La Otra Liga: Superbohater non grata

¡Olé! Magazyn

18 marca 2018, 11:21

17 komentarzy

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.


Raúl García to piłkarz, obok którego niewielu potrafi przejść obojętnie. Jeśli gra w twoim zespole, uwielbiasz go; jeśli w drużynie przeciwnej, nienawidzisz. El Rulo ma jednak w sobie coś z superbohatera, bowiem gdy po wyczerpującej walce schodzi z boiska, zmienia się wręcz nie do poznania.

Błysk fleszy, okładki gazet, wywiady, kontrakty reklamowe, królowanie w social media, bycie rozpoznawanym na każdym kroku. Jest całkiem spora grupa sportowców – i nie tylko – która marzy o osiągnięciu takiego życia. Sukcesy w swojej dziedzinie to jedno, ale sława z nimi związana przyciąga i kusi, zwłaszcza w dobie tak rozwiniętej technologii i przepływu informacji. Skoro tak łatwo stać się gwiazdą, to dlaczego by nie skorzystać? Nadal są jednak osoby, którym to nie imponuje i za wszelką cenę starają się chronić swoją prywatność, dbając o anonimowość. Jedną z nich jest Raúl García – lider, filar i jedna z najgroźniejszych broni Athleticu, w którym ze sporymi sukcesami kontynuuje swoją karierę, nie spuszczając z tonu w żadnym z aspektów.

Na próżno szukać go w telewizji lub na rozkładówkach dzienników. Bardzo rzadko udziela wywiadów, a na konferencjach prasowych pojawia się tylko wtedy, gdy musi. Jak sam podkreśla, to nie jest tak, że ma coś do dziennikarzy i że ich nie szanuje. Sporadycznie zgadza się bowiem na rozmowę właśnie dlatego, że docenia wysiłek ludzi pracujących w gazetach. Nie chcąc im uprzykrzać życia, od wielkiego dzwonu pozwala mediom zajrzeć do swojego wnętrza. Choć wówczas w wywiadach lubi przyznawać, że chciałby żyć w świecie, w którym odmowa rozmowy nie spotkałaby się z chłodnym przyjęciem ze strony dziennikarza. Można zapytać: dlaczego ktoś, kto dla kibiców swojego klubu jest jednym z idoli i bohaterów, nie stara się tego wykorzystać i nie próbuje wycisnąć z tego tyle, ile tylko się da? Z odpowiedzią przychodzi sam El Rulo.

Grając tyle lat w Primera, przyzwyczajasz się do bycia obserwowanym. Cały czas mam z tym jednak spory problem. To nie współgra z moich charakterem i osobowością. Czasem chciałbym wrócić do anonimowości, nie być rozpoznawany. Dopóki tego nie stracisz, nie potrafisz tego cenić. Chciałbym w spokoju spacerować z moją rodziną, wiedząc, że nikt się na mnie nie ogląda. Na wakacjach staram się wybierać takie miejsca, gdzie niewiele osób mnie zna, ale potem i tak okazuje się, że ktoś mnie rozpoznaje w hotelu. Na szczęście Bilbao jest spokojnym miejscem i kibice nie naruszają twojej prywatności. Nigdy nie odmawiam autografu lub wspólnego zdjęcia, ale cenię sobie spokój.

Na swoje nieszczęście Raúl García od kilku ładnych lat napotyka na swojej drodze dowody sympatii ze strony fanów drużyn, w których gra. Wszystko zaczęło się podczas drugiego etapu w Atlético. Gdy w Madrycie zameldował się Diego Simeone, Hiszpan przebywał na wypożyczeniu w Osasunie. Błyszczał tam niesłychanie, prowadząc ekipę z Pampeluny m.in. do zwycięstwa nad Barceloną. Powrót do miejsca, w którym się wychował był strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza że po przejściu do Los Rojiblancos nie wiodło mu się najlepiej. El Rulo rozczarowywał, a kibice codziennie z niego żartowali, często wygwizdując jego boiskowe popisy. Wiele lat później pomocnik przyznał, że był to trudny okres, ale zbudował go mentalnie i pomógł mu lepiej zrozumieć ścieżki jego kariery. Prawdziwym przełomem była jednak współpraca z Cholo, który miał na niego pomysł – przesunął go w inny rejon boiska, przydzielił mu zupełnie inne zadania i pozwolił się rozwinąć, czyniąc go jednym z najważniejszych piłkarzy w walce o kolejne trofea i pierwszy finał Ligi Mistrzów.

Oczywiście o ile fani Atlético zapałali do niego miłością, a koledzy z szatni chwalili go na każdym kroku, o tyle rywale i kibice pozostałych ekip zaczęli darzyć go jeśli nie nienawiścią, to przynajmniej antypatią. Właściwie trudno im się dziwić, bo Raúl García lubuje się w pojedynkach siłowych, nie unika prowokacji i przez długi czas był uosobieniem intensywności i boiskowej agresji, na których Diego Simeone budował swój ówczesny zespół. Tutaj kogoś szturchnął, tutaj wcisnął palec między żebra, tutaj wdał się w pyskówkę, a tam z kolei żarliwie kłócił się z sędzią. Gdy nie zapisywał się w meczowym protokole golem, to śmiało można było szukać go wśród zawodników ukaranych żółtą kartką. Taki styl został mu zresztą do dziś, za co jest ceniony przez fanów Athleticu. Hiszpan nie przejmuje się jednak krytyką ze strony tych, którym działa na nerwy i których doprowadza do szewskiej pasji.

Staram się nie czytać, co pisze się na mój temat, nawet jeśli to miłe słowa i pochwały. Wiem, jaki jestem i co mogę dać drużynie. Kibice mogą mówić, co chcą. Każdy twierdzi, że zna się na futbolu, chociaż obejrzał dwa mecze na krzyż. Ja nie uważam, że jestem ekspertem od futbolu. Robię swoje. Znam różnice pomiędzy rywalizacją, a brudną grą. Znam limit i doskonale wiem, jakiej granicy nie wolno przekroczyć. Nigdy nie zrobię czegoś, co mogłoby poważnie zaszkodzić rywalowi. Zawsze jestem gotów umrzeć za moich kolegów z drużyny, za mój zespół. Chce jak najlepiej dla mnie i moich ludzi, dlatego walczę na sto procent. Przyznaję – prawdą jest, że za dużo dyskutuję z sędziami, ale taki już jestem. Nigdy ich jednak nie obrażam, po prostu lubię wdawać się w rozmowy z nimi.

Na San Mamés 31-latek czuje się jak w domu, choć decyzja o przejściu do drużny Los Leónes nie była łatwa. Nie chodziło o opuszczenie Atlético, bo El Rulo bez ogródek przyznaje, że w tamtym czasie każdy wybór był dobry i gdyby został na Vicente Calderón, byłby tak samo zadowolony jak po przeprowadzce do Kraju Basków. Z rezerwą podchodzili do niego jednak fani Athleticu. Grając bowiem w barwach Los Rojiblancos, także im zdążył zajść za skórę. Na szczęście w mgnieniu oka zyskał ich sympatię, głównie poprzez swoje znakomite występy. Razem z Aritzem Adurizem stworzył zabójczy duet, przekraczając w każdym z dotychczasowych trzech sezonów granicę dziesięciu bramek. Tak naprawdę to od goli tych dwóch doświadczonych zawodników zależą wyniki Athleticu. Raúl García przyznał w jednym z wywiadów, że zdaje sobie sprawę, iż z uwagi na swoje doświadczenie jest jednym z liderów w szatni i choć sam nie do końca odnajduje się w tej roli, stara się być przykładem zwłaszcza dla młodych graczy.

Na wstępie napisałem, że hiszpański pomocnik jest niczym superbohater – gdy jest potrzebny, przebiera się w odpowiedni strój i na boisku walczy do upadłego, dbając o swoich kolegów. Poza tym wiedzie jednak zupełnie inne życie niż można by sobie wyobrażać na podstawie jego postawy na murawie. Dbanie o anonimowość to jedno, ale El Rulo jest po prostu spokojnym człowiekiem, lubiącym domowe zacisze. Trudno w to uwierzyć, gdy widzi się go pokrzykującego i prowokującego spięcia z rywalami, ale dla niego to tylko praca. Robi to, co potrafi najlepiej i czego się od niego wymaga. Kiedy jednak rozbrzmiewa końcowy gwizdek, a drużyny schodzą do szatni, Raúl García zmienia się nie do poznania. 

Prywatnie dzielę sporo cech z piłkarzem, którym jestem na boisku, ale na co dzień jestem znacznie spokojniejszy. Staram się jednak, by ta chęć zwycięstwa i gen waleczności, które widać na murawie, pomagały mi także w życiu prywatnym. Jestem osobą, która najlepiej czuje się we własnym domu. Nie oznacza to, że nie mam przyjaciół poza nim. Faktem jest jednak, że moje życie toczy się głównie wokół podróży z domu do klubu, z klubu do domu i tak w kółko. Nie zamieniłbym tego na nic innego. Nie jestem typem, który mówi, że ojcostwo go zmieniło, ale moja rodzina jest dla mnie najważniejsza. Bliscy znają mnie i wiedzą, że mecze w telewizji pokazują mnie od strony, która jest ważna tylko przez 90 minut w tygodniu.

Mając na uwadze wiek El Rulo, trudno oczekiwać, by jego boiskowa zadziorność nagle złagodniała. 31-letni zawodnik nic sobie nie robi z nieprzychylnych opinii tych, którzy najchętniej zdyskwalifikowali go dożywotnio i zakazali wstępu na stadion. W pewnym stopniu jest jedną z niewielu rzeczy, która faktycznie łączy zdecydowaną większość hiszpańskich kibiców – lubią go bowiem jedynie w Bilbao, Pampelunie i połowie Madrytu. Dla tej garstki jednak był, jest i zawsze będzie superbohaterem, będącym punktem odniesienia dla tego, w jaki sposób należy walczyć i reprezentować klub. Krytycy natomiast mogą być pewni, że gdy zejdzie z boiska po raz ostatni i raz na zawsze zrzuci swoją pelerynę, zaszyje się pewnie gdzieś, gdzie w spokoju i z dala od futbolu będzie mógł cieszyć się czasem spędzanym ze swoją rodziną.

Autor: MAREK DUBIELECKI

Twitter: @dylanowicz

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
konto usunięte

Piłkarz, który na każdy mecz powinien wchodzić z żółtą kartką.

« Powrót do wszystkich komentarzy