Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:00  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W kontrze: Daleko do końca świata

 18 kwietnia 2018, 20:30

 Patryk Pulikowski

 38 komentarzy

W kontrze: Daleko do końca świata

Fot. Miguel Ruiz, FCBarcelona.cat

„W kontrze” to nowy cykl na łamach FCBarca.com. Tematyka – być może czasem przekorna i nie do końca zgodna z powszechnym postrzeganiem – dotyczyć będzie spraw związanych zarówno z Barceloną jako klubem, jak i miastem. Piłka nożna nie musi być tematem przewodnim, jednak zawsze będzie gdzieś blisko.

Autor przez kilkanaście lat był dziennikarzem radiowym i prasowym. Z jego inicjatywy w 2005 roku w Olsztynie powstał pierwszy oficjalny fanklub FC Barcelony w Polsce – Fan Club Barça Polska.

Po całkiem niezłym wyniku w pierwszym meczu, rewanż przyniósł ogromne rozczarowanie. Końca dobiegała pewna epoka. Oczywiście to nie pierwszy, ani – z dużą dozą prawdopodobieństwa –  ostatni taki przypadek w historii FC Barcelony. Za każdym razem był, jest i będzie on dramatem dla wielu kibiców.

To był chyba pierwszy przegrany przez Barcelonę (dwu)mecz, po którym ryczałem jak bóbr. Piętnastoletnie szczenię wyło, zawodziło i szlochało, jak… piętnastoletnie szczenię. Dwa tygodnie wcześniej, po bramkach Oscara i Hagiego, Barcelona wywiozła ze Stadionu Olimpijskiego w Monachium remis 2:2. To oznaczało przecież, że jest jedną nogą w finale Pucharu UEFA 1995/96. Jednak w rewanżu Niemcy prowadzili już 2:0. Wprowadzony zbyt późno przez Johana Cruyffa da la Peña zaliczył trafienie, ale nie dał rady odwrócić losów tej rywalizacji. Największy dramat, jaki mógł stać się udziałem nastoletniego fana FCB. Koniec świata.

Oczywiście takich końców świata było za mojego świadomego kibicowania klubowi znacznie więcej. Pobieżny pasaż po wspomnieniach przywodzi mi na myśl finał pierwszego sezonu sympatyzowania z Katalończykami i grecką tragedię w Atenach (0:4 z Milanem). Równie mile wspominam początek 1995 roku. Najpierw Santiago Bernabéu świętowało wrzucenie Barçy manity, a nieco ponad miesiąc później takiej samej sztuki dokonał na El Sardinero przemocarny Racing Santander. Albo sezon 1997/98 i wspaniałe występy przeciwko Szewczence i Rebrowowi w grupowej fazie Ligi Mistrzów (0:3 z Dynamem w Kijowie i 0:4 na Camp Nou).

Każdy z tych meczów był oczywiście wielkim dramatem. Jednak jedynie przez jakiś czas, bowiem z następującymi po nim tygodniami i miesiącami emocje stygły. Traumatyczne wydarzenia ulegały wyciszeniu, a za jakiś czas pojawiał się kolejny powód do rozdygotania. I tak to chyba jest, że wielu fanom Barcelony wydaje się, iż ostatnie odpadnięcie ich ulubieńców w dwumeczu z Romą to największa porażka w historii. Ich kibicowania – pewnie tak. Ale w dziejach klubu bez wątpienia nie. Tylko pobieżne spojrzenie na „najwybitniejsze” rezultaty osiągane przez Barçę w ostatnim ćwierćwieczu pozwala dojść do wniosku, że wielu culés jeszcze nie raz przeżyje podobne dramaty, jak ten sprzed tygodnia. I świat się na tym nie skończy – warto spróbować o tym pamiętać.

Moją reakcję na wynik z Rzymu poniekąd oddała swoim tekstem Julia Cicha. Nie zgodziłbym się jednak, że decyzja o niemęczeniu się i nieoglądaniu szamoczącej się Barcelony to kwestia wieku. Uważam, że dystansu do wyników ulubionego zespołu nabiera się wraz z doświadczeniem lub filozofią życiową, co niekoniecznie musi mieć przełożenie na PESEL.

Podejrzewam, że jeszcze dekadę temu, może trochę więcej, bardzo przeżyłbym porażkę z Romą. Może nie tak, jak tę z początku tekstu z Bayernem, ale pewnie chodziłbym, jak zbity pies. W międzyczasie zacząłem jednak zupełnie inaczej podchodzić do ulubionej drużyny, bo i zmieniła się piłka nożna. Jeszcze naście lat temu traktowałem ją jak sport, rywalizację – teraz jak świetny interes. Tak samo instytucja FC Barcelony kiedyś była dla mnie niezwykle ważnym klubem piłkarskim – teraz jedną z wielu firm działających w branży rozrywki. A że nie mam tak naprawdę wpływu na to, co się w owej firmie dzieje, to i przestałem się spalać. Niemal co kolejkę  – ale nie zawsze! w życiu są ważniejsze rzeczy –  obejrzę transmisję, od czasu do czasu kupię bilet i wybiorę się na mecz, po to, żeby przy okazji się dobrze bawić. To w mojej ocenie o wiele zdrowsze podejście, niż tak ogromne frustracje, jakie zaobserwowałem po ostatnim ligomistrzowym meczu Blaugrany.

Szczególnie, że Barcelona pod wodzą Valverde rozgrywa świetny sezon. Tak, rozgrywa świetny sezon! Cztery porażki na trzech frontach na tym etapie rozgrywek, to liczba wręcz marginalna. Weźmy pod uwagę sytuację i atmosferę w jakiej Barça rozpoczynała obecną kampanię. Nagłe odejście Neymara, pospieszne szukanie zastępstwa,które i tak przez długi czas nie grało, układanie drużyny od nowa przez świeżo zatrudnionego szkoleniowca. Z tej perspektywy można by rzec, że ta ekipa jest niepokonana. Nie gra efektownie? Często to prawda. Dla mnie jednak nie ma to fundamentalnego znaczenia – choćby w kontekście wspomnianych przedsezonowych zawirowań. Czy dało się ugrać więcej? Być może tak, ale w tej chwili naprawdę nie co rozpamiętywać, tylko patrzeć do przodu.

Do przodu, to znaczy na kolejny sezon pod wodzą Valverde. Nie mam wątpliwości, że Estremadurczyk powinien prowadzić Barcelonę w następnej kampanii. Po pierwsze – bezwzględnie bronią go wyniki. Po drugie – doświadczenie zdobyte przez niego w zbliżającym się ku końcowi sezonie zaprocentuje na korzyść drużyny. Postrzeganie go jako szkoleniowca skrojonego na miarę jedynie małych klubów, niemającego doświadczenia w tych wielkich i twierdzenie, że właśnie z tego miałyby wynikać rzekome problemy w tym sezonie – to wszystko uważam za średniej jakości dowcip.

Wystarczy wspomnieć, że trenerski guru i ojciec jej największych sukcesów – Cruyff – przed objęciem sterów Barçy nie mógł pochwalić się pokaźną kolekcją trofeów zdobytych jako szkoleniowiec. Kolejny z noszonych na rękach, Guardiola, wygrał mistrzostwo… czwartej ligi. A wielce utytułowany w kraju i za granicą van Gaal na stanowisku trenera FC Barcelony ni mniej, ni więcej, tylko się skompromitował przy obu podejściach.

Dlatego bezwzględnie należy dać Valverde szansę, a do wyników osiąganych przez klub starać się podchodzić z dystansem. Jedno i drugie może tylko wyjść na zdrowie.

Udostępnij:

Komentarze (38)

Gorące tematy