Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:05  ·  International Champions Cup TVP Sport   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

 1 marca 2018, 17:07

 ¡Olé! Magazyn

 21 komentarzy

La Otra Liga: Kapitan, który pierwszy opuścił tonący statek

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.


Był największą nadzieją kibiców Las Palmas. Gdy widmo spadku zaczęło zaglądać w oczy klubu z Gran Canarii, miał wziąć odpowiedzialność na swoje barki i pomóc w heroicznej walce o utrzymanie. Sarał się jak mógł, ale dziś los Kanaryjczyków nie zależy już od niego. Jonathan Viera zamienił bowiem rancho canario i chorizo de Teror na ryż i futbol made in China.

Wychowanek, lider, kapitan. Dla wielu fanów Los Amarillos te trzy słowa najlepiej określały hiszpańskiego pomocnika. Niektórzy traktowali go wręcz jak żywą legendę i trudno się temu dziwić, bowiem 28-latek – obok Vitolo, Rubéna Castro i Juana Carlosa Valeróna – jest jednym z najlepszych piłkarzy wychowanych w szkółce Las Palmas. Teraz już niewielu odważy się tak o nim powiedzieć. Kibice z Wysp Kanaryjskich czują się po prostu oszukani i zdradzeni. Zwłaszcza, że sam Valerón namaścił Vierę na swojego następcę przekazując mu swój numer „21″. To zobowiązuje. Brawa zamieniły się w gwizdy, pochwały w wyzwiska, a koszulki z jego nazwiskiem w najlepszym razie zostały schowane głęboko do szafy. Dla samego piłkarza prysły też marzenia o reprezentacji, bo zniknął z radaru, zamykając sobie drogę do kadry La Roja.

A przecież miało być zupełnie inaczej. W dzieciństwie przylgnął do niego przydomek „Romario” i w kolejnych zespołach młodzieżowych udowadniał, że rzeczywiście ma w sobie coś z fenomenalnego Brazylijczyka. Potrafił strzelać gole, ale wraz z wiekiem uczył się schodzić nieco w głąb boiska, przyjmując rolę rozgrywającego odpowiedzialnego za regulowanie tempa gry i asystowanie kolegom. Błyszczał znacznie bardziej niż jego rówieśnicy, dzięki czemu po kapitalnym sezonie w rezerwach awansował na stałe w lecie 2010 roku do pierwszego zespołu. Już po pierwszym roku gry w seniorach zaczęły zgłaszać się po niego wielkie europejskie marki. Mówiło się o m.in. Realu, Barcelonie, a także o Arsenalu i Tottenhamie. Jonathan Viera został jednak w Las Palmas i po kolejnym znakomitym sezonie przeniósł się do Valencii.

To nie była dobra decyzja. Niestety muszę przyznać, że nie byłem gotowy na tamten krok. Myślałem, że mam wszystko, by dalej się rozwijać, ale zderzyłem się z rzeczywistością. Brakowało mi doświadczenia, nie do końca umiałem odnaleźć się w nowym środowisku. Nie był to czas stracony, bo pozwolił mi dojrzeć i spojrzeć na moją karierę z nieco innej perspektywy. Dziś wiem, że gdybym został, byłaby to znacznie lepsza decyzja.

Marzenia o podboju Europy i wojowaniu w Lidze Mistrzów szybko okazały się jednak za duże. Hiszpan nie sprawdził się na Mestalla i już rok po zameldowaniu się w Walencji został oddany na wypożyczenie do Rayo Vallecano. W mniejszym klubie łatwiej było mu o wyjściowy skład, ale z perspektywy czasu kluczowa była współpraca z Paco Jémezem, z którym znał się przecież ze swojego pierwszego sezonu w Las Palmas. Będąc bezapelacyjnie kluczową postacią w zespole, Jonathan Viera pomógł Los Franjirrojos utrzymać się w lidze. Nie zmieniło to jednak jeg notowań w Valencii, z którą ostatecznie rozwiązał kontrakt, by na początku sezonu 2014/15 podpisać umowę ze Standardem Liège. Gdy pierwsze miesiące okazały się ogromnym rozczarowaniem, w styczniu 2015 roku Hiszpan podjął decyzję o powrocie do Las Palmas.

Na Gran Canarii przywitano go z wielkim entuzjazmem. Sam zainteresowany przyznał: „Wracam do miejsca, które jest moim domem. Myślałem o powrocie odkąd odszedłem do Valencii. Przeprowadzka do Belgii była pomyłką. Różnice kulturowe i językowe uniemożliwiły mi szybką adaptację. Mogę jednak zapewnić, że dziś jestem znacznie dojrzalszym i mądrzejszym zawodnikiem niż trzy lata temu. Teraz chcę jak najszybciej dojść do formy i pomóc w wywalczeniu awansu”. Jak powiedział, tak zrobił i pół roku później świętował z Los Amarillos promocję do La Liga. Kilka tygodni potem Kanaryjczycy wykupili go za milion euro i podpisali z nim trzyletni kontrakt.

Rola lidera pasowała mu w stu procentach. Dzięki jego bardzo dobrej grze Kanarki nie musiały martwić się o utrzymanie, zajmując w pierwszym sezonie po powrocie wysokie 11. miejsce. Zasługi Jonathany Viery były na tyle duże, że w lecie 2016 roku drużyna wybrała go trzecim kapitanem.Kibice mieli nadzieję, że Kanaryjczyk na długo pozostanie piłkarzem numer jeden w Las Palmas i pomoże zespołowi spokojnie bytować w Primera División. Nawet po fatalnym początku obecnego sezonu i trwającym kryzysie. Zespołowi nie szło w kolejnych meczach, a następni trenerzy nie znajdowali recepty na słabe wyniki. Mimo to fani byli pewni, że z 28-latkiem u steru uda się uniknąć spadku. Światełkiem w tunelu było zwłaszcza zatrudnienie Paco Jémeza. Znał się on z Jonathanem Viera na wylot, a na konferencjach prasowych obaj nie szczędzili wobec siebie pochwał. „Posiadanie takiego gracza jak on i możliwość opierania na nim gry jest ogromnym atutem i ma fundamentalne znaczenie dla naszej walki o utrzymanie. Dla mnie zawsze będzie piłkarzem skrojonym na miarę wielkiego klubu. Porównuję go do Isco, bo obaj potrafią fantastycznie wychodzić poza schemat” – mówił trener. „Pracowałem z wieloma szkoleniowcami, ale to Paco był najważniejszy dla mojej kariery i to on ukształtował mnie jako zawodnika. Jestem do jego dyspozycji i chce wypełniać jego założenia na boisku. Razem musimy pociągnąć tę drużynę i wyciągnąć ją z dołka” – mówił hiszpański pomocnik.

Sielanka nie trwała jednak długo. W pierwszej połowie lutego na Gran Canarii zjawili się bowiem Chińczycy, oferując za Jonathana Vierę konkretne pieniądze. Prezydent klubu, Miguel Ángel Ramírez, starał się tonować nastroje. Mówił, że nie zamierza z nikim niczego negocjować i z perspektywy Las Palmas nie ma mowy o żadnych ustępstwach. Albo opłacacie klauzulę, albo do widzenia. Dość długo milczał sam piłkarz, ale gdy już się odezwał, otworzył prawdziwą puszkę Pandory. Wbrew oczekiwaniom kibiców nie uciął tematu i nie obiecał pozostać co najmniej do końca sezonu. Wręcz przeciwnie – dał do zrozumienia, że pomimo bycia kapitanem, nie zawaha się, by uciec z tonącego statku.

Mam w głowie kakao. Zostawiam decyzję w rekach prezydenta. Musicie wiedzieć, że taka oferta jest dobra nie tylko dla mnie, ale również dla mojej rodziny i dla klubu. Wiem, że to pierwsza i ostatnia taka szansa. Nie jest to łatwa sytuacja, ale chce móc decydować o mojej przyszłości. Chcę, by była jak najlepsza. Jeśli ktoś wątpi w moja postawę, to się myli. Dopóki nie wyjaśni się kwestia tego transferu, zawsze będę dawał z siebie wszystko. Możecie nazywać mnie najemnikiem, ale ci, którzy są blisko mnie, wiedzą, że grając tutaj, tak naprawdę tracę pieniądze.

Faktycznie, Hiszpan sporo tracił w kwestiach ekonomicznych. Budżet Las Palmas jest na niskim poziomie, a średnie wynagrodzenie jest jednym z najniższych w lidze i oscyluje w granicach 700 tysięcy euro. Sam piłkarz miał najdroższy kontrakt w historii klubu, ale 2 miliony brutto były niczym przy ofercie Chińczyków. Kto nie skusiłby się na przeprowadzkę do Azji, mogąc zarabiać 6-7 milionów euro netto? Było jasne, że 28-latek przebiera nogami i tylko czeka, by Kanaryjczycy dogadali się w sprawie jego odejścia. Tak się stało i mecz z Sevillą był dla niego ostatnim w żółto-niebieskich barwach. Dla kibiców był to cios prosto w serce, zwłaszcza że wtedy na boisku zmuszeni byli oglądać dwóch innych canteranos w obcych barwach: Sandro Ramíreza i Roque Mesę.

O ile przed spotkaniem z Barceloną nawet z Jonathanem Vierą w składzie trudno byłoby myśleć choćby o remisie, o tyle w dalszej części sezonu brak 28-latka może być wyjątkowo odczuwalny. Teoretycznie jego rolę może przejąć Tana lub Halilović, ale czy to wystarczy, by wyjść zwycięsko z walki o utrzymanie? Jeśli nie, były już piłkarz Las Palmas może być pewien, że fani całą winę zrzucą na niego.

Autor: MAREK DUBIELECKI

Udostępnij:

Komentarze (21)

Gorące tematy