czy madridistas.

Pierwszy widok po wejściu na trybuny. Robi wrażenie.

Po rozgrzewce obu drużyn i ich zejściu do szatni, na stadionie rozbrzmiał nieśmiertelny Thunderstruck, któremu towarzyszyła gra świateł umieszczonych na zadaszeniu stadionu. Niedługo potem, tuż przed wyjściem piłkarzy na plac gry, z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki hymnu Atlético. Po chwili nagranie zostało wyłączone, a kibice musieli śpiewać a cappella. Bez bicia przyznam, że uwielbiam hymn Los Rojiblancos i już dawno nauczyłem się jego słów. Bycie kibicem Barçy nie przeszkodziło mi w tym, aby razem z praktycznie ze wszystkimi zgromadzonymi fanami odśpiewać  tę pieśń i na całego uczestniczyć w tym sportowym wydarzeniu. Wszystko odbywało się w scenerii cudownej mozaiki, za pomocą której oddano hołd staremu Metropolitano, gdyż słowa: „Eres de España aureloa y del fútbol coloso” (w wolnym tłumaczeniu: „Jesteś Hiszpanii ozdobą i gigantem futbolu”) to wers ze starego hymnu Atlético pt. „Himno del Metropolitano”. W ramach ciekawostki można powiedzieć, że na starym Metropolitano Atlético rozgrywało swoje mecze w latach 1923-1966, a teraz część kibiców domaga się powrotu do wcześniejszego hymnu, gdyż obecny jest nieaktualny z powodu słów: „Yo me voy al Manzanares, al Estadio Vicente Calderón” (w tłumaczeniu: „Udaję się na Manzanares, na stadion Vicente Calderón”).

Tuż przed rozpoczęciem "mini koncertu" AC/DC.

Na temat boiskowych zdarzeń nie muszę mówić wiele, ponieważ sami doskonale widzieliście, jak wyglądał wczorajszy mecz. W pierwszej połowie kibice mocniej ożywiali się jedynie przy sytuacjach stykowych, jak chociażby po niebezpiecznym wślizgu Arturo Vidala w 14.minucie czy różnego rodzaju mniejszych bądź większych przepychankach pomiędzy graczami obu zespołów. Należy docenić żywiołowo prowadzony doping przez fanów zgromadzonych za południową bramką (po prawej stronie z perspektywy kamery telewizyjnej), choć przez większość czasu pozostawali oni osamotnieni, ponieważ reszta stadionu rzadko intonowała kolejne przyśpiewki. Pierwsza okazja do tego, aby kibice wstali z miejsc po jednej z akcji, miała miejsce dopiero w 60.minucie, gdy Atléti przeprowadziło groźną kontrę prawą stroną boiska. Był to pewnego rodzaju moment zapalny, a trybuny wyraźnie odżyły po tym, jak przez zdecydowaną większość czasu fani oglądali cofniętych i bezradnych podopiecznych Simeone. Nie brakowało komentarzy: „cholera, nawet przez 20 sekund nie jesteśmy w stanie utrzymać piłki”. Wspomniana jedna akcja jakby tchnęła niezrozumiałe pokłady nadziei w Los Colchoneros, którzy coraz bardziej zaczynali przypominać tych kibiców, których poznałem w 2016 roku podczas rewanżowego ćwierćfinałowego meczu Ligi Mistrzów, gdy na Vicente Calderón Antoine Griezmann w pojedynkę wyrzucał Barçę za burtę rozgrywek.

"Jesteś Hiszpanii ozdobą i gigantem futbolu".

Pierwszy rzut rożny i pierwszy gol był jakby wynagrodzeniem dla kibiców, którzy długimi momentami musieli cierpieć, oglądając stłamszonych idoli. Euforia i ogromna radość miała trwać do samego końca, jednak brutalna rzeczywistość, w postaci bramki Dembélé, sprowadziła Los Rojiblancos na ziemię. Oni doskonale wiedzieli, że ich drużyna nie zasługiwała na zwycięstwo, a remis jest w pełni sprawiedliwym wynikiem. Zauważalne było rozczarowanie utratą bramki w ostatnich minutach, ale pojawiały się głosy, że rezultat meczu oddał przebieg całego spotkania.

Ciekawe jest natomiast to, że w moim sektorze spotkałem naprawdę sporo kibiców w koszulkach FC Barcelony i wspólnie ze mną wiele osób wybuchło radością na gola Dembélé. Nie byłem osamotniony w swojej euforii i nie musiałem obawiać się tego, że zaraz zostanę zlinczowany. To właśnie uwielbiam w hiszpańskiej futbolowej kulturze. Tutaj szanuje się odmienne preferencje klubowe i nikt nie musi ukrywać się z kim sympatyzuje, nawet gdy mecz jest rozgrywany na stadionie przeciwnika. Słusznie mówi się: „gdybyśmy wszyscy byli za jednym klubem, byłoby przeraźliwie nudno”.

Podczas oglądania meczów na żywo szczególną uwagę poświęcam nowym nabytkom klubu. Tym razem mogłem obserwować grę Arthura i Arturo Vidala. Pierwszy z nich dokonał czegoś niesamowitego, ponieważ niejako przeniósł mnie w czasy, gdy na żywo cieszyłem się zagraniami Xaviego. Porównań Brazylijczyka do Generała była już cała masa, lecz przyznam szczerze, że zupełnie mnie one nie dziwią. Stylem poruszania się po murawie 22-latek do złudzenia przypomina katalońską legendę klubu. Najbardziej jednak uderzyła mnie boiskowa inteligencja Arthura, który udowadnia, że nie trzeba spędzić ani jednego dnia w La Masii, aby mieć DNA Barçy. Pamiętam, że w jednym z wywiadów Xavi wyjaśniał, że pomocnik w Barcelonie jeszcze przed przyjęciem piłki musi wiedzieć, co z nią zrobić. Oglądając grę Arthura odnoszę wrażenie, że jego mózg działa właśnie w taki sposób. Ponadto podoba mi się, że Brazylijczyk nie stroni od skomplikowanych podań i czasem podejmuje duże ryzyko, choć do wyboru ma bezpieczniejszą, lecz dającą zdecydowanie mniejsze korzyści, opcję.

Arturo Vidal kupił mnie natomiast swoją boiskową zadziornością i poświęceniem dla drużyny. Chilijczyk walczy do upadłego, często pokazuje się do gry, haruje w obronie. Ma coś, czego brakuje mi u Coutinho, który pod względem czysto piłkarskim jest przecież dużo lepszy od Vidala, a mówię tu o nieustannej chęci bycia pod grą. Z wysokości trybun widać, że byłemu graczowi Bayernu ogromnie zależy na tym, aby wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję.

Kibice kochają sztuczki, dryblingi, piękne bramki. To dla nich w głównej mierze przychodzą na stadion. Do tej grupy dodałbym jeszcze zagrania Sergio Busquetsa. Wydaje się, że Katalończyk nie robi w zasadzie nic spektakularnego, ale to właśnie prostota i niesamowita gracja w jego akcjach powodują, że nawet kibice drużyny przeciwnej wydobywają z siebie niekontrolowany dźwięk wyrażający podziw. Niektórzy nazywają kolokwialnie takie zagrania „ciasteczkami”. Wczoraj Busquets poczęstował nas zgromadzonych na Wanda Metropolitano kilkoma ciasteczkami najwyższej klasy.

Kilka słów muszę poświęcić także Dembélé, choć Valverde bardzo starał się, abym jak najkrócej oglądał młodego Francuza. Głupotą byłoby stwierdzenie, że ten chłopak nie ma jakości. Ma, i to ogromną. Jego szybkość poruszania się z piłką jest zatrważająca i jeżeli Ousmane zrozumie, że życie profesjonalnego piłkarza to przede wszystkim poświęcenia i wyrzeczenia, nie mam wątpliwości, że ten młodzieniec zatriumfuje. Nie jestem przekonany, czy akurat w Barcelonie, ale ma ogromne papiery na to, aby odnieść duży sukces w europejskim futbolu. Chętnie przez dłuższy fragment meczu obserwowałbym Francuza i liczę, że przy najbliższej okazji będzie mi to dane.

Na koniec rozbawił mnie komentarz mojej przyjaciółki, z którą udałem się na mecz: „Bez wątpienia, na pierwszy rzut oka widać, który trener jest wasz”. Rzeczywiście, Simeone i Valverde to jakby spotkanie dwóch żywiołów. Pierwszy z nich wyglądał, jakby sam miał zaraz wbiec na murawę i zacząć grać ze swoimi podopiecznymi, z kolei drugi tylko od czasu do czasu się ożywiał i wyciągał ręce z kieszeni kurtki. Jedni twierdzą, że zachowanie Cholo to zwykłe „pajacowanie”, natomiast mi zawsze imponowało takie przeżywanie meczów. Z kolei nigdy nie podobało mi się, gdy trener stoi przez większość meczu jak kołek wbity w ziemię i tylko sporadycznie okazuje jakieś emocje. W tym sensie idealny był Luis Enrique, ponieważ z zachowania był kimś pomiędzy Valverde a Simeone. W żadnym wypadku nie podważam jednak kompetencji trenera Barçy i nie twierdzę, że jego reakcje świadczą o niższości na polu szkoleniowym względem Argentyńczyka. To jedynie obserwacja naocznego świadka, który niemal przez 90 minut może przyglądać się zachowaniu szefów drużyn.

Nie wszyscy kończą swoją pracę wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego.

Po wczorajszym wydarzeniu mogę podzielić się dwoma wnioskami. Pierwszy to taki, że Atlético może poszczycić się naprawdę wspaniałym stadionem i jeżeli jesteś kibicem nie tylko Barçy, ale także całego futbolu, Twoja ewentualna wizyta w Madrycie powinna uwzględnić mecz na Wanda Metropolitano. Zadaszenie stadionu daje niesamowity atut, jakiego nie ma chociażby na Camp Nou, a mam na myśli kumulowanie dopingu i bezpośredni wpływ na jego głośność. Faktem jest, że dawniej na Calderón, a teraz na nowym Metropolitano, ludzie intensywniej przeżywają spotkania swoich idoli niż ma to miejsce w Barcelonie. Mniej tu zagranicznych turystów, ludzi nieznających hiszpańskiego, słów hymnu, przyśpiewek. Jeżeli dodamy do tego element zadaszenia, reakcje kilkudziesięciu tysięcy ludzi wywołują ogromne wrażenie i nie mam wątpliwości, że przy ewentualnej powtórce z 2016 roku (wspomniany mecz Ligi Mistrzów na Calderón) Wanda Metropolitano zaczęłoby drżeć w posadach.

Drugi wniosek jest nieco smutniejszy. Barça Valverde kolejny raz przekonała mnie, że czerpanie przyjemności z jej gry jest czymś okazjonalnym, a nie stałym. Nikt nie odbiera Valverde jego fantastycznych wyników i zdobytych trofeów. One są solą futbolu i koniec końców każdy chce wygrywać i szczycić się renomą zwycięzcy. Dla mnie piłka nożna to przede wszystkim rozrywka, zabawa, czerpanie przyjemności. Wygrywanie trofeów daje mi radość, lecz nie taką, jak dobra gra, wywołująca ciągły głód zasiadania przed telewizorem bądź na trybunach w oczekiwaniu na kolejne spotkanie. Gdzieś to zostało zatracone i podskórnie czuję, że jeszcze nie stetryczałem na tyle, aby futbol przestał mnie cieszyć. Liczę na to, że wrócą te czasy, kiedy spośród wydatków na rozrywkę pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajmował mecz z udziałem FC Barcelony.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

A ja autorowi proponuje wybrać się na Vallecas i wtedy się wypowiedzieć ;) Pozdrawiam serdecznie!

@zulugula: Na pewno jeszcze kiedyś wrócę na Vallecas, tam potrafią zrobić fantastyczną atmosferę :)

https://www.fcbarca.com/68751-fcbarcacom-w-madrycie-fantastyczne-zjawiskowe-vallecas.html?utm_source=newsList&utm_campaign=news

Pozdrawiam serdecznie ;)

@Majerr: Właśnie o to mi chodziło! Byłem tam 3 razy i za każdym razem byłem pod wrażeniem atmosfery tam panującej. Warto to zobaczyć, polecam! VeB!
Ps. Świetny artykuł ;)

@zulugula: Ja miałem okazję zaliczyć obydwa te stadiony i atmosfera na Vallecas choć kameralnym stadionie jest super lecz również na Wanda Metropolitano nie jest najgorzej, a co do wyglądu prezentuje się znakomicie
« Powrót do wszystkich komentarzy