„Krytyka prasy wywiera ogromny wpływ na zawodników”

Eoren

12 lutego 2015, 14:44

Kaiser Football

33 komentarze

Telefon odbiera, mówiąc po włosku. Gdy po drugiej stronie słyszy hiszpański głos, przełącza połączenie na inny aparat i kontynuuje z wyraźnym, bardziej niż charakterystycznym, galisyjskim akcentem. Czterdzieści minut później żegna się, znów przechodząc na język włoski. Taki jest Luis Suárez, jeden z mitycznych zawodników hiszpańskiej piłki, który zgodził się udzielić wywiadu dla magazynu Kaiser Football. Opowiada w nim o swoim życiu, które, jak sam zapewnia, było przepełnione piłkarską pasją.

Deportivo La Coruña

Kaiser Football: Karierę rozpocząłeś w Deportivo, w sezonie 1953/54, u boku takich mitów jak Arsenio Iglesias czy Pahíño. Jakie wspomnienia wiążą się z tamtą drużyną?
Luis Suárez: Bardzo dobre. Wyjątkowo ważnym wydarzeniem była dla mnie możliwość debiutu w Primera División, w barwach klubu z mojej ziemi. To był sen, który towarzyszył mi od dzieciństwa, a potem się spełnił. Coś wspaniałego. Faktycznie, w tej ekipie grali Arsenio Iglesias i Pahíño, ale był tam też Dagoberto Moll, który później trafił do Barcelony. To on był prawdziwym transferem, moje przejście do Barçy zeszło na drugi plan, bo byłem wtedy młodziutki. Moll miał 24 lata i był to kawał wyśmienitego zawodnika, u szczytu formy.

Wcześniej nie byłeś znany?
Nie, w Deportivo rozegrałem 13 czy 14 spotkań. Byłem młodym chłopaczkiem, którego nikt nie znał. Wtedy nie było takich mediów i systemów komunikacji, jakie mamy dziś. Teraz każdego zawodnika możemy śledzić od najwcześniejszych lat.

Pahíño faktycznie był tak osobliwym piłkarzem, jak się dziś opowiada? Niezwykle kulturalnym, uwielbiającym Tołstoja i Dostojewskiego? Jaki był w szatni?
To fakt, Pahíño czytał wszystkie wielkie dzieła literatury. Uwielbiał je. Ale w szatni był oczywiście jednym z nas. Traktował mnie wyjątkowo dobrze. Wszyscy to robili, ale Pahíño w szczególny sposób. Myślę, że to dlatego, że byłem wtedy ledwie chłopcem, a on udzielał mi wielu rad i służył pomocą.

FC Barcelona

Do Barcelony sprowadził cię Ferdinand Daučik, jednak zadebiutowałeś w tej drużynie pod wodzą włoskiego szkoleniowca Sandro Puppo, jednego z prekursorów gry strefowej. Jaki wpływ wywarł Puppo na twoją grę?
Puppo zaszczepił w Barcelonie włoską szkołę trenerską. To dzięki niemu zacząłem grać na pozycji, którą Włosi nazywają regista – organizatora gry w środku pola. Pod jego wodzą grałem bardzo blisko obrony i rzadko podłączałem się do akcji ofensywnych.

Lubiłeś grę na tej pozycji?
Tak, bardzo. Dzięki temu wiele się nauczyłem. Wcześniej grałem bardziej na swój własny sposób, wyżej, wychodząc do przodu... Grając jako regista, musiałem nauczyć się lepszego pozycjonowania na boisku, czujności, decyzyjności itd. To dało mi bardzo wiele, szczególnie w kontekście mojej późniejszej gry we Włoszech.

W Barcelonie twoje drogi przecięły się z legendą, jaką był Laszló Kubala. Jak ważną postacią był on w szatni?
Kubala był zawodnikiem największego formatu, który wyznaczył swoją własną epokę w Barçy, tak samo jak Di Stéfano w Madrycie. Kubala był niekwestionowanym idolem w Barcelonie, od momentu jego przyjścia zdobyliśmy mnóstwo tytułów. Laszló bardzo mi pomógł w pracy nad technicznymi aspektami gry. Dzięki niemu poznaliśmy w Hiszpanii pewne kwestie, o których wcześniej nie wiedzieliśmy. Ja sam wiele nauczyłem się od niego. Gdy jesteś tak młody, uczysz się właśnie od takich zawodników, tych którzy znajdują się na wyższym poziomie niż reszta, bo potrafią robić wszystko w zupełnie odmienny sposób.

Powiedziałbyś, że był jednym z najlepszych piłkarzy, z jakimi grałeś?
Tak, bez wątpienia. Dla mnie najlepszym ze wszystkich, zawsze to powtarzam, był Alfredo Di Stéfano. Jednak Kubala był prawdziwym jugadorazo, który potrafił dokonać rzeczy niemożliwych dla kogokolwiek innego. Był wielkim piłkarzem.

Przybycie do Barcelony Helenio Herrery było powiewem świeżego powietrza i szansą na odzyskanie hegemonii pod względem zdobywanych tytułów. Czy znakiem firmowym tamtej Barçy był atak?
To była drużyna, która grała bardzo dobrze; nasz futbol był głęboki i ofensywny. Zdobywaliśmy wiele bramek, mieliśmy piłkarzy o wspaniałych umiejętnościach i to sprawiało, że do siatki trafialiśmy wszyscy. Pewnego roku, gdy wygraliśmy wyścig o mistrzostwo ligowe z Realem Madryt, udało nam się to właśnie dzięki goal average. Strzeliliśmy ponad 100 bramek w 30 spotkaniach!

Jaka była twoja rola w Barcelonie Herrery?
Grałem na pozycji registy, na której umieścił mnie Puppo. Różnica była taka, że częściej atakowałem. Mimo że grałem w środku pola, miałem dobre wejście do ofensywy i strzelałem po 16-18 bramek. Bardzo dużo jak na pomocnika. Pod wodzą Herrery byłem dyrygentem gry, który dysponował dużą mobilnością. Byłem znacznie mniej statyczny niż u Puppo.

Do którego z dzisiejszych piłkarzy mógłbyś się porównać? Xaviego Hernándeza?
Nie ma dwóch takich samych piłkarzy. Jednak niektóre aspekty gry Pirlo przypominają to, co ja robiłem na boisku. Zwłaszcza jeśli chodzi o wizję gry, o rozprowadzenie piłki na dalsze strefy boiska itd. To zawodnik o niebywałej technice i wizji gry. Myślę, że to on właśnie dysponuje charakterystyką przypominającą moją, ale cały czas musimy pamiętać, że nie ma identycznych piłkarzy.

Inter Mediolan

Co cię najbardziej zaskoczyło, gdy trafiłeś do Włoch?
To nie była trudna przeprowadzka. Helenio Herrera przeszedł tam rok wcześniej i wiele mi ułatwił. Na dodatek my, Hiszpanie, jesteśmy dość podobni do Włochów pod względem charakteru i sposobu bycia. Jedyną kwestią było to, że futbol z lat 60. w Italii był bardziej taktyczny niż w Hiszpanii. W domu większą uwagę przywiązywało się do zdobywania bramek, do zwycięstwa... We Włoszech na pierwszym miejscu była taktyka, powstrzymanie rywala. To była główna różnica. Jeśli chodzi o miasto, nie spotkałem się z jakąś szczególną odmiennością. Barcelona i Mediolan są podobne, bardzo międzynarodowe. Przystosowałem się natychmiast. Naprawdę, odczułem tę zmianę w bardzo małym stopniu.

Zaskoczyło cię, gdy odkryłeś, że pod wodzą Helenio Herrery będziecie teraz grać bardziej defensywnie niż w Barcelonie?
Tylko trochę bardziej. Kiedy Helenio przyjechał do Włoch, jego Inter zaczął grać tak samo jak jego Barça. Jednak podczas tego roku przed moim transferem zorientował się, że tamtejsze drużyny są w stanie go zaskoczyć, i nieco dostosował się do włoskich realiów. Jednocześnie Herrera nigdy nie wyrzekł się swojego stylu, zawsze graliśmy, mając w składzie sporą liczbę ofensywnych zawodników. Minimum trzech, nie wspominając o dwóch pomocnikach, grających tak jak ja i Corso – dość ofensywnie.

I Fachetti...
O tak, Fachetti także. Był pierwszym obrońcą, który zaczął atakować flanką. Tak często podłączał się do ataków, że de facto z bocznego defensora stawał się skrzydłowym.

Jak wyglądały starcia pomiędzy Helenio Herrerą a Nereo Rocco?
Przy tych spotkaniach dość często wdawali się w ostre utarczki słowne. Ostre, ale bez wzajemnego obrażania. Po prostu każdy bronił swojej racji, jeden coś powiedział, drugi odpowiadał na swój sposób... To były dwie osobowości o niezwykle mocnym charakterze, dwóch wielkich trenerów i obaj wyznaczyli swoją epokę, każdy w swoim własnym stylu.

Relacji pomiędzy tymi dwoma geniuszami przyglądał się dokładnie dziennikarz Gianni Brera. Kontaktował się także z tobą?
Tak, tak, znałem go. Rozmawialiśmy więcej już po tym, jak zakończyłem karierę. Kiedy grasz, masz mniej czasu, jedna osoba musi udać się w podróż tu, druga tam... ale i tak utrzymywaliśmy dobry kontakt. Był niezwykłą osobowością, wspaniałym dziennikarzem, bardzo inteligentnym. Uwielbiał futbol i bardzo dobrze go rozumiał.

Brera wymyślił wiele koncepcji, na przykład catenaccio.
Tak, to on był też autorem przydomków niektórych zawodników. Miał do tego dryg, potrafił dobierać pseudonimy bardzo dobrze określające zawodnika. Wielka osobowość.

A dla ciebie nie wymyślił żadnego przydomka?
Nie, dla mnie nie! [śmiech]

Co wyróżniało pracę Herrery na tle innych szkoleniowców? Metodologia prowadzenia treningów? Dieta opracowana dla zawodników?
Bardzo dbał o naszą dietę. Nie chciał, żebyśmy jedli zbyt dużo, bardzo racjonalizował ilość wina, które piliśmy... Jednak tym, co w tamtych latach najbardziej go wyróżniało, był sposób prowadzenia treningu. Sesje treningowe pod jego ręką były znacznie intensywniejsze niż w przypadku innych szkoleniowców. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach w ogóle mniej się trenowało. Miał też inną bardzo ważną cechę: zawsze kazał nam trenować z piłką. Dzięki temu zawodnik bardziej cieszy się treningiem, ponieważ z piłką przy nodze nie ćwiczy się tak ciężko, jak bez niej. Lubił też, by wszystko było robione na dużej szybkości, żebyśmy mogli w ten sposób szlifować naszą technikę. Przywiązywał niezwykle dużą wagę do szczegółów. Kiedy graliśmy z nieznaną nam drużyną, z zagranicy, uruchamiał wszystkie swoje kontakty: przyjaciół i kolegów, by dowiedzieć się, jak gra ta ekipa, jakich ma zawodników. Nie mieliśmy wtedy materiałów wideo. Pod tym względem był prawdziwym tytanem pracy, żył dla futbolu i dla zwycięstwa. Dla zwycięstwa wywalczonego po intensywnej grze. Chciał, żebyśmy podążali jego ścieżką.

Gonzalo Suárez był jednym z tych przyjaciół, którzy przekazywali informacje o przeciwnikach?
Tak, był krewnym Herrery i jestem pewien, że pomagał mu w formie osobistej przysługi. Ale nie były to zbyt częste przypadki, bo Gonzalo miał inną pracę.

Czy spośród dzisiejszych trenerów José Mourinho najbardziej przypomina Herrerę?
Nie znam Mourinho zbyt dobrze. Praktycznie nie widziałem go na placu gry, pracującego z piłkarzami na treningu itd. Pod pewnymi względami faktycznie są podobni, łączą ich niektóre szczegóły, ale nie sądzę, żeby byli tacy sami.

Istnieje pewna anegdota. Podobno podczas jednego z presezonów Hitchens, Corso i ty ociągaliście się, biegnąc przez boisko. Herrera postanowił na was nie czekać i autokar odjechał bez was. To prawda?
Tak, robił takie rzeczy. Czasami zabierał nas na trening w sobotę, kiedy byliśmy trochę nieswoi. Pamiętam, że tamtego dnia byliśmy odrobinę spóźnieni, bo myśleliśmy, że na nas zaczekają... i oczywiście autokar odjechał. Musieliśmy wracać autostopem! [śmiech] Na szczęście nie była to duża odległość, nie trenowaliśmy daleko od hotelu.

Nad tamtą drużyną chyba już zawsze będzie wisieć cień dopingu. W szczególności w związku z kontrowersyjnymi deklaracjami Ferruccio Mazzoli [Ferruccio, młodszy brat piłkarza Interu Sandro Mazzoli, zdradził, że zawodnicy tego klubu regularnie przyjmowali środki dopingujące* – przyp. red]. Jak członkowie tamtej drużyny radzili sobie z tymi oskarżeniami?
Pierwszym, co muszę powiedzieć, jest to, że brat Sandro nigdy nie był wewnątrz naszej drużyny. Pojawiał się w Interze, ale nigdy w szatni, nie jeździł na zgrupowania – nic takiego. Wiem, że w tamtych latach miał spore problemy finansowe i, jak to bywało w przypadku innych piłkarzy, którzy borykali się z podobnymi trudnościami, wyskoczył z taką rewelacją, by wyciągnąć trochę pieniędzy... Gdybyśmy brali doping, tak jak mówił, to gdzie bylibyśmy teraz? Nie udałoby się nam grać tak długo, jak graliśmy. Ja zakończyłem karierę dopiero w wieku 38 lat. To irracjonalne. Dla Ferruccio, który był tylko chłopcem lubiącym sobie wypić, nadeszły ciężkie czasy i... nie znalazł lepszego sposobu, by zdobyć pieniądze.

Podczas twojej kariery dużo mówiło się o tej sprawie?
Nie, nigdy. Było wręcz przeciwnie. W jednym roku przegraliśmy mistrzostwo na rzecz Bolognii. Poddano ich wtedy testom antydopingowym, zresztą nas także, ale niektórzy z ich zawodników przekroczyli dozwolone normy... Odebrano im wtedy punkty, potem znowu je przywrócono, badania zaginęły. Jednak w naszym przypadku wszystkie badania, które wykonano – a było ich wiele, robionych losowo, nigdy nie wiedzieliśmy, na kogo trafią – wyszły dobrze. Nigdy nic nie wykryto. Gdyby było tak, jak mówił Ferruccio Mazzola, przyłapaliby nas.

Alferdo Di Stéfano swój ostatni mecz w barwach Realu Madryt rozegrał właśnie przeciwko waszemu Interowi, w finale Pucharu Europy w 1964 roku. Pamiętasz tamto spotkanie?
Jak mógłbym nie pamiętać? Wygraliśmy 3:1. To był nasz pierwszy Puchar Europy i to zdobyty po zwycięstwie nad wielką drużyną, która miała na koncie pięć tych trofeów. To ten sukces wywindował nas na piłkarskie szczyty, pamiętam to idealnie. Carlo Tagnin był odpowiedzialny za indywidualne krycie Di Stéfano. Pamiętam, że podczas meczu Di Stéfano zapytał mnie, jak daleko poślemy za nim Tagnina. Czy jeśli pójdzie do łazienki, to on będzie mu towarzyszyć, żeby się z nim wysikać? [śmiech]

Dlaczego po finałowej porażce z Celtikiem w 1967 roku drużyna uległa rozbiciu? Jak wspominasz tamten dzień?
Pamiętam go, choć sam wtedy nie grałem. To był moment, w którym występował w kółko ten sam skład. Kadra była bardzo krótka, zabrakło mnie i Jaira. Przegraliśmy puchar, który byłby dla nas trzecim. Bolesne.

Czy to był efekt psychicznego zmęczenia drużyny?
Nie. Rozgrywki ligowe we Włoszech są trudne i skomplikowane, do tego dochodzi Coppa i europejskie puchary. Mówiłem ci już, w kółko grali ci sami piłkarze. Wyobraź sobie: gdybyś teraz przyjechał ze mną do Włoch i poszlibyśmy na spacer, spotkalibyśmy ludzi, którzy potrafią wyrecytować tamten skład z pamięci. I to nie tylko kibiców Interu, także innych klubów. W tamtych latach wygrywaliśmy wszystko, ale grał ciągle ten sam skład. Potem nadszedł finał i okazało się, że drużyna jest już zbyt zmęczona.

Jedną z charakterystycznych cech taktyki było to, że Armando Picchi grał jako libero.
Tak. W tamtych czasach stosowało się krycie indywidualne. Dlatego zawsze mieliśmy z tyłu jednego dodatkowego człowieka, który w przypadku jakichkolwiek problemów mógł służyć pomocą. To było źródłem niezrozumienia wielu ludzi, którzy zaczęli mówić, że gramy defensywnie. Bynajmniej tak nie było. W większości spotkań, które rozgrywaliśmy, zarówno ligowych, jak też w Pucharze Europy, to nasi rywale byli nastawieni defensywnie. Gdybyśmy my też się zamurowali, skończyłoby się na tym, że stalibyśmy po dwóch stronach, patrząc na siebie nawzajem. Większość naszej drużyny, aż siedmiu zawodników, było piłkarzami o charakterystyce ofensywnej, nie przeciwnie.

Jedną ze słynnych rywalizacji tamtych czasów była konkurencja pomiędzy Mazzolą a Riverą. Który był lepszy?
To byli zupełnie odmienni zawodnicy. Dwóch wielkich piłkarzy. Sandro Mazzola był graczem o wyjątkowym temperamencie, charakterze, możliwościach szybkościowych i technicznych. Strzelał bardzo dużo bramek, jak na tamte czasy, kiedy napastnicy byli kryci indywidualnie. Gdyby miał tyle swobody w przyjmowaniu piłki, ile niektórzy gracze mają teraz, byłby jeszcze lepszy. Gianni Rivera był zawodnikiem o wyśmienitej technice, obdarzonym wizją gry i cudownym ostatnim podaniem. To było dwóch wspaniałych piłkarzy, dookoła których tutaj, we Włoszech, wytworzono atmosferę walki. Jednak byli zupełnie odmienni w sposobie gry.

Twoją piłkarską ścieżkę wyznaczyły dwie drużyny. Czy odczuwasz przynależność do obu tych klubów, które stworzyły swoje własne szkoły gry w piłkę?
Zdecydowanie tak. Zarówno Fútbol Club Barcelona, jak i Inter wyznaczyły swoje własne style. Nie tylko one zresztą, udało się to także innym drużynom, jednak tym dwóm w szczególności. Nie podlega dyskusji, że tamte ekipy były elitą piłkarskiego świata.

Sampdoria Genua

W drużynie Sampdorii twoje ścieżki przecięły się z drogami Marcello Lippiego. Czy dostrzegałeś wtedy u niego zadatki na trenera?
Nie, bynajmniej. [śmiech] Był bardzo nieśmiałym chłopcem. Oczywiście miał wtedy 19 czy 20 lat, jednak mimo to nie sprawiał wrażenia, że dysponuje charakterem potrzebnym w pracy szkoleniowca. Wyglądał mi na chłopca, który mógłby się raczej zająć trenowaniem w canterze. W tej kwestii jak najbardziej widać było zadatki, ponieważ uwielbiał futbol, to była jego pasja, zawsze pytał o wszystko, by rozwiać swoje wątpliwości... jednak nie wyobrażałem go sobie w roli trenera drużyn z elity. Dlatego właśnie powiedziałem mu później: „Matko Boska, jak ty się zmieniłeś!”. Jako trener dokonał fantastycznych rzeczy.

Jaki wpływ wywarł na ciebie Heriberto Herrera podczas twojego etapu w Sampdorii?
Przyszedłem do klubu rok wcześniej niż on, kiedy trenerem był Bernardini. W 1970 roku Inter sprowadził zawodnika Sampdorii Mario Frustalupiego. Klub uznał, że powinien w związku z tym dokonać wymiany i zaproponował mnie ekipie z Genui. Wtedy nie było tak, jak dzisiaj. Piłkarze nie decydowali, dokąd pójdą...

Mundial

Jak wspominasz mundial w Chile w 1962 roku?
Mistrzostwa świata w Chile stały pod znakiem dwóch wydarzeń. Pierwszym była kontuzja, której Alfredo Di Stéfano doznał podczas treningu i wskutek której nie mógł grać w początkowych spotkaniach. Miał wrócić dopiero na kolejne mecze, na które oczywiście musieliśmy się zakwalifikować. W tamtych czasach nie przeprowadzało się jeszcze zmian. W meczu z Czechosłowacją, na samym początku spotkania, Reija doznał kontuzji. Graliśmy w dziesiątkę przez niemal cały mecz i przegraliśmy 0:1, bo mierzyliśmy się z bardzo dobrą ekipą. Potem wygraliśmy 1:0 z Meksykiem i w decydującym spotkaniu mieliśmy się zmierzyć z Brazylią. Ten, kto wygra, awansuje z grupy. Wyszliśmy na prowadzenie 1:0. Później centra w pole karne minęła któregoś z Brazylijczyków, przed szesnastką dopadł do niej Adelarlo i wykończył akcję cudowną przewrotką. Nikt nie wiedział, dlaczego arbiter anulował tę bramkę. Ostatecznie Brazylia odrobiła wynik i wyeliminowała nas. Te wydarzenia to synteza tego, czym był dla nas ten mundial. Brazylia i Czechosłowacja dotarły do finału.

W meczu z Brazylią kontuzji doznał także García, jednak nie zszedł z boiska i musiał kryć Garrinchę, grając z urazem.
Nie sądzę żeby to wywarło znaczący wpływ na wynik. Tamte mistrzostwa Garrincha wygrał na własną rękę. Normalnie strzelał mniej bramek, dyżurnym strzelcem był Pelé, który doznał kontuzji. Analogicznie do naszego Di Stéfano. Sądzę, że uraz Garcíi nie był zbyt poważny. Nie był w stanie powstrzymać Garrinchy, ponieważ nikt na tym mundialu nie mógł tego dokonać. Wszystko mu się udawało.

Kariera trenerska

Po latach zostałeś wspaniałym selekcjonerem w niższych kategoriach wiekowych reprezentacji Hiszpanii. Odpowiadałeś za piłkarskie uformowanie tamtego pokolenia. Jakie znaczenie miał ten proces w dekadzie lat 80.?
Uwielbiałem tę pracę. Sądzę, że wykonywałem ją dobrze, bo w tamtych czasach dwukrotnie dotarliśmy do finału – jeden wygraliśmy, w drugim ponieśliśmy porażkę. Moim zadaniem było formowanie zawodników oraz wyławianie tych, którzy mieli potem decydować o losach seniorskiej reprezentacji. Spośród piłkarzy tych dwóch drużyn U-21, tych, z którymi dotarliśmy do dwóch finałów, wielu zadebiutowało u Miguela Muñoza. Kiedy ja sam zostałem trenerem reprezentacji, nadal tak było. Znałem praktycznie wszystkich i kontynuowałem pracę.

Trudno było sobie poradzić z hiszpańską prasą podczas mundialu w 1990 roku we Włoszech?
Podczas mistrzostw świata we Włoszech wytworzyła się bardzo zła atmosfera. Wszyscy wiedzieliśmy, że działo się to ze względu na działania José Marii Garcíi, który organizował na nas nagonkę. Jego krytyka była bez ładu i składu, bez żadnych podstaw. Wymyślał wydarzenia, bójki i konflikty, kłótnie między zawodnikami... Wymyślał wszystko. W takiej sytuacji jeśli nie wygrywasz, rzucają się na ciebie. Mnie też dotknęło to odrobinę, ale to nic, nic się nie stało. Takie już są prawa życia...

Krytyka prasy wywiera duży wpływ na zawodników?
Duży, ogromny. Oczywiście, jeśli krytykują cię, bo grasz źle, wtedy to nic złego. W porządku. Ale jeśli nic nie zrobiłeś, a mówi się, że jest inaczej, zwłaszcza jeśli mówi się o jakichś walkach... To bardzo złe. W ostateczności to była moja wina, bo chodziło o mnie, a krytyka uderzyła też w piłkarzy. Bardzo mnie to martwiło, bo nie zapewniłem drużynie koniecznego spokoju.

Hiszpańska Złota Piłka

Czy jakiś Hiszpan sięgnie jeszcze po to, co udało się osiągnąć tobie? Złotą Piłkę?
Jeśli mam być w tej kwestii uczciwy, to sądzę, że skoro w roku zdobycia Pucharu Świata nie wygrał jej Xavi ani Iniesta... Uważam, że w tamtym roku powinien ją dostać któryś z Hiszpanów, ponieważ dokonali wielkich rzeczy, zarówno w lidze, jak i podczas mistrzostw świata. W tamtym roku byli lepsi niż Messi. Nie zapominajmy, że to nagroda dla najlepszego piłkarza danego roku i w tamtym, konkretnym momencie, oni zrealizowali wszystko bardziej kompletnie. Prawdopodobnie Złotą Piłkę powinien dostać Iniesta, autor zwycięskiego gola w finale. Za każdym razem to coraz trudniejsze dla Hiszpanów, ponieważ skoro nikt z reprezentacji nie otrzymuje tej nagrody, gdy wygrywają mundial albo mistrzostwa Europy... To trochę jak przypadek Raúla swego czasu. Grał wspaniale, ale trafił na Owena, który rozegrał bardzo dobry sezon. Jednak tak naprawdę najważniejsze jest to, by utrzymywać się w elicie, pośród najlepszych piłkarzy na świecie. To liczy się naprawdę.

Istnieje pewna mityczna fotografia. Znoszą cię na noszach, a ty palisz papierosa.
Niemożliwe! Przecież ja nie paliłem. Potem, kiedy już trenowałem – tak, ale nie gdy grałem. Nie pamiętam tego. [śmiech]

Jak Luis Suárez podsumowałby swój związek z piłką nożną?
Futbol to dla mnie coś cudownego, dał mi wszystko. To było coś, o czym śniłem od dziecka. Gdy dorosłem, spełniłem wszystkie swoje marzenia, prócz jednego – zdobycia Pucharu Świata. Mimo to futbol jest dla mnie cudem.

*Ferruccio Mazzola, brat Sandro, w 2005 roku rozpoczął polemikę na temat dopingu. Zapewniał, że Helenio Herrera podawał amfetaminę i inne środki stymulujące niektórym zawodnikom z utytułowanego składu Interu z lat 60. Ferruccio na poparcie prawdziwości swoich oskarżeń podawał przykłady piłkarzy z tamtej drużyny, którzy zmarli przedwcześnie. Według wersji Ferruccio, Herrera miał testować, jakiej ilości środków dopingujących powinien użyć wobec najważniejszych zawodników, podając je wcześniej rezerwowym, którzy pełnili rolę jego królików doświadczalnych. Oskarżenia Ferruccio Mazzoli na zawsze pozostawiły cień podejrzenia.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

To Luiz Suarez grał w Interze ?? Ugryzł kogoś we Włoszech ?? :)

Znakomita robota Eoren,czapki z głów ;)

Oby więcej takich tekstów !

bedzie mu sie dobrze wiodlo, bo bylem swiecie przekonany, ze on niedawno umarl :)
konto usunięte

Fajny wywiad, ale Panie Suarez, Barcelona i Mediolan są takie same? byłem tu i tu, tosz to niebo a ziemia.

Ciekawe że w temacie mediów na przestrzeni lat niewiele uległo zmianie. No może z tą różnicą że dziś są "bliżej" osób publicznych. Dosłownie. Zwłaszcza notka na końcu wywiadu dała mi do myślenia. Przypomniałem sobie wypowiedź Marko Pantaniego. Na pytanie dziennikarzy o stosowanie dopingu odpowiedział "Wymagacie bym był najlepszy więc nie pytajcie jak to robie".
W pełni zgadzam się z opinią o wpływie mediów na zawodników choć dodałbym że oczekiwania,zwłaszcza te na wyrost,mają taki sam oddźwięk jak krytyka.
konto usunięte

Po prostu kocham takie wywiady :D

Oczywiście świetny artykuł od Eoren. Ciekawi mnie, dlaczego ploty transferowe mają większą oglądalność. Tekst czyta się jednym tchem, czapki z głów!

Co do tekstu, ciekawi mnie czy z tym dopingiem mówił prawdę. No i pozycja libero, jak to działało. Według Suareza dawniej ciężej było strzelać napastnikom, przez indywidualne krycie. To tylko wywiad, ale ile wiedzy ma w sobie ten człowiek, przychodziłbym na jakieś jego warsztaty dotyczące futbolu. Wygląda na to, że wciąż ogarnia co się dzieje współcześnie i porównuje grę. Przybliżył też charakter innych ważnych postaci futbolu.

Bardzo fajny wywiad. Lubię dyskusje o starych karabinach ;)

Zero o geście kozakiewicza którym przywitał się z cules??.

Oby więcej takiego rodzaju artykułów! Wspomnienia takiego zawodnika to bezcenna wiedza dla każdego kibica!

Najlepsza historia z autokarem :) dzisiaj żaden trener by się nie odważył na taki krok w stosunku do jakiejś gwiazdy, bo by się zaraz gwiazdorstwo poobrażało.
Fajnie poznac historię legendy, której nie oglądało się w telewizji.

Cóż za legendy! Gdyby tak Di Stefano grał z Kubalą i Suarezem, bez zadnych konfliktów i kontuzji przez kilka lat to aż strach pomyśleć jakbyśmy wymiatali i ile zdobyli tytułów?

"Wywiad rzeka z legendarnym piłkarzem Barcelony (...) - Luisem Suarezem"
Kara do października, przez niektórych skreślany, a jednak swoimi dobrymi występami w 3 miesiące dorobił się miana legendy. Viva Suarez. Skoro teraz jesteś legendą co będzie za kilka lat!

"Jednak Kubala był prawdziwym jugadorazo, który potrafił dokonać rzeczy niemożliwych dla kogokolwiek innego."
Szkoda że Vermaelen jest jugadorazo tylko wg Bartomeu...