Gaizka Mendieta dla FCBarca.com: Rok w Barçy był ważnym momentem mojej kariery

Karol Chowański

13 czerwca 2017, 08:21

11 komentarzy

Gaizka Mendieta to jeden z najciekawszych hiszpańskich piłkarzy swego pokolenia. W Walencji ma status legendy. Był piłkarzem Barçy w sezonie 2002/2003, podczas którego rozegrał ostatnie ze swoich 40 meczów w reprezentacji. Trudna adaptacja w Serie A i urazy w Anglii zahamowały jego karierę.

Bask ukształtowany piłkarsko przez Castellón i Valencię. Mając 14 lat na dwa lata porzucił piłkę dla lekkiej atletyki. Obecnie DJ, przedsiębiorca, współpracownik Sky Sports. Blisko dziesięć lat po zakończeniu kariery Mendieta jest pełen energii i spotkanie z nim to potwierdza. Prezentujemy rozmowę przeprowadzoną przy okazji meczu La Liga Legends rozegranego w piątek i transmitowanego na antenie Eleven.

Dla Mendiety była to okazja do powrotu na stadion Legii. W 2002 roku zdobył tu bramkę w zwycięskim dla Barçy rewanżu eliminacji Ligi Mistrzów.

Spędziłeś wiele lat w Walencji. Dla Barçy grałeś przez jeden sezon na wypożyczeniu. Z pewnością to dwa zupełnie różne doświadczenia. Jak je wspominasz?

Gaizka Mendieta: Valencia ukształtowała mnie jako piłkarza i człowieka. Dorastałem tam. Nauczyli mnie grać w piłkę. Prawdę mówiąc przed przyjściem na Mestalla byłem lepszym biegaczem niż piłkarzem. Miałem dobrą kondycję, byłem w stanie przebiec duże odległości, ale na koniec akcji wybierałem proste podania. To się zmieniło z ciężką pracą i odpowiednimi ludźmi w klubie, dzięki którym poprawiłem technikę. Valencia dała mi szansę debiutu w lidze, gry w Lidze Mistrzów, tytuły. To rzeczy, których się nie zapomina.

Okres we Włoszech był skomplikowany i dlatego przejście do Barçy było dla mnie ważnym momentem. Odzyskałem rytm gry, pewność siebie. Na początku sezonu miałem trochę trudności – Barça nie jest najłatwiejszym miejscem do adaptacji dla nowego piłkarza. To instytucja, więcej niż klub sportowy i czujesz to na każdym kroku. W drugiej części rozgrywek czułem się swobodniej, przyszło lepsze zgranie z kolegami. Indywidualnie był to dla mnie naprawdę udany sezon.

Mówi się, że dla piłkarzy Realu i Blaugrany droga do drużyny narodowej jest krótsza niż dla innych. Grałeś w Barçy, ale do reprezentacji wszedłeś z Valencii. Miałeś trudniej? Trenerzy hiszpańskiej kadry mają swoich faworytów?

Nie przywiązywałbym wagi do tego, czy graczom Realu i Barçy łatwiej trafić do reprezentacji niż innym. Mi jakoś się udało [uśmiech]. Drużyna narodowa potrzebuje różnorodności. Kiedyś było więcej zawodników z Athletic Club bądź Valencii. Dziś sporo pochodzi z klubów angielskich.

Każdy selekcjoner ma własną wizję drużyny, ale zaznaczę też kwestię zaufania. Trenerzy wybierają piłkarzy, którym ufają. Znają ich z klubów, reprezentacji młodzieżowych, otrzymują rekonesans od współpracowników. W pewnym sensie trudniej trafić do reprezentacji niż się w niej utrzymać. Trzeba być cierpliwym. Trener patrzy przez pryzmat drużyny i kieruje się jej interesem. W każdej grupie są tacy, którzy grają więcej od innych lub częściej dostają powołania. Czasem ktoś może zasługiwać na szansę, ale jej nie dostaje. To nigdy nie są łatwe decyzje. Kandydatów do gry w hiszpańskiej kadrze ostatnio nie brakuje.

W ostatnich latach przybywa w Anglii hiszpańskich piłkarzy. Zapytam o trenera. Co Twoim zdaniem zdecydowało o twardym lądowaniu Guardioli w Manchesterze?

W Premier League jest ogromna konkurencja. A w City dostał trochę inny rodzaj piłkarzy niż miał w Barcelonie i Bayernie. Nie mówię, że to gorsi piłkarze, po prostu inni. Jak powiedziałem na antenie Sky Sports po tym, jak przyszedł do Anglii – ten etap może być najtrudniejszym w jego życiu trenera. Nie da się kupić 11 nowych piłkarzy. Musisz najpierw przystosować to, co masz, i tak zrobił Guardiola. To trwa. Bayern grał jego futbol zanim przyszedł do klubu. W City jest inaczej. Zmiana mentalności, sposobu postrzegania piłki u 25 piłkarzy to nie jest prosta sprawa… Dla Guardioli to na pewno duże wyzwanie, ale za takie wyzwania kochamy piłkę nożną.

Po wielkich sukcesach dwie Twoje byłe drużyny, Barça i reprezentacja, mają w ostatnich dwóch latach gorszą passę. Jak tłumaczysz te porażki?

To wynika z ludzkiej natury. Żyjesz i uczysz się. Rywale nauczyli się, jak je pokonać – cofnąć się, zamykać przestrzenie, bronić twardo. Taki jest futbol. Jeżeli w sposobie gry drużyny leży posiadanie piłki i dużo podań, bardzo trudno to zmienić. A przystosowanie się, neutralizowanie przewag rywala jest częścią piłki. Doznała tego Barca, wcześniej Real, musi sobie z tym radzić Guardiola. Dostęp do internetu i telewizji jest dzisiaj powszechny, więc trenerzy mają mnóstwo materiałów do analizy.

Co dla Ciebie oznacza uczestniczenie w takich wydarzeniach, jak piątkowy mecz?

Podobnie jak Fernando [Morientes] i inni zawodnicy jestem ambasadorem La Liga. To projekt, który z sukcesami rozwija się już dwa i pół roku. Pomysł na La Liga Legends ma kilka miesięcy, reakcje też są bardzo pozytywne. Takie działania promocyjne są ważne, bo przybliżają hiszpańską piłkę w innych częściach świata. Niedawno byłem w Chinach. Teraz jesteśmy w Polsce. Chętnie opowiadam o doświadczeniu grania w La Liga, bo to ważna część mojego życia. Mamy okazję do kontaktu z kibicami, a to najlepsza forma promocji. Ponieważ nie jestem już aktywnym zawodnikiem, ma to bardziej bezpośredni charakter. Jest więcej czasu na zdjęcia, rozmowy, gramy z dziećmi. To nie tylko mecze, także szereg innych inicjatyw o charakterze marketingowym.

La Liga zdominowała Europę. Czy uważasz, że „moment” hiszpańskich klubów może wkrótce dobiec końca? Messi zbliża się do trzydziestki, Ronaldo skończył 32 lata.

Real miał swoją serię pod koniec lat 90. Potem mocne były Valencia i Barcelona z Ronaldinho. W ciągu ostatnich dwudziestu, trzydziestu lat sukcesy zdobywały kluby włoskie, angielskie, Porto, Borussia z Bayernem, ale drużyny z Hiszpanii zawsze były w czołówce. Regularnie docierały do półfinałów i finałów Ligi Mistrzów. Hiszpańskie kluby były silne przed Ronaldo i Messim, są silne z nimi i, jestem pewien, pozostaną silne bez nich. La Liga bardzo się rozwinęła przez ostatnie trzy lata i rozwija dalej. Mam na myśli choćby ekspansję na rynki azjatyckie. Dzięki temu przybywa inwestorów, kluby sprowadzają bardziej konkurencyjnych piłkarzy i podnosi się poziom całej ligi.

Dlaczego zdecydowałeś się opuścić Camp Nou? Dziś możesz chyba potwierdzić, czy doniesienia o ofercie pozostania w Barçy były prawdziwe?

Rzeczywiście, była taka możliwość. Podczas mojego pobytu w klubie Barça przechodziła szczególny okres. Latem [2003] szykowało się wiele zmian: we władzach klubu, sztabie trenerskim i samym zespole. Sytuacja była nieprzewidywalna. Zależało mi na stabilizacji. Aby przepracować pełny okres przygotowawczy z drużyną, potrzebowałem zaraz po sezonie wiedzieć na czym stoję. W tamtym momencie Barcelona mi tego nie gwarantowała. Podjąłem decyzję, aby szukać innych opcji.

Dobrze pamiętam Twój rok w Barçy. Spadek na XV miejsce w lidze i powrót z Anticiem na szóste w ostatniej kolejce. Jako jeden z niewielu w składzie prezentowałeś równą formę cały sezon. Czy takie turbulencje można w ogóle porównać z finałem Ligi Mistrzów, który dwukrotnie zagrałeś z Valencią?

Muszę powiedzieć, że bardzo cieszyłem się tamtym okresem w Barcelonie. Sprawił mi dużo radości, dobrze czułem się w mieście. Grałem dużo i znów cieszyłem się grą, mimo że na płaszczyźnie drużynowej, jak powiedziałeś, był to trudny sezon. Jednak takie doświadczenia scalają szatnię, tworzą wyjątkową więź – z częścią tamtej ekipy do dziś mam regularny kontakt.

Co do finałów z Valencią, obecność w nich to wyjątkowe przeżycie dla piłkarza. Myślę, że w 2001 graliśmy lepiej niż rok wcześniej. Byliśmy naprawdę blisko. [Remis 1:1 i porażka w karnych z Bayernem.] Gdy jestem w Mediolanie, przypomina mi się tamten wieczór. To dobre wspomnienia. Przegraliśmy, ale życie toczy się dalej. Niewiele osób ma okazję osiągnąć finał Ligi Mistrzów. Valencii do dziś nie udało się tam wrócić.

  

Za pomoc w przygotowaniu materiału dziękujemy Mateuszowi Święcickiemu (Eleven Sports) i Markowi Wawrzynowskiemu.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Taki sam transfer jak trener naszych rezerw, jednym słowem mówiąc, niewypał.

Mendieta to taki Gomes. Jak grał w Valencji to wyglądał na obiecującego pomocnika. Jak przyszedł do nas to zupełnie nie podołał ciężarowi gry w Barcelonie. Do tego grona dopisał bym jeszcze Riquelme. Wszyscy trzej jak przychodzili do nas to były ogromne nadzieje i radość. A jak wyszło? Tylko Gomes ma jeszcze szansę na rehabilitację

Wygląda jak młodszy Dustin Hoffman :P [Zobacz link: https://pmcdeadline2.files.wordpress.com/2013/08/dustin-hoffman__130823104648.png]

Pamiętam jak Barca grała z Legią w Warszawie i byłem na tym meczu (w sumie to pierwszy mecz, na którym w życiu byłem). Miałem wówczas 12 lat. Jedynego gola zdobył własnie Mendieta z karnego. Nim oddał strzał to przez kilka minut trzeba było czekać aż opadnie dym, który spowodowali kibice Legii. Oczywiście kibice Legii musieli dać popis. Przede mną siedział ojciec z synem, który był wtedy jakoś też w moim wieku. Gdy na rozgrzewkę wychodzili piłkarze Legii, ojciec krzyczał do syna: "To są mistrzowie, bijemy brawo!", zaś gdy na murawie zaczęli się pojawiać piłkarze Barcy, kazał synowi buczeć, a samemu krzyczał: "Wypierd*laj czarnuchu" (pod adresem Kluiverta), pokazując środkowy palec. Oczywiście synek był bardzo dumny z tatusia ;)

To co grał w Valencji hmm poezja.
poszedł do Lazio i szlak go trafił no i do nas przyszedł w złym momencie dla klub...
Przydał by sie nam teraz taki Mendieta