Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:00  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

To był zaszczyt. Dziękuję za wszystko, Mistrzu!

 23 stycznia 2018, 13:15

 IceMan

 55 komentarzy

Zapraszamy do przeczytania felietonu autorstwa byłego Redaktora FCBarca.com - IceMana.


Kiedyś obiecałem sobie, że swój ostatni tekst napiszę na jego cześć. Dziś dotrzymuję słowa samemu sobie.

Było mi cholernie przykro, gdy karierę kończył Puyol, gdy Barçę opuszczał Xavi, gdy odchodził Pep. Postacie absolutnie wyjątkowe w historii Klubu. Dziś czuję się podobnie, mimo że Ronaldinho w stolicy Katalonii nie grał od 2008 roku. Czuję pustkę. Odchodzi jeden z najwspanialszych piłkarzy w historii futbolu. Dla wielu był wielką inspiracją. W mojej opinii najlepszy nie był, bowiem takowym jest Messi, ale nikt nigdy nie był i nie będzie tak magiczny jak El Crack Total. Był fenomenem jedynym w swoim rodzaju. Drugi Ronaldinho już się nie pojawi.

Do Barcelony trafił… przypadkiem. W 2003 roku priorytetem transferowym dla Blaugrany był pewien blondwłosy Anglik, który miał być spełnioną obietnicą przedwyborczą Joana Laporty. Beckham wybrał jednak wyższy kontrakt w Madrycie, za co Culés będą mu wdzięczni do końca życia. W zastępstwie za Davida na Camp Nou trafił Ronaldo de Assis Moreira Junior, znany bardziej jako Ronaldinho. Jedną nogą był już na Old Trafford, dokąd miał się przenieść z PSG, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i obrał kurs na Półwysep Iberyjski, do stolicy Katalonii, by przywdziać bordowo-granatowe szaty.

Szybko okazało się, że podjął jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą decyzję w swoim życiu. Brazylijczyk zmienił historię. Bezpowrotnie. Już jego prezentacja zwiastowała nadejście kogoś wielkiego. Katalońska Świątynia Futbolu po wyjściu z tunelu na murawę wywołuje tak ogromne emocje u zawodników, że wielu przy swoim “pierwszym razie” ma problem, by kilkanaście razy podbić piłkę. 23-letni przybysz z Ameryki Południowej bawił się nią z taką łatwością, jak gdyby po raz kolejny wyszedł na Copacabanę ze swoimi kumplami, by po kilku drinkach zatańczyć w rytm muzyki latino.

Wyjątkowy był jego pierwszy gol dla Barcelony, wyjątkowy był również ostatni. Zaczął i zakończył jak wielki mistrz. Przywitał się z Barceloną fenomenalną bombą z 30-metrów w meczu z Sevillą. Po drodze z sobie tylko znaną łatwością minął dwóch rywali, po czym huknął nie do obrony. Rijkaard złapał się za głowę, Camp Nou zrozumiało, że historia rodzi się na nowo, bo właśnie przyszedł ktoś, kto przywróci Klubowi należne mu miejsce w światowym futbolu. Na samym szczycie. W równie wielkim stylu z Blaugraną się pożegnał. Ostatni gol? Fenomenalna przewrotka w spotkaniu z Atlético. Nawet gdy wrócił na mecz o Puchar Gampera z Milanem, był traktowany jak swój. Mecz wygrała Barça, ale puchar przekazany od Puyola otrzymał Ronaldinho, który nawet do zdjęć pozował wraz ze swoimi byłymi kolegami. Grał już wtedy w innym klubie, ale dla każdego, kto tego dnia przyszedł na Camp Nou, nadal był blaugrana. Schodził do szatni przy owacji na stojąco od całego stadionu.

Zawsze będę miał do niego żal. O to, że nie dał z siebie wszystkiego. Jako jeden z nielicznych miał potencjał  i dar od Boga, dzięki któremu mógł zostać najlepszym z najlepszych. Nie chciał. Kochał futbol, ale równie mocno kochał zabawę. Być może, gdyby nie jego druga miłość, dziś nie mówilibyśmy tylko o erze Messiego i Cristiano? Mam do niego żal, że nie utrzymał się na szczycie przez dłuższy czas, że nie partnerował Leo, gdy ten przyleciał z kosmosu na Ziemię, że nie było go, gdy La Pulga wchodził na swój najwyższy poziom. Wyobrażacie sobie atak Barcelony z Messim i Rolandinho, gdy obaj byli w swojej najlepszej formie? Niejedna drużyna wychodziłaby na Camp Nou w pampersach, bojąc się upokorzenia. Tymczasem Gaucho odchodził, gdy Argentyńczyk zaczął udowadniać swój przeogromny talent. Do dziś często zastanawiam się, czy Guardiola mógłby odrodzić Ronaldinho i sprawić, by ten wrócił do formy z lat 2004-2006. Jedne źródła mówią, że chciał spróbować, ale sam Brazyliczyk potrzebował zmian i dlatego przeszedł do Milanu. Jeszcze inne twierdzą, że El Magico nie był w stanie podporządkować się perfekcyjnemu w każdym calu stylowi Pepa; kolejne, że Ronniego nie chciał sam Mister. Jak było naprawdę? To wiedzą pewnie tylko sami zainteresowani.

Dziś jest mi po prostu smutno; takiego zawodnika jak Ronaldinho zwyczajnie już nigdy nie będzie. Magia to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl o Gaucho. Bardzo szybko rozkochał w sobie fanów z całego świata, swoim charakterystycznym uśmiechem zarażał wszystkich dookoła, nigdy nie udawał, nie symulował, był tak bardzo autentyczny… Nigdy nie zapomnę reakcji stadionu, kiedy zaczynał swoje show. Okrzyki zachwytu po kolejnych trikach mury Camp Nou zapamiętają na zawsze. Był chyba jedynym graczem w historii, którego nie próbowano połamać, gdy ośmieszał rywali. Nie robił tego, by ich upokorzyć, on po prostu taki był. Był również jednym z trzech piłkarzy w historii Barçy, którzy dostali standing ovation na Santiago Bernabéu. Wielokrotnie w pojedynkę rozstrzygał losy kolejnych meczów. Z dziecinną łatwością prezentował zagrania, których inni nie potrafili odtworzyć na playstation. No look passy, odgrywanie piłki plecami, żonglowanie pomiędzy trzema rywalami, setki założonych siatek, zagranych piętek i krzyżaków… Wcześniej nie wiedziałem, że to w ogóle możliwe. Ale w jego słowniku nie było słowa „niemożliwe”.

Najlepsze momenty swojej kariery przeżywał, gdy ja spędzałem w Redakcji FCBarca.com więcej czasu niż w szkole. Pamiętam jak dziś, gdy pisałem kolejne zapowiedzi, tłumaczyłem kolejne artykuły przed meczami. W spotkaniach z Realem, Chelsea czy Milanem trwał pokaz sił poszczególnych jedenastek. Rywale zawsze chwalili się swoim zespołem, o Barcelonie pisało się przede wszystkim w kontekście Ronaldinho, który jako jedyny na świecie sam potrafił wygrywać kolejne spotkania. To jemu oddawałeś piłkę, gdy nie wiedziałeś, co z nią zrobić. A on z dziecinną łatwością, niczym Bode Miller na stoku narciarskim, mijał kolejne tyczki. Kiwał rywali i pakował piłkę do siatki.

Futbol to była jego pasja i miłość, ale nigdy nie traktował jej jak pracy. Miałem wrażenie, że czasami nie chciało mu się stawać coraz lepszym. Taki sam styl jak na murawie prezentował także poza boiskiem. Zawsze na luzie. Dzisiejsza drużyna pod wodzą Valverde prezentuje się doskonale, choć zawsze moim ideałem będzie armia Guardioli. Ale i w tamtej ekipie marzeń brakowało mi tego niezapomnianego uśmiechu i luzu człowieka, którego nie miał nikt inny.

Pamiętacie minę Casillasa po trzecim golu na Bernabéu w sezonie 2005/06? To idealne podsumowanie tego, co na boisku wyczyniał Ronaldinho. Na twarzy legendy Realu można było zobaczyć niedowierzanie, bezradność, ale i ogromny podziw dla tego, co robił El Magico. Iker wspaniale go pożegnał w dniu, w którym Ronnie ogłosił zakończenie kariery. To doskonały dowód na to, jak szanowali go również najwięksi rywale.

Obiło mi się o uszy, że jego pożegnalny mecz odbędzie się na Camp Nou, najważniejszym miejscu w jego karierze. To właśnie tam się wszystko zaczęło, tam też chce to zakończyć. Znając życie, o bilety na taki mecz będzie równie ciężko, co o wejściówki na El Clásico, ale chciałbym go zobaczyć ten ostatni raz. Mam obecnie sporo wydatków, nieoczekiwana zmiana samochodu i sierpniowe wesele, ale… za podróż do Barcelony ,by zobaczyć po raz ostatni tego geniusza w trykocie o najpiękniejszych barwach na świecie mogę iść do ołtarza nawet w starym garniturze i butach do tenisa. By Cię znów zobaczyć, na Camp Nou mogę jechać nawet rowerem.

Przyszedłeś do Barcelony, by nas wszystkich w sobie rozkochać. To była miłość od pierwszego wejrzenia, po stokroć odwzajemniona. Zmieniłeś naszą historię. Na zawsze. Dziś po prostu dziękuję. Dziękuję, że żyję w czasach, kiedy mogłem podziwiać Twój geniusz. Zawsze będę za Tobą tęsknił. Byłeś, jesteś i zawsze będziesz legendą. To był zaszczyt. Dziękuję za wszystko, Mistrzu!

Udostępnij:

Komentarze (55)

Gorące tematy