W kontrze: Daleko do końca świata

Patryk Pulikowski

18 kwietnia 2018, 20:30

38 komentarzy

Fot. Miguel Ruiz, FCBarcelona.cat

„W kontrze” to nowy cykl na łamach FCBarca.com. Tematyka – być może czasem przekorna i nie do końca zgodna z powszechnym postrzeganiem – dotyczyć będzie spraw związanych zarówno z Barceloną jako klubem, jak i miastem. Piłka nożna nie musi być tematem przewodnim, jednak zawsze będzie gdzieś blisko.

Autor przez kilkanaście lat był dziennikarzem radiowym i prasowym. Z jego inicjatywy w 2005 roku w Olsztynie powstał pierwszy oficjalny fanklub FC Barcelony w Polsce – Fan Club Barça Polska.

Po całkiem niezłym wyniku w pierwszym meczu, rewanż przyniósł ogromne rozczarowanie. Końca dobiegała pewna epoka. Oczywiście to nie pierwszy, ani – z dużą dozą prawdopodobieństwa –  ostatni taki przypadek w historii FC Barcelony. Za każdym razem był, jest i będzie on dramatem dla wielu kibiców.

To był chyba pierwszy przegrany przez Barcelonę (dwu)mecz, po którym ryczałem jak bóbr. Piętnastoletnie szczenię wyło, zawodziło i szlochało, jak… piętnastoletnie szczenię. Dwa tygodnie wcześniej, po bramkach Oscara i Hagiego, Barcelona wywiozła ze Stadionu Olimpijskiego w Monachium remis 2:2. To oznaczało przecież, że jest jedną nogą w finale Pucharu UEFA 1995/96. Jednak w rewanżu Niemcy prowadzili już 2:0. Wprowadzony zbyt późno przez Johana Cruyffa da la Peña zaliczył trafienie, ale nie dał rady odwrócić losów tej rywalizacji. Największy dramat, jaki mógł stać się udziałem nastoletniego fana FCB. Koniec świata.

Oczywiście takich końców świata było za mojego świadomego kibicowania klubowi znacznie więcej. Pobieżny pasaż po wspomnieniach przywodzi mi na myśl finał pierwszego sezonu sympatyzowania z Katalończykami i grecką tragedię w Atenach (0:4 z Milanem). Równie mile wspominam początek 1995 roku. Najpierw Santiago Bernabéu świętowało wrzucenie Barçy manity, a nieco ponad miesiąc później takiej samej sztuki dokonał na El Sardinero przemocarny Racing Santander. Albo sezon 1997/98 i wspaniałe występy przeciwko Szewczence i Rebrowowi w grupowej fazie Ligi Mistrzów (0:3 z Dynamem w Kijowie i 0:4 na Camp Nou).

Każdy z tych meczów był oczywiście wielkim dramatem. Jednak jedynie przez jakiś czas, bowiem z następującymi po nim tygodniami i miesiącami emocje stygły. Traumatyczne wydarzenia ulegały wyciszeniu, a za jakiś czas pojawiał się kolejny powód do rozdygotania. I tak to chyba jest, że wielu fanom Barcelony wydaje się, iż ostatnie odpadnięcie ich ulubieńców w dwumeczu z Romą to największa porażka w historii. Ich kibicowania – pewnie tak. Ale w dziejach klubu bez wątpienia nie. Tylko pobieżne spojrzenie na „najwybitniejsze” rezultaty osiągane przez Barçę w ostatnim ćwierćwieczu pozwala dojść do wniosku, że wielu culés jeszcze nie raz przeżyje podobne dramaty, jak ten sprzed tygodnia. I świat się na tym nie skończy – warto spróbować o tym pamiętać.

Moją reakcję na wynik z Rzymu poniekąd oddała swoim tekstem Julia Cicha. Nie zgodziłbym się jednak, że decyzja o niemęczeniu się i nieoglądaniu szamoczącej się Barcelony to kwestia wieku. Uważam, że dystansu do wyników ulubionego zespołu nabiera się wraz z doświadczeniem lub filozofią życiową, co niekoniecznie musi mieć przełożenie na PESEL.

Podejrzewam, że jeszcze dekadę temu, może trochę więcej, bardzo przeżyłbym porażkę z Romą. Może nie tak, jak tę z początku tekstu z Bayernem, ale pewnie chodziłbym, jak zbity pies. W międzyczasie zacząłem jednak zupełnie inaczej podchodzić do ulubionej drużyny, bo i zmieniła się piłka nożna. Jeszcze naście lat temu traktowałem ją jak sport, rywalizację – teraz jak świetny interes. Tak samo instytucja FC Barcelony kiedyś była dla mnie niezwykle ważnym klubem piłkarskim – teraz jedną z wielu firm działających w branży rozrywki. A że nie mam tak naprawdę wpływu na to, co się w owej firmie dzieje, to i przestałem się spalać. Niemal co kolejkę  – ale nie zawsze! w życiu są ważniejsze rzeczy –  obejrzę transmisję, od czasu do czasu kupię bilet i wybiorę się na mecz, po to, żeby przy okazji się dobrze bawić. To w mojej ocenie o wiele zdrowsze podejście, niż tak ogromne frustracje, jakie zaobserwowałem po ostatnim ligomistrzowym meczu Blaugrany.

Szczególnie, że Barcelona pod wodzą Valverde rozgrywa świetny sezon. Tak, rozgrywa świetny sezon! Cztery porażki na trzech frontach na tym etapie rozgrywek, to liczba wręcz marginalna. Weźmy pod uwagę sytuację i atmosferę w jakiej Barça rozpoczynała obecną kampanię. Nagłe odejście Neymara, pospieszne szukanie zastępstwa,które i tak przez długi czas nie grało, układanie drużyny od nowa przez świeżo zatrudnionego szkoleniowca. Z tej perspektywy można by rzec, że ta ekipa jest niepokonana. Nie gra efektownie? Często to prawda. Dla mnie jednak nie ma to fundamentalnego znaczenia – choćby w kontekście wspomnianych przedsezonowych zawirowań. Czy dało się ugrać więcej? Być może tak, ale w tej chwili naprawdę nie co rozpamiętywać, tylko patrzeć do przodu.

Do przodu, to znaczy na kolejny sezon pod wodzą Valverde. Nie mam wątpliwości, że Estremadurczyk powinien prowadzić Barcelonę w następnej kampanii. Po pierwsze – bezwzględnie bronią go wyniki. Po drugie – doświadczenie zdobyte przez niego w zbliżającym się ku końcowi sezonie zaprocentuje na korzyść drużyny. Postrzeganie go jako szkoleniowca skrojonego na miarę jedynie małych klubów, niemającego doświadczenia w tych wielkich i twierdzenie, że właśnie z tego miałyby wynikać rzekome problemy w tym sezonie – to wszystko uważam za średniej jakości dowcip.

Wystarczy wspomnieć, że trenerski guru i ojciec jej największych sukcesów – Cruyff – przed objęciem sterów Barçy nie mógł pochwalić się pokaźną kolekcją trofeów zdobytych jako szkoleniowiec. Kolejny z noszonych na rękach, Guardiola, wygrał mistrzostwo… czwartej ligi. A wielce utytułowany w kraju i za granicą van Gaal na stanowisku trenera FC Barcelony ni mniej, ni więcej, tylko się skompromitował przy obu podejściach.

Dlatego bezwzględnie należy dać Valverde szansę, a do wyników osiąganych przez klub starać się podchodzić z dystansem. Jedno i drugie może tylko wyjść na zdrowie.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

moim końcem świata było skopanie barcy przez liverpool w 2007 roku :) po tej porażce nauczyłem sie jako kibic ze barca wcale nie musi byc niezwyciezona :)

Podejście zapewne racjonalne, ale czy racjonalność wpisana jest w kibicowanie ukochanemu klubowi?

i pomyśleć, że ja zacząłem kibicować Barcelonie w czasach, gdy w ostatnich sekundach ostatniego meczu sezonu, zakwalifikowała się do... eliminacji do Ligi Mistrzów... Kibicowałem zawsze, bez względu na wyniki. Tę porażkę przyjmuję również. Stało się. To jest sport. Nie można zawsze wygrywać wszystkiego, bo to by było nudne jak biegi z udziałem Biergen.

Wielu jest tu młodych, rozpieszczonych sukcesami kibiców. Ciekaw jestem, czy byliby w stanie przetrzymać choćby 3 lata bez sukcesów?

Co do dyskusji Pique z Valverde... W rewanżu z Romą, Barcelona zagrała w sposób, z którym zawsze walczyła -defensywny. Dlatego nie dziwię się Pique, a i zapewne Busquetsowi, Messiemu czy Inieście, że w głębi serca nie wierzą w to co robi Valverde. Ci ludzie odnieśli największe sukcesy w historii klubu, grając w sposób niemożliwy do powtórzenia. Można mówić, że piłkarze nie powinni ingerować w założenia taktyczne, trener jest od taktyki a piłkarze od grania i tak dalej... Problem polega na tym, że Barcelona staje się drużyną jedną z wielu - zamiast wprowadzać nowych wychowanków, kupujemy piłkarzy za dziesiątki milionów euro. Nasza tożsamość "Mes que un club" już dawno się zatraciła. Tu widzę problem, którego jedynym rozwiązaniem może być powrót Xaviego do klubu na stanowisko trenera, ale na to przyjdzie poczekać jeszcze parę lat...

Przed sezonem 2008/2009 Barcelona straciła Ronaldinho i Deco, a więc piłkarzy tak fundamentalnych jak obecnie Suarez i Busquets. Wydawało się, że bez nich drużyna nie będzie funkcjonowała. Pewnie by tak było, gdyby zatrudniono Mourinho. Przyszedł jednak trener z wizją i ustawił tak zespół, że mieliśmy do czynienia z najlepszą wersją Barcy w historii. Valverde stawiał na defensywę w Bilbao, Valencii, stawia w Barcelonie i stawiałby nawet gdyby Neymar pozostał.

Co jest zaskakującego w artykule to fakt, że fan Barcelony z czasów Dream Teamu uważa, ze styl nie ma kluczowego znaczenia. Zatem rodząc się kilka lat później pewnie przywdziałby trykot Starej Damy, która pod koniec lat 90. odnosiła największe sukcesy? Ja zakochałem się w Barcelonie ciut później, czyli na przełomie wieków. Wówczas nie było już tak fajnie dla Cules. To Real święcił więcej sukcesów, ale Barca dalej miała swój niepodrabialny styl.

Barcelona to piękno, zarówno w mieście jak i na stadionie. Tego należy wymagać w pierwszej kolejności. Blisko 100 tys. moloch z drogimi biletami nie wypełni się na siermiężny futbol przy braku wychowanków w składzie. Fajnie, żeby włodarze klubu o tym wiedzieli, bo inaczej ich model biznesowy może runąć jak domek z kart. Nawet przy porównywalnych sukcesach do obecnych. Wszak puchary widzi się przez chwilę, a drużynę co trzy dni.

Super tekst, czekam na więcej! Dokładnie to też pisałem kilka razy. Nie wiem jak można było zapomnieć, co się działo w sierpniu... Wtedy spotkałem się z twierdzeniem i nadal uważam je za trafione, czyli że to będzie "sezon na przeczekanie/przebudowę". Pokażcie mi jakikolwiek komentarz z tamtego okresu, który zakładał takie wyniki? Nie ma, no więc właśnie. Kretyństwem byłoby zwolnienie teraz EV. Aczkolwiek jeżeli to prawda, że popadł w konflikt z Messim, to może się tak stać. Należy też dodać, że sam zarząd jeszcze mu robił pod górkę nie dopinając transferu Coutinho wcześniej, tylko kupując jeszcze nie w pełni ukształtowanego młodzika, albo wiekowego Paulinho, który już miał sporo meczów w nogach.

A ja się natomiast nie zgadzam do końca... :) sam tekst oceniam na 3 z plusem, jednak moja opinia na temat Valverde jest inna. Wszyscy piszą ze wszystko poukładał w 1 części sezonu bez Cou i Dembele to prawda, ale ile w tym zasługi formy Leo ?, po nowym roku dostaliśmy Cou i Dembele, a gramy zdecydowanie gorzej niż na jesień ! Obrona to jest totalne nieporozumienie, rywale ( eibar , celta , leganes) dosłownie każdy ma kilka setek w meczu... wystawianie roberto i iniesty na skrzydłach to strzał w stopę, porażki z roma nie ma co komentować - ponieważ wyszła impotencja taktyczna Ernesto. Szanuje jako trenera, ale druga cześć sezonu obnaża jego braki mimo paradoksalnie lepszego składu. Pozdrawiam

Ten styl....nie da się paczec

Ten felieton ma tylko jedną wadę - jest za krótki :) Czekam na następne i pozdrawiam

konto usunięte

zajefajny artykul, czytajac go widzialem siebie. Po meczu targaja mna emocje a nastepnego dnia zycie toczy sie dalej. super tekst. dzieki

Mam tak samo. Zaczarował mnie Ronaldo, Rivaldo, potem Ronaldinho, teraz czaruje Messi, ale to już nie to samo. Brak tego beztroskiego podejścia do meczów i ich przeżywania. Piłka nożna też się zmieniła. Po latach przeżywa się bardziej głową niż sercem. Szkoda, bo kiedyś było więcej emocji.

Sam tekst raczej przeciętny, ani dobry, ani jakiś zły. Po prostu poprawny, ale odzwierciedla uczucia części czytelników.

Świetnie czyta się garść wspomnień kibica, który drużynie zaczął kibicować w praktycznie identycznym momencie :) Do tych opisanych wrażeń sprzed lat dodam od siebie kilka nazwisk, które mi zapadły w pamięci, w związku z nie aż tak dramatycznymi, jak najświeższe, wydarzeniami, a które dość mocno wtedy przeżywałem - Rai, Guerin; Asprilla; Tomassi; Zalayeta. Do tego mocno odcisnął mi się w pamięci finisz ligowego sezonu 93-94 i wymodlone na kolanach przed telewizorem (DSF) potknięcia Depor zakończone przedwczesną rozpaczą w ostatnich minutach ostatniego meczu. Trochę mi szkoda, że z wiekiem już nie podchodzę do aktualnych wydarzeń tak naładowany emocjami i takie przypadki jak ostatni z Romą spływają po mnie jak po kaczce. Najmłodsi będą jednak mieli co wspominać w przyszłości :)

Mnie niestety porażka z Romą trafiła akurat podczas pobytu w Barcelonie. Dwa świetne mecze ligowe na stadionie, a pomiędzy nimi taka wtopa - a przecież to było pewne, że przejdziemy dalej! Siedziałem w barze tuż przy La Rambli w koszulce Barcelony i przecierałem oczy ze zdumieniem - co to się dzieje?! Po trzeciej bramce jakiś randomowy gość podszedł do mnie i uściskał mnie mówiąc "I know the feeling, bro", jak w memie. Sprawdziłem, czy przypadkiem nie zabrał mi portfela i cóż - byłem po prostu smutny, potem chwilę włóczyłem się po mieście i nawiązałem rozmowę z jakimś przypadkowym Irlandczykiem, który okazał się pierwszym chętnym do rozmowy anglojęzycznym człowiekiem, jakiego spotkałem.

Następnego dnia kompletnie odciąłem się od myślenia o tym, pozwiedzałem, ile tylko mogłem... A w czwartek szedłem do Muzeum Barcy. Przeglądając te wszystkie trofea, pomyślałem o tym, jakim wydarzeniem byłoby wygranie ligi bez porażki - tego przecież jeszcze nie było w całej historii! Nie pamiętam za cholerę, kto wygrał LM w 2004 roku, ale pamiętam, że Arsenal miał wtedy swój zespół Invincibles - i to było coś! Chociaż nawet nie śledziłem wtedy tak bardzo piłki nożnej. Naszą możliwą niepokonaną ligę też będzie się wspominać latami, dłużej niż obecnego zwycięzcę LM! A do tego dublecik - może ostatnimi laty nas do tego przyzwyczaili nasi ulubieńcy, ale jednak to nie jest tak częste wydarzenie w historii.

Wreszcie trafiłem do sali audiowizualnej, gdzie na wielkich ekranach pokazywali między innymi Remontadę z PSG. O tak, to jest coś, co zapamiętam do końca życia i oglądając to znowu miałem ciary. I wiecie, co sobie pomyślałem? Przecież właśnie na tym polega piękno futbolu! Jasne, porażka Barcy boli, ale nie patrzmy na to jak na nasze wyfrajerzenie się, tylko pomyślmy, co czują fani Romy! Przecież nic do nich nie mam, czy oni nie zasłużyli na taki sukces, na przeżycie czegoś takiego, jak my rok temu? Jasne, naśmiewanie się z przegranego jest nieodzownym elementem piłki nożnej odkąd tylko pamiętam (nawet jeszcze przed erą internetowych memów) i sam chętnie pastwię się nad znajomymi kibicami Realu po 90% klasyków w ostatnim czasie, kiedy to wycieramy nimi podłogę, więc trudno, teraz czas ze spokojem przyjąć na klatę porażkę w fatalnym stylu i wiadro pomyj, licząc, że skończymy sezon z dwoma wspaniałymi trofeami na koncie!

Co to za kontra? Najpierw banały, o tym, że Barca zawsze przegrywała, a potem absurdalne zdania o tym, że rozumie, że komuś się nie chce oglądać Barcy i to przychodzi z doświadczeniem? To jakiś żart? Nie wyobrażam sobie, że ktoś kto naprawdę "kocha", kibicuje nie chce oglądać meczu. Owszem mnie też nudziły niektóre mecze, ale nadal chciałem je oglądać. Absurdalne gadanie. Należy może wprowadzić nowy tytuł "okazjonalnego kibica", którym się obdzieli tych dwoje. Nie oglądam, bo Barcelona nie zachwyca...jaja sobie robicie? Przestańcie wmawiać ludziom, że to normalne. W du*ach się poprzewracało w ostatnich latach.

Jedyny plus za chwalenie Valverde. Bo o ile końcówkę sezonu, a w zasadzie ligę mistrzów spartolił, to generalnie wykonał kapitalną pracę i w Hiszpanii pozamiatał Madrytem podłogę, a jakie nastroje były latem chyba nie muszę przypominać.

Przede wszystkim witam nowego redaktora (okazjonalnego autora) tekstów na naszej stronie. Jeszcze dzisiaj narzekałem na brak subiektywnych, długich wypowiedzi na łamach portalu, a tu mnie buch-bachem powalono w łeb. Bardzo się z tego cieszę.

Zadowolony również jestem z perspektywy, z jakiej drogi autorze napisałeś tekst. To znaczy celowo rozciągnąłeś w czasie przypadki bolesnych porażek. To jest bardzo trywialna, ale jednocześnie podstawowa informacja – Barcelona przegrywała i przegrywać będzie. Częściej, rzadziej, ale będzie.

Piłka nożna to gra zespołowa, ale też i gra błędów oraz przebłysków geniuszu. Kiedy spotykają się naprzeciw siebie dwie drużyny, to warto pamiętać, że po każdej ze stron barykady czają się głodni na zwycięstwo zawodnicy oraz odpowiednio skompletowany i zdeterminowany sztab szkoleniowy. Uważam że Pep Guardiola, który wybitnym trenerem był i jest, wprowadził rewolucyjny pomysł na grę w futbolówkę. I dopóki to wszystko pachniało świeżością, elementem zaskoczenia, nowością, to dominował nie tylko na podwórku krajowym, ale i europejskim. Jasne, drobne wpadki się zdarzają, ale reguła była taka, że Duma Katalonii prasowała przeciwników jak jeszcze nie wykrochmaloną pościel. Następnie ten sposób gry został rozczytany, powstały odpowiednio opancerzone „autobusy”, których mottem stało się: „a bierzcie se w cholerę tę piłkę, my was zaskoczymy z kontrataków”. I wygrywali jedną bramką. Przyszedł też czas na Bayern Juppa. Przyszedł i czas na monotematyczny, lecz skuteczny Real Madryt. Taka jest piłka nożna! Bardzo ciężko lecieć na jednym schemacie i utrzymywać hegemonię w świecie sportu. Choć zdarzają się takie przypadki, a i owszem.

Teraz już nie ma Guardioli w FC Barcelonie. Pozostawił piękne i raczej niepowtarzalne wspomnienia. Należy się mu za to szacunek, a w przyszłości zapewne i pomnik gdzieś na jednym z katalońskich placów. Tylko dlaczego, skoro minęło tyle lat od jego exodusu, wciąż płacząca jak po zmarłym rodzina cules, nie jest w stanie sobie przyswoić rzeczywistości? Życie, także i te piłkarskie, istnieje i bez Pepa. A nawet musi. Klub, trenerzy, kibice, powinni sobie to uświadomić. To se ne vrati… Dlatego skupmy się na przyszłości. Na tym, co przed nami. A jest tego sporo. Valverde odwalił kawał wspaniałej roboty. I gdyby nawet w przyszłym sezonie mu się nie udało poprawić stylu, gdyby gra wciąż była zbyt zachowawcza, to co się tak naprawdę stanie? Poczekamy kolejny sezon na następcę. Być może uda się mu przywrócić boskość ekipy, a być może nie. Mnie przede wszystkim ekscytuje to, że oglądam FC Barcelonę. I trochę to może ckliwe, ale jestem z nimi na dobre i na złe. W eksperymentach, w niedoli, w szalonych zwycięstwach. Co czas przyniesie - pożyjemy, zobaczymy.

Bardzo dobry tekst. Inny punkt widzenia w tej sytuacji jest bardzo potrzebny, bo wielu użytkowników, chociażby w tym momencie (w trakcie meczu Real-Athletic) zachwyca sie na La Rambli Realem, który przegrywa u siebie, bardziej niż Barcą w finale PK i prawie pewnym mistrzostwem La Liga.

bolesną porażkę w dwumeczu z Romą jestem w stanie przełknąć,bo uważam,że nie mieliśmy potencjału na wygranie LM ... największą traumą jest dla mnie,w całej historii mojego kibicowania Blaugranie datującej się od czasów pierwszej zdobytej LM,odpadnięcie w rywalizacji z Chelsea mając po pierwszej połowie rewanżu wszystkie atuty w swoich rękach. Zawsze kiedy chcę się ubiczować to puszczam sobie skróty obydwu pojedynków i za każdym razem chce mi się wyć.
Smutny koniec pewnej niepowtarzalnej ery ... głowa do góry panowie : dograć ligę bez porażki,sponiewierać Real w rewanżu,Sevillę w finale PK i kibicować Bayernowi w półfinale LM. Dobrej nocy :)

Autorze ale jak możesz porównywać odpadnięcie z Bayernem do tego z Romą? z Bayernem w pierwszym meczu było 2:2 a teraz 4:1! To dla Ciebie nie jest różnica?

Dla autora styl nie jest "fundalentalny" a dla mnie właśnie jest, dlatego mimo wyników nie jestem w "skowronkach" jak zapewne duza część fanow na tej stronie i nie tylko.

Emocje, złość po porażce i skala wszystkiego o czym piszesz to nie kwestia przyzwyczajenia, zrozumienia tylko stosunku a właściwie pasji do klubu czy piłki nożnej w ogóle.

Bardzo dobrze napisane. Pozdrawiam :)

Pełna zgoda co do podejścia do wyników swoich ulubionych drużyn. Czasem mam wrażenie, że ludzie nie mają nic ciekawszego i ważniejszego do roboty, niż przekrzykiwać się "Barca czy Real". Już nie mówiąc o agresji jaka wylewa się na zawodników czy trenera po porażkach

Pełna zgoda co do Valverde. Drużyna była rozbita, były głosy, że nawet do LM będziemy mieli problem awansować. Do tego wszystkiego Dembele wypadł praktycznie na cały sezon, bo nawet teraz widać, że ma on spore problemy w przygotowaniu fizycznym (zresztą sam to przyznał w wywiadzie). Poczekajmy do następnego sezonu z oceną zarówno Valverde jak i Dembele.

A je egoistycznie nie lubię jak poziom lubianego widowiska się obniża, jak ambitna rozrywka, staje się pod tą samą marką, rozrywką przeciętną. Niestety trochę tak dzieje się z Barcą i o ile pojedyncze porażki, w ogóle mnie nie przerażają - zdarza się, brak tytułów także - to tytuły nie są normą, tak zwykły brak stylu, zabija przyjemność
Nie da się ukryć, że Guardiola rozpieścił, ale na pewno dało się popchnąć dzieło w mniej zachowawczym kierunku przez te kilka ostatnich lat. Przewidywać nie reagować... byłoby taniej i ładniej.

Artykuł bardzo fajny tylko zastanawiaja mnie te 4 porazki na 3 frontach bo mowa tu pewnie o LL, LM i PK. A tych rozgrywkach mamy 2 porazki wiec jesli autorowi chodzi o Superpuchar to jest to wg mnie kolejny "front" bo przeciez puchar za wygranie jest :) a co do EV to dopiero nastepny sezon zweryfikuje czy jest to trener na miare Barcy czy tez nie.

Wielokrotnie tutaj pisałem że Valverde to doskonały trener i nie wiem czy inny trener zrobił by tyle dobrego z tym zespołem który dostał w spadku po Luisie. Zespół po przegranym superpucharze bez Neymara, jesień bez Coutinho i Dembele. Co z tego że ci piłkarze są od stycznie do dyspozycji trenera jak wspólnie mieli tylko kilka prawdziwych jednostek treningowych.

Ciekawy artykuł, ładnie napisany.

Znam tą historię z własnego doświadczenia i podpisuję się pod nią :)

nie gniewaj się ale w mojej opinii słaby tekst.