Quo vadis, LaLigo?

Julia Cicha

8 września 2018, 19:00

22 komentarze

16 sierpnia 2018 roku. LaLiga ogłasza historyczne porozumienie z firmą Relevent. W oficjalnym komunikacie pada wiele pięknych słów na temat promocji sportu, pięknej gry, przybliżaniu amerykańskim kibicom „kultury hiszpańskiej piłki znanej ze swojej pasji, siły, historii, talentu i kreatywności”. Ładnie napisane, dział PR zasługuje na podwyżkę. Javier Tebas również: „staramy się zwiększyć pasję do piłki nożnej na całym świecie. Ta rewolucyjna umowa bez wątpienia pomoże zwiększyć popularność tego pięknego sportu w USA i Kanadzie. Relevent zapełnił stadiony w całych Stanach podczas International Champions Cup; jesteśmy szczęśliwi z możliwości współpracy we wspólnej misji promowania piłki nożnej w Ameryce Północnej”.

Zapełnione stadiony = pieniądze, sponsorzy, zyski. Ale o tym nie trzeba nikomu mówić. Od początku wiadomo, że chodzi o pieniądze, z tym trzeba się po prostu pogodzić. Z całego opublikowanego 3 tygodnie temu komunikatu najważniejsze jest z pewnością zdanie dotyczące rozegrania przynajmniej jednego meczu LaLigi w USA. Już w tym sezonie. A informację podano dzień przed startem obecnej kampanii Primera División. I zaczęła się zabawa.

Główny problem, jeśli wierzyć mediom oraz samym zainteresowanym stronom, polega na „samowolce” Tebasa, który zwyczajnie nie uzgodnił swojego pomysłu z klubami, piłkarzami, RFEF, w zasadzie z nikim. Być może zakładał, że postawienie ich przed faktem dokonanym wywoła burzę, która ostatecznie będzie jednak musiała doprowadzić do akceptacji? Jeszcze tego samego dnia zareagował prezes Stowarzyszenia Hiszpańskich Piłkarzy (AFE) David Aganzo. Wyraził swoje niezadowolenie z braku konsultacji z zawodnikami, a ciąg dalszy jego działań nastąpił w kolejnym tygodniu.

22 sierpnia kapitanowie większości klubów Primera División spotkali się z AFE, by omówić swoje stanowisko w sprawie rozgrywania meczów w USA. Barcelonę reprezentowali Sergio Busquets i Sergi Roberto. Pierwszy z nich zapewnił później, że „jedność daje siłę. Tak jak powiedział nasz prezes, idziemy jedną ścieżką, mamy wspólne zdanie w kwestii tego, czego chcemy, co nas dotyczy i co jest najlepsze dla piłki nożnej”. Pomocnik odniósł się tym samym do konferencji prasowej Davida Aganzo, na której wyraził on stanowcze oburzenie działaniami LaLigi oraz zapowiedział, że piłkarze są w stanie podjąć nawet najbardziej drastyczne środki. Te słowa wywołały z kolei burzę dotyczącą potencjalnego strajku zawodników. Niedługo później Marca poinformowała, że wzmianka o strajku zdziwiła samych kapitanów, którzy ponoć nie omawiali tego tematu. W sprzeciwie wobec działań Tebasa również, jak widać, nie ma jedności.

Kluby wydają się pomysł popierać (tak, chodzi o pieniądze). To dość naturalne i choć piłkarska dusza romantyka nie chce zmian tego typu, nie można winić instytucji za chęć zwiększenia zysków, bo to jeden z głównych celów każdej spółki. Tajemnicą poliszynela stało się, że najpewniejszym kandydatem do rozegrania w USA jest mecz Girony z Barceloną, planowany na weekend 26-27 stycznia 2019 roku. Dlaczego Girona? W sierpniu 2017 roku City Football Group zakupiło 44,3% udziałów katalońskiego klubu. Ta sama spółka jest właścicielem amerykańskiego New York City FC, więc wyjazd do Stanów Zjednoczonych leży w interesie Girony. A Barca? Niejednokrotnie wyjeżdżała już na amerykańskie tournée, w ostatnich miesiącach otworzyła nowe biura w tym kraju, pozyskała tam sponsora drużyny kobiecej. Drużyna z Camp Nou wyraźnie otwiera się na amerykański rynek, widząc w nim, zapewne słusznie, duży zysk. Poza tym po odejściu Cristiano Ronaldo do Juventusu to właśnie Blaugrana jest bezsprzecznie najbardziej medialnym klubem Primera División. Jej pozytywne nastawienie do koncepcji gry w USA wyraził nawet rzecznik Josep Vives: „Barcelona jest zwolennikiem rozegrania jednego meczu na tak strategicznym rynku jak ten amerykański. Wszyscy mogą na tym skorzystać: kluby, piłkarze, sponsorzy”. Podkreślił jednak, że nic nie zostało na razie ustalone.

Przed Javierem Tebasem jeszcze długa droga. AS wyliczył sześć instytucji, które muszą wyrazić zgodę, by plany LaLigi weszły w życie. Mowa o Wyższej Radzie ds. Sportu (CSD), Ministerstwie Spraw Zagranicznych, RFEF, Amerykańskiej Federacji Piłkarskiej (USSF), CONCACAF i UEFA. Na razie największą przeszkodą wydaje się zdecydowana odmowa ze strony Hiszpańskiej Królewskiej Federacji Piłkarskiej, której nie podoba się, że nie została poinformowana o planach LaLigi. FIFA i UEFA również nie są zachwycone. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nieodłączny w Katalonii aspekt polityczny. Derby Katalonii mogłyby posłużyć do „promowania” niepodległości regionu w USA, do rozszerzenia wpływu postulatów osób o proniepodległościowych poglądach. Tutaj oprócz ligi i federacji wiele do powiedzenia mają również partie polityczne. Tebas pracuje nad ugaszeniem wszystkich wywołanych pożarów. Faktem pozostaje, że gdyby odłożył swoje plany choćby do kolejnego sezonu, wszystko odbywałoby się spokojniej. Inna sprawa, że hiszpańskie media są tą sytuacją zachwycone.

Na koniec zostajemy my, kibice. To dla nas jest ten sport. To my przychodzimy na stadiony, siadamy przed telewizorem, kupujemy koszulki, marzymy o sukcesach, wyrzucamy telewizory przez okno albo płaczemy ze szczęścia po wygranych. Bez nas piłka nożna nie miałaby żadnej mocy sprawczej. Gdyby oglądało ją tyle osób ile, powiedzmy, hokej na rolkach, nie byłoby całej debaty. Rozumiem, że kibice mieszkają również w USA, a ich marzeniem jest zobaczenie Barcelony na żywo. Nie bez powodu Barça gra jednak w lidze hiszpańskiej. Nie w Ekstraklasie, choć w Poznaniu czy Krakowie też pewnie chętnie obejrzelibyśmy Leo Messiego. Smuci mnie komercjalizacja futbolu, ale równocześnie trudno jest mi jej nie rozumieć. Łatwo byłoby się zbuntować, ale jeszcze łatwiej jest zmienić się w zrzędzącą staruszkę mówiącą, że „takie mamy czasy, a kiedyś to było lepiej”. Zapewne było. I minęło. Pominę już nawet fakt, że na to konkretne spotkanie z Gironą zamierzałam się wybrać osobiście. Przed telewizorem powinno mi być obojętne, gdzie tak właściwie biegają zawodnicy. Nie jest, ponieważ nie żyjemy w próżni i każdy widzi, jakie konsekwencje może mieć podróż do USA 2 dni po meczu Pucharu Króla i powrót 3 dni przed kolejnym starciem. Dlatego jestem przeciwna.

I pomyśleć, że można by to rozwiązać zupełnie inaczej. Hiszpania pod wieloma względami poziomem absurdu dorównuje Polsce, może właśnie dlatego oba te kraje są mi bliskie. Wystarczyłoby przecież, by LaLiga spokojnie podpisała umowę po konsultacjach z innymi istotnymi organizmami. A później wprowadziła ją w życie od kolejnego sezonu, ustalając, które spotkania odbędą się w USA już w momencie losowania terminarza. W ten sposób uniknięto by naprawdę wielu problemów. A tak mamy cyrk na kółkach. Wiadomo, że wszystko się ułoży, nie będzie żadnych strajków, kilka osób tupnie nogą i się obrazi, ale na tym się skończy. Nie sposób oprzeć się jednak wrażeniu, że można było oszczędzić sobie tych nerwów.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Ja wciąż nie mogę zrozumieć, jak gość, który twierdził, że po ew. odłączeniu Katalonii od Hiszpanii, nie ma sposobu by Barca zagrała w Hiszpanii, nagle tak niewiele problemów dostrzega w tym, by grała w USA?
W pierwszym przypadku wystarczyły by zgody 4 organizacji, nie 6, chodziłoby o zachowanie status Quo.

A ja nie rozumiem tego całego oburzenia z tym pomysłem. W NBA to funkcjonuje od wielu lat i się sprawdza, a trzeba pamiętać, że tam grają co trzy dni. Co prawda w koszu nie siedzę tak bardzo jak w piłce, ale nie przypominam sobie żeby tam było takie narzekanie na to. Jedyne do czego faktycznie można się przyczepić to fakt, że Tebas zrobił to po swojemu, nie rozmawiając z zawodnikami. Ale sam pomysł w sobie jak dla mnie jest dobry

Jestem w stanie zaakceptoeac ten pomysl.pod warunkiem ze tylko real bedzie latal na wycieczki di usa :-)

Świetny, rzetelny i mądry tekst. Wielkie dzięki, Julio! :)

a ja uwazam,ze z tym pomyslem to komus rozum odebralo

Jestem ciekawe czy w Premier League taki pomysł kiedykolwiek się przewinął? Serie A? Bundeslidze?

Skoro umowa już jest podpisana to nie oszukujmy się nie ma takiej siły którą powstrzyma tebasa przed zrealizowaniem tego :D najwyżej pojadą rezerwowi + Barca B I tyle ;) nie jest to pomysł szalony ani całkowicie bez sensu zyskać na tym mogą wszyscy I to dużo tylko trzeba to powoli i z głową wprowadzić w życie:D najgorsze moim zdaniem jest to że ktoś traci mecz u siebie ;)

"Na koniec zostajemy my, kibice. To dla nas jest ten sport. To my przychodzimy na stadiony, siadamy przed telewizorem, kupujemy koszulki, marzymy o sukcesach, wyrzucamy telewizory ..."

Zabrakło "Sprzedajemy piłkarzy na La Ramblii". Bardzo dobre podsumowanie Julio, spokojnie podpiszę się jedną ręką. :)

Czy na pewno się uda? Ja daję tebasowi 60%, ale gdyby umowa wyciekła(ja nie mogę znaleźć) byłbym mądrzejszy.

Cóż "dziś" USA "jutro" Azja, tym bardziej jeśli Tebas to przeforsuje bez większych problemów.

Czyżby kolejny tekst, który nie jest bezmyślnie przetłumaczony z 1 z 4 hiszpańskich dzienników? Nie poznaję fcbarca.com :D Oby tendencja się utrzymała, trzymam kciuki!

Od następnego sezonu mogliby się zamienić w Ekstraklasą :D

Moze zaproszą do LL zespół z USA i każda drużyna będzie grać w Ameryce.

Ale sobie wymyślili... Aż mnie krew zalewa.

moim zdaniem to już nie liga hiszpańska, tylko liga zespołów pochodzących z Hiszpanii.Mecze ligo hiszpańskiej powinny być rozgrywane w Hiszpanii

Rozgrywanie meczu ligowego w USA przy tak napiętym terminarzu jest wiadomo - głupie. Do tego dochodzi sprawa, że jedna drużyna traci przewagę gry na własnym stadionie. Mimo całego swojego sprzeciwu do tego pomysłu, miałbym w miarę sensowne rozwiązanie tego problemu. Jak już przenosić jakiś mecz do USA to przenieśliby Superpuchar. Pierwszy mecz sezonu, albo jak kto woli ostatni mecz presezonu, który druzyny mogłyby tak zaplanować, że presezon zakończyliby meczem o SP w USA. Wszyscy zadowoleni wracają do domu, Amerykańce oglądają mecz o stawkę.

Nie, Nie i jeszcze raz Nie! Tragiczny pomysł z meczami w Stanach. Perez od razu odmówił a Barcelona akceptuje takie warunki. Wstyd nawet mimo zarobku nie powinnismy się tak sprzedawać...