W ciszy stadionu. Kontrakt Messiego i rola Realu, aby Barça rozbiła bank

Karol Chowański 'Challenger'

15 stycznia 2017, 20:10

64 komentarze

Nikt w klubie nie wyobraża sobie Messiego poza Barceloną. To wcale nie ułatwia sprawy. Listopadowa zapowiedź wiceprezydenta Arroyo [LINK], że „kontrakt podpiszemy niedługo” okazała się pochopna. Dwie wypowiedzi innych przedstawicieli Barcelony wystarczyły, aby atmosfera strzeliła piorunami. Nie powinno to zwieść zainteresowanych. Bez słów Grau i Gratacósa nie byłoby łatwiej. One tylko odzwierciedlają unoszącą się od pewnego czasu nad całą operacją uzasadnioną nerwowość. Sedno leży gdzie indziej i jest stare, jak ekonomia: nie ma budżetu z plasteliny.

Sytuacja z nową umową Messiego jest skrajnie delikatna. Wszyscy w klubie powinni to rozumieć. Chodzi o utrzymanie najbardziej pożądanego piłkarza świata. Podchody innych klubów trwają. Do momentu złożenia podpisu Messi ma wybór. Nierozważne wypowiedzi osób, które nie są do tego upoważnione, mogą utrudnić pozycję negocjacyjną. W tak wyjątkowym położeniu wszyscy na Camp Nou muszą grać w jednej drużynie i uważać na słowa. Konsekwencje wobec Pere Gratacósa są tego mocnym wyrazem. Powagi sytuacji mogą nie rozumieć media czy część kibiców, ale powinien rozumieć ją Zarząd i tak odczytuję tę decyzję.

Zaznaczę to tu dla jasności: Lionel Messi zostanie w Barcelonie na wiele kolejnych lat. Względy sportowe z perspektywy piłkarza, rodzinne i relacje osobiste (z kolegami i sztabem) przesądzają moim zdaniem o tym, że jego priorytetem jest pozostanie w Katalonii. Jest jednak sporą różnicą stwierdzenie tego typu w artykule lub nad kuflem w barze, a przed mikrofonem z pozycji dyrektora Klubu. Przez znaną obu stronom rangę te negocjacje preferują ciszę. Każda wypowiedź będzie polem do reinterpretacji. Sprzyjają temu okoliczności, do których wrócimy.

Znaki zapytania pojawiają się przy dwóch kwestiach. Kiedy pojawią się podpisy? Ile to będzie kosztowało?

Do terminu zamknięcia operacji daleko. Moim zdaniem nie ma to istotnego związku z medialnym rezonansem słów Grau i Gratacósa. Uważam, że silnie dążące od 2-3 miesięcy do szybkiego porozumienia władze FC Barcelony napotkały trudność w tym, że budżetowa kołdra jest rozciągnięta jak struna, a wystają stopy. Stopy Messiego. Przy obecnej strukturze budżetu Klub może dać swemu emblematowi mniej niż ten chciałby. Inaczej kontrakt byłby przedłużony pół rok temu.

Wystarcza kalkulator i znane powszechnie okoliczności do tego, aby założyć, że koszt nowej umowy najlepszego zawodnika w historii Barçy będzie ogromny. Pensja Messiego już dziś jest astronomiczna. Wynosi ok. 44 miliony euro rocznie brutto (przy podatku dochodowym w Hiszpanii wynoszącym 52,5%) według źródeł hiszpańskich [LINK] oraz magazynu Forbes [LINK], bez bonusów za trofea i kontraktów reklamowych. Podaję stawkę brutto, bo tyle wypływa z kasy klubu. Argentyński magik znajduje się obecnie w złotym wieku futbolisty. Można zrozumieć niedawne wątpliwości renomowanych ekspertów kwestionujących 46-milionową (21,6 mln € netto) stawkę dla 32-letniego za miesiąc Cristiano Ronaldo. Messi jest wart dla Barcelony tyle samo lub więcej (np. jako wychowanek) w kategoriach sportowych, a jest młodszy o dwa i pół roku. Wręczenie mu zbliżonych lub wyższych zarobków będzie ekonomicznie uzasadnione.

Obecne zarobki Portugalczyka tworzą oczywisty benchmark, wzorzec dla negocjatorów Messiego. Jeżeli Argentyńczyk jest dla Barcelony najlepszym piłkarzem świata – co słusznie podkreślano i robi się nieustannie, w ostatnich miesiącach coraz częściej i każdymi ustami, od prezydenta po trenera – to od gracza „Królewskich” powinien zarabiać więcej. W tym sensie Real Madryt i Florentino Pérez wpływają na koszt Messiego dla „Dumy Katalonii” w sposób widoczny wszystkim jak sklepowa witryna. Trochę jak na giełdzie – z tą różnicą, że wachlarz spekulacji Barcelony ogranicza się do jednej możliwości: przebić.

Jest jeszcze inna strona tego medalu. Komentowana rzadziej, ponieważ… no, cóż, brzmi bardziej sensacyjnie. Obecność tego wątku w wiarygodnych źródłach hiszpańskich i u renomowanych autorów anglojęzycznych czyni z niej w moim odczuciu coś więcej niż szalone political-fiction.

Prezes Realu Madryt chciał sprowadzić genialnego Argentyńczyka lata temu. „Galaktyczna” natura nakazuje Pérezowi próbować sprowadzić na Santiago Bernabéu każdego wyróżniającego się piłkarza. Sukces totalny sprowadzenia Luisa Figo potwierdził potęgę medialną takiego transferu. W obecnych okolicznościach rozbudza nadzieje o wyrwaniu odwiecznemu rywalowi z Katalonii kolejnej wielkiej gwiazdy.

Otoczenie Péreza interesowało się Leo już za czasów juniorskich. Sam Florentino zakochał się w Messim później. Był marzec 2007 roku. Oglądałem „Klasyk” w fińskiej pizzerii na Erasmusie, a Leo władował hat-trick Realowi w szalonym meczu. Golami i grą zrobił furorę. Pérez był wówczas poza klubem. Miesiąc wcześniej odszedł w niesławie, po trzech latach ligowej suszy. Wojna domowa w Realu i trzy wymiany na fotelu prezesa w pięć miesięcy 2006 roku przyniosły rządy Ramóna Calderóna. Pérez był z boku, ale szybko zaczął opracowywać strategię powrotu. Jej głównym żaglem miał być Messi, jak wcześniej Figo.

Nauczona poprzednim doświadczeniem Barcelona przypilnowała sytuacji. Nie było możliwości, aby Messi trafił do Madrytu. Jednak słabość do Leo nigdy nie przeszła Pérezowi – naturalnie, nigdy nie przeszkadzało mu to chwalić pod niebiosa kolejnego Portugalczyka, wokół którego stworzył nową drużynę. Florentino Pérez jest przecież profesjonalistą.

Oficjalna oferta transferowa Realu Madryt do Barcelony na nazwisko Messi nie wpłynęła i prawdopodobnie nigdy nie wpłynie. W prywatnych rozmowach z zaufanymi dziennikarzami przedstawiciele władz katalońskiego klubu przyznawali, że Madryt systematycznie sonduje otoczenie wychowanka Blaugrany – składające się z ojca i brata Rodrigo. Padają konkretne sumy. Do tej pory odpowiedź była jedna i ta sama. Najskuteczniejsi w swych branżach biznesmeni nie znają takiej odpowiedzi, jak „nie”. Lekceważenie Florentino Péreza byłoby naiwnością. To Messi, stawka jest za wysoka. Gdy tą samą drogą sprowadzał Luisa Figo – ten nie uwierzył, że to poważna oferta. Wziął ją za element kampanii, ekscytującą wyłącznie media typową „kiełbasę wyborczą” (jak Beckham dla Rosella) i zbył prezesa Realu kilkakrotnie. Odmowa to okazja do korekty lub podbicia oferty. Kiedy mający w mieście większą władzę od burmistrz Carmeny (co tylko trochę wiąże się z faktem, że ta ostatnia identyfikuje się publicznie jako agnostyczka) wódz królewskiego klubu dojrzy okazję zaszkodzić odwiecznemu rywalowi, zrobi wszystko, aby ugrać na niej jak najwięcej.

Póki Barça nie podpisze ze swą sportową i marketingową lokomotywą nowej umowy, trafienie Messiego do Madrytu to tylko teoria. I wystarczające pole do popisu dla prezesa Realu Madryt, aby wkroczyć do gry i namieszać, ile się da. Tak jak regularnie robi z Neymarem. Sprawy sądowe inicjowane przez madryckie sądy można ująć powiedzeniem „jeśli nie wiesz, kto pociąga za sznurki, sprawdź, kto najlepiej na tym korzysta”. Póki co, nie ma na to śladów. Co innego, gdy chodzi o kontakty madryckiego klubu z otoczeniem Brazylijczyka.

Warto przypomnieć, że napastnik Barçy był w 2005 roku na 19-dniowych testach w Realu [LINK]. „To jak sen”, mówił wtedy ESPN Brazil, „Oglądałem mecz z Deportivo [4:0] z loży VIP, razem z prezydentem Pérezem”. Zainteresowanie madryckiego klubu [LINK 1] [LINK 2] piłkarz kilkakrotnie kwitował słynnymi słowami „Yo soy del Barca” (pl. „Należę do Barçy”). Po raz ostatni 23 maja podczas fiesty na Camp Nou z okazji zdobycia dubletu na koniec sezonu 15/16. Różnie można oceniać doniesienia medialne, ale skoro sytuacja prowokuje piłkarza do takich deklaracji, coś musiało być na rzeczy. „Królewscy” dopytywali też o Suáreza. Urugwajczyk miał zdecydowanie uciąć dalsze kontakty.

Pérez ponownie sondował sytuację Neymara w Katalonii latem zeszłego roku, przed ogłoszeniem decyzji o zakazie transferowym, a po podpisaniu nowej 5-letniej umowy wychowanka Santosu, oficjalnie potwierdzonej 1 lipca [LINK]. Przedstawiciele piłkarza w osobach ojca i agenta Wagnera Ribeiro mieli odesłać Real do klauzuli wykupu Brazylijczyka z Camp Nou (200 milionów euro latem 2017, 222 w 2018 i 250 w kolejnych) oraz zobowiązania pokrycia wszystkich kosztów procesowych związanych z transferem brazylijskiego diamentu do Barçy. Propozycja uwzględniała też kary zasądzone Neymarowi w przyszłości – ryzyko inwestycyjne, które nawet Pérez uznał za zbyt duże. Sprowadzono Moratę.

Wątek Messiego powrócił na Bernabéu pod koniec zeszłego roku w wyniku grudniowej decyzji Trybunału Arbitrażowego [LINK] o skróceniu transferowego zakazu Realu. Klub zyskał możliwość zakupów latem 2017, czyli dwanaście miesięcy przed końcem obecnego kontraktu Messiego z Barceloną. Zarządowi Bartomeu kategorycznie zależy na zamknięciu sprawy przed otwarciem letniego okienka – jeśli do tego czasu Messi nie będzie „podpisany”, to dopiero zrobi się gorąco.

Spodziewam się, że obie strony dogadają się do tego czasu. Nie zrzuca to jednak Realu i Péreza ze sceny. Póki brakuje podpisów, sytuacja kontraktowa Messiego stanowi rozkoszną z punktu widzenia madryckiego klubu przestrzeń do spekulacji.

Słowa prezesa Bartomeu [LINK] o tym, że ustalenie szczegółów nowej umowy z Messim zajmie jeszcze kilka miesięcy – to silna zachęta dla rekinów rynku i szukających sensacji mediów. Wszelkie obietnice finansowe docierające do uszu „obozu Messiego” stanowią argument podczas rozmów z Barceloną. Klub z Madrytu może nie mieć szans na sprowadzenie fundamentu Barçy, ale ma idealną okazję do podbijania ceny jego pozostania na Camp Nou.

Gdy tylko cokolwiek pójdzie źle w rozmowach Messiego z Barçą, dojdzie do zgrzytu lub Barça w porę nie zszyje budżetu – Pérez czuwa, podobnie jak Manchester City [LINK]. Angielski klub interesuje się Messim od zatrudnienia Ferrano z Begiristainem i konsultował się w sprawie transferu z Jorge Messim. Jeśli klub z Camp Nou kalkulował, że po „załatwieniu” umów Neymara i Suáreza uda się szybko i oszczędnie zamknąć temat kontraktu Messiego, to musiał zmienić zdanie. Stąd wynikają moim zdaniem wszystkie ostatnie nerwowe wypowiedzi płynące z ust przedstawicieli klubu z Camp Nou. Co przed chwilą wyglądało na prostą, oczywistą operację, przestało nią być. W aktywności Realu i nieustannym zainteresowaniu włodarzy City pojawiła się niewidzialna ręka rynku i miesza.

Sądzę, że sytuacja zmusza władze katalońskiego klubu do przeznaczenia na nowy kontrakt Messiego więcej niż się spodziewano. Przed rokiem klub był blisko płacowego limitu. Zgodnie z obowiązującą w Hiszpanii zasadą koszt brutto pensji dla piłkarzy nie może przekroczyć 70% budżetu. W FC Barcelonie statut dodatkowo zabezpiecza ten zapis. Złamanie go oznacza rozwiązanie Zarządu i nowe wybory. W ciągu ostatnich miesięcy podpisano nowe umowy z Neymarem, Mascherano, Busquetsem i Suárezem. Zaawansowane rozmowy z Iniestą oznaczają, że też dostanie wkrótce podwyżkę. W tym kontekście kontrakt Messiego jest poważnym wyzwaniem. Barça staje przed swoim największym wysiłkiem finansowym. Dla nikogo znającego historię barcelońsko-madryckiej rywalizacji nie będzie zaskoczeniem, jeśli okazałoby się, że klub z Madrytu miałby na niego wpływ.

Rosnących potrzeb finansowych Barcelony mogą nie wytrzymać rekordowe zyski ani umowa z Rakutenem. Nieudolność Blaugrany do sprzedawania z zyskiem jest powszechnie znana. Uważam, że jedynym trwałym rozwiązaniem jest dokapitalizowanie budżetu. Widzę tylko jedno źródło dużego, trwałego zastrzyku gotówki. Przewidywana wysokość nowej umowy Messiego może wcześniej lub później przesądzić o zmianie nazwy Camp Nou.

Źródła: FCBarcelona.com; Forbes; goal.com; ESPN; Mundo Deportivo; zdj. Newsweek

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Jak zwykle dobry artykuł challanger, który zachęca szare komórki do małej gimnastyki. Dzięki bardzo! :)
Jakiś czas temu, będąc w długiej podróży i próbując czymś zająć głowę, zacząłem się zastawiać nad tym, na ile realna jest zmiana klubu przez Messiego. Bo patrząc przez pryzmat czysto ekonomiczny, chyba nigdy nie byliśmy świadkami transferu, którego wartość mogłaby się poważnie zbliżyć do kwoty miliarda euro. Pomijając same koszty transferu czyli klauzuli Messiego, dodając wartości wynagrodzenia przez okres trwania kontraktu i ilości premii i bonusów dla tzw. "otoczenia piłkarza" wcale bym się nie zdziwił jakby powyższa kwota padła. A interesariuszy takiego transferu uważam że byłoby wielu (z wyjątkiem kibiców Barcy rzecz jasna) począwszy od taty, przez pośredników małych i dużych, speców od reklam, PR etc. Są to oczywiście czyste. teoretyczne dywagacje, dlatego nie chcę rozpoczynać dyskusji na tej płaszczyźnie i podzielam zdaniem autora, że kontrakt podpisany zostanie, pytanie tylko jakim odbije sie kosztem.
Bowiem same kwoty jeszcze nic nie mówią, ale jeśli powiemy, że np. zaakceptujemy gigantyczną ofertę za Ardę z Chin (mówiło się o kwotach od 60 do nawet 100 mln), to może się okazać że wystarczy to na sfinansowanie 12-18 m-cy pensji Messiego. Niebywałe to przebicie. Bo kibice już by przeliczali, ile też dobrego można za to kupić, a tymczasem pokryte byłoby wynagrodzenie jednego piłkarza przez okres ciut dłuższy niż rok.
Udział Pereza w negocjacjach już teraz jest spory, bo zaproponowanie takiego a nie innego wynagrodzenia dla Ronaldo to nic innego jak wysłanie sygnału do obozu Barcy, że teraz ich pora na przebicie takiego kontraktu, skoro to my mamy najlepszego piłkarza w swoich szeregach.
Rozumiem, że tekst zmierza głównie do tego, aby usprawiedliwić zapewne nieuchronną decyzję o zmianie nazwy stadionu. Oczywiście oznacza to kolejny koniec pięknej tradycji, romantyzmu etc. ale czy w obecnych czasach jest jeszcze na to miejsce? Wymagania są ogromne wobec drużyny, a jedynymi środkami do sprostania są niestety pieniądze. Przeżyliśmy reklamy na koszulkach, przeżyjemy i to. Zastanawia mnie, o jakich tylko kwotach będzie rozmowa.
Tak naprawdę sytuacja zarządu jest patowa. Mieć Messiego to luksus, ale luksus kosztuje. Tutaj rozmowy toczą się o grube miliony, więc potrzebne są też "grube" decyzje. Nie pomogą drobne akcje oszczędnościowe, z przysłowiowym wykręcaniem żarówek. Nawet hipotetyczna transakcja opisana z Ardą powyżej, to tylko rozwiązanie dorywcze, a nie stałe źródło dochodu. Pytanie, co brzmi bardziej nierealnie. Messi w PSG (lub innym klubie), czy nowa nazwa stadionu i który scenariusz byłyby trudniejszy do przyjęcia jeśli nie można odrzucić obydwu.

@powerade: Zahaczasz o bardzo ciekawy dla mnie wątek. Pisałem niedawno na Twitterze o tym, że plotki o Dele Allim z inicjatywy Adidasa to zapowiedź nowego trendu: robienia dużych transferów klubom przez sponsorów. NIe: inicjowania, podpowiadania, ale: decydowania, przykazu. To, że w tej sprawie zaprzeczyły prawie wszystkie strony - dla mnie silnym dowodem, że coś na rzeczy było/jest. Biorąc pod uwagę, że to normalka w Ameryce Płd. (układy Rosella w brazylijskiej piłce z pozycji dyrektora Nike i jego skuteczność z Neymarem dają ledwie ślad wyobrażenia o skali tematu). Kwestia czasu jak te 'dobre wzorce' z punktu widzenia interesariuszy komercyjnych przenikną do Europy jak wirus.

Czysto teoretycznie: największy talent brytyjskiej piłki (siłą rzeczy najpopularniejszej w dawnych przyczółkach Zjednoczonego Królestwa w Azji, Australii, Afryce i reszcie świata - ogromny rynek na koszulki i merchandising) trafiający do flagowego klubu Adidasa to dla niemieckiej firmy karuzela zysków. Łatwo wyobrazić sobie potransferowe zyski w pajęczynie takiego układu: supergwiazda-producent koszulek-klub. Do tego np. producent koszulek często spotyka się na ośmiorniczki ze sponsorem koszulkowym i sponsorem stadionowym. #jeszczelepiej, jak dwaj ostatni są jednym podmiotem (np. linie Emirates w Arsenalu).

Dlatego jest zupełnie uzasadnione, że żaden z gigantów Nike, Adidas nie ma Messiego i CR7 na wyłączność tylko dla siebie. Portugalia: Nike, Argentyna: Adidas, w klubach idealnie na odwrót - Messi: Nike, Cris: Adidas. Takie rzeczy to nie przypadek. Gdyby któraś z firm miała w przypadku jednego z nich combo klub/kadra - to w siedzibie party typu "Wilk z Wall Street" długooo.

@ "koniec pięknej tradycji, romantyzmu etc. ale czy w obecnych czasach jest jeszcze na to miejsce?" - dla mnie wciąż są obecne w takich rzeczach, jak wygrywana co roku klasyfikacja fair play za najmniej kartek w lidze, wskaźnik wychowanków w podstawowym składzie, liczba Katalończyków i Hiszpanów w zespole, styl gry. No ale to tylko moja opinia, a ja przyjmuję, że klub musi iść na kompromisy z rzeczywistością, aby dalej wygrywać.

Bardzo dzięki za dobre słowo ;) z pozdrowieniami
« Powrót do wszystkich komentarzy