Krucjata ku doskonałości i wyzwoleniu

Paweł "Rozwad" Rozwadowski

24 lutego 2013, 02:54

62 komentarze

Przy okazji oddania w Państwa dłonie artykułu Woń ulatującej magii spotkałem się z kaskadą nieprzychylnych komentarzy, głównie względem przedstawionego przeze mnie problemu Tito Vilanovy. Z uwagi na tematykę poprzedniego tekstu, kwestię trenera z Bellcaire d'Empordà poruszyłem zaledwie powierzchownie, nie rozwodząc się nad jej sednem. Czas płynie nieubłaganie, dlatego ostatni artykuł obrósł już mchem przeszłości, w efekcie nie bezpośrednio odniosę się do grudniowych zarzutów. Wybaczcie. Jednak postaram się dogłębnie przedstawić sytuację Tito Vilanovy widzianą moimi oczyma. Przy tym wplotę w treść wątek Pepa Guardioli, który jest nieodłączny przy jakiejkolwiek dyspucie na temat obecnego Mistera. Równocześnie powrócę do bardziej analitycznego i rzeczowego wyrażania myśli, nie stroniąc oczywiście od wysokiej kultury języka polskiego, który niezmiennie miłuję, jako wielki romantyk i antagonista współczesnego zidiocenia mas oraz wtórnego analfabetyzmu.

Aby zrozumieć presję ciążącą na Tito Vilanovie, najpierw trzeba zrozumieć wielkość Pepa Guardioli. Czas na truizmy i komunały, których świadomy jest każdy culé; Katalończyk podczas czterech lat zdobył czternaście tytułów, pozostając przy tym niezrównanym estetą, awangardzistą, innowatorem, autorytetem i dżentelmenem oraz niezachwianą statuą katalońsko-barcelońskich cnót i wartości. W idealnym świecie Tito Vilanova byłby rozliczany wyłącznie ze swojej pracy, zdobytych tytułów i wyników zespołu, jednak idealny świat nie istnieje. Nieidealny jest zwłaszcza globus świata sportu, który obraca się wokół cieni i bezwzględnych demonów, gdzie nieustannie trzeba coś komuś udowadniać, znieważając przeszłość. Właśnie dlatego nowy trener został natychmiast wydziedziczony z dotychczasowych triumfów w roli asystenta. Od spijania śmietanki sukcesów usta umorusane miał Guardiola, natomiast Tito otrzymał od środowiska carte blanche, na którą spływał mroczny refleks wielkości poprzednika. Tuż po zmianie na tronie barcelońskiego królestwa nieustannie padało pytanie, czy dzielny ordynans Guardioli zdoła kiedykolwiek wyjść z  mroku pozostawionego przez swojego mistrza. Jednak Vilanova pokazał nam przez ten czas, że w żaden sposób nie stara się wyrwać z żelaznego uścisku doskonałości Pepa, nawet nie imał się go poluzować. Mister sam wydziedziczył się ze spuścizny Guardioli i od początku usilnie dąży do pozostawienia na Camp Nou osobnego, swojego dziedzictwa.

Własna osobowość, identyczna filozofia

„Nie sądzę, że wystąpią duże różnice w sposobie, w jaki tutaj robimy pewne rzeczy. Każdy człowiek, każdy trener jest inny, ale oczywiście spodziewamy się podobnych porządków” – powiedział Andrés Iniesta. Z wielu zakątków świata dobiegają nas tezy, że złota era FC Barcelony, to nie triumf działaczy, trenerów, czy piłkarzy, ale całej filozofii i systemu szkolenia, szlifowanych na katalońskiej ziemi od kilkudziesięciu lat. Jest to spore uproszczenie, jednocześnie wspaniały przykład współzależności, gdyż na zwycięstwa i samą tę filozofię złożyło się multum ludzkiej pracy, wysiłku i potu, natomiast ludzie, którzy tego dzieła dokonali są równocześnie płodem tejże filozofii. W takich okolicznościach nie może dziwić, że Tito Vilanova obudował swój zespół na fundamencie wpajanych od lat wartości i zachowań, że zdecydował się na kontynuację projektu, który – nie zapominajmy – sam współtworzył. Jednak ostatnie szlify nadał sam, własnym pędzlem na autorskim płótnie, niekiedy odcinając się od pomysłów Josepa Guardioli. W myśl wspomnianego wyżej „tworzenia własnego dziedzictwa” nie starał się również naśladować przyjaciela na płaszczyźnie dla siebie nieosiągalnej, czyli całego wizerunku. „Tito mnie zaskoczył. Wiedziałem, że ma silną osobowość, ale zawsze liderem był Pep. Teraz on jest liderem. Kiedy był numerem dwa nie mówił tak wiele” – powiedział Xavi Hernández. „Oni mają różne osobowości, ale praca przebiega podobnie” – potwierdził Leo Messi.

Oczy jeszcze mokre i tęskne złamane serca po odejściu Pepa Guardioli od początku utożsamiały nowego trenera, jako tego, który całym sobą zastąpi im ukochanego ulubieńca. Stąd z początku te same wilgotne jeszcze oczęta z dezaprobatą spoglądały na brak perfekcyjnie skrojonego garnituru na ciele Vilanovy podczas meczów, podobnie jak z zawodem obserwowały posępne i pragmatyczne oblicze Tito w prostokącie przeznaczonym dla trenerów, zarazem z nostalgią wspominając charyzmatycznego i energicznego Guardiolę w niezrozumiałym tańcu pełnym gestów, emocji, inspiracji i charyzmy. Oczywiście nowy Mister nie odciął się od całego przekroju zachowań swojego genialnego poprzednika – w sali konferencyjnej pozostawał kulturalnym dżentelmenem, chociaż odczuwalny był brak tej elegancji i charyzmy, nie reagował na zaczepki ze stolicy i nie reagował na spoglądające madryckie oko, podobnie oddawał się ciężkiej pracy, wręcz morderczej; chociaż zauważalny był brak tej pasji i energii. Jednak Tito Vilanova od początku dał sygnał, że nie chce być drugim Guardiolą, dlatego otoczył się własnym wizerunkiem medialnym, bardziej powściągliwym, subordynowanym i pragmatycznym, tworząc własny styl, historię oraz drużynę. Teraz, kiedy rozbudzony umysł przegnał bełkot rozmarzonej pamięci zrodzony podczas snu, akceptujemy to i wspieramy - całym sercem.

Podobieństwa i różnice, jak wyzwolenie Fàbregasa

Podobieństwa są oczywiste, diabeł tkwi w szczegółach. Tito jakżeby inaczej kontynuuje projekt gry w konwencji katalońskiej tiki-taki, opartej na wymianie miliona podań w naturalnym ustawieniu 4-3-3. Statystyki potwierdzają podobieństwo do drużyny z ubiegłego roku – zespół Vilanovy wykonuje średnio 696.8 podań w meczu, nieco mniej, niż w ostatnim sezonie Guardioli (709,1), lecz z minimalnie lepszym procentem ich celności (88,6% do 88,5%), za to drużyna Tito zdobywa średnio więcej bramek (3,3 do 3,1 na mecz), choć oddaje odrobinę mniej strzałów (12,2 do 13,0), równocześnie więcej tych bramek tracąc (1,125 względem kolejno czterech ostatnich lat - 0.76, 0.55, 0.63 i 0.92). Różnicą jest znacznie odciążenie prawej strony boiska, którą podczas ery Guardioli sunęła przeważająca liczba ataków. Obecnie, prawdopodobnie taką możliwość otworzył transfer Jordi Alby, ofensywa FC Barcelony jest bardziej zróżnicowana, nawet z minimalną wyższością lewej strony boiska (34% ataków lewą flanką - 32% prawą). Vilanova również pozostał przy grze Messiego w roli fałszywej dziewiątki oraz nadal stawia na Mascherano w roli środkowego obrońcy. Jednak wszystko to jest statystyczną i żmudną buchalterią oraz trywialnymi przykładami oczywistości.

Wbrew pozorom istnieje wiele aspektów barcelońskiej gry, które Tito Vilanova zmienił naprawdę, gdyż jak nauczyła nas historia – wszystko, co ludzkie ewoluuje. Nie sposób wypunktować wszystkich innowacji, które zapoczątkował Guardiola, jednak wyróżnię te, które pomogą stworzyć kontrast. Pep był miłośnikiem futbolu totalnego, dlatego jego marzeniem była gra w systemie 3-4-3, który przyniósł olśniewający skutek w spotkaniu z Villarreal (5:0), jednak równocześnie zawiódł, dzięki słabej defensywie, na Mestalla z Valencią (2:2), czy podczas porażki z Realem Madryt na Camp Nou. Trener z Santpedor posunął się jeszcze dalej stawiając na graniczący z fikcją umowny system 3-3-4 w spotkaniu z Milanem (3:1), kiedy parę fałszywych napastników tworzyli Messi i Fàbregas. W sprzyjających warunkach malutka iskierka może stać przerodzić w wielki płomień. Podobnie jest z myślą. Właśnie dlatego umysł Tito Vilanovy poszedł w nieco innym kierunku i niemal zrezygnował z systemu 3-4-3 – myśl, oczywista, ponieważ mając dwóch skrzydłowych na bokach defensywy nie można zrezygnować ze środkowego obrońcy. Jednak owym płomieniem jest inspiracja grą reprezentacji Hiszpanii, w której Mister znalazł antidotum na boleści Cesca Fàbregasa.

Wnikliwiej analizowałem grę reprezentacji Hiszpanii pod wodzą Vicente del Bosque podczas europejskiego czempionatu w felietonie pod tytułem (Nie)doskonała Barcelona. Co istotne, jedni zbrukali hiszpańską drużynę za przeistoczenie najpiękniejszej gry świata w taktyczną kreaturę, inni rozpływali się nad postawą La Furia Roja na podstawie ich wyrafinowania oraz gry w systemie 4-6-0. Jest w tym wiele prawdy, jednak ustawienie 4-2-3-1 wydaje się krążyć bliżej prawdy. Don Vicente stworzył idealny zespół turniejowy, perfekcyjny amalgamat katalońskiej finezji i tiki-taki z żelazną dyscypliną taktyczną i solidną defensywą. Kluczem w ustawieniu jest gra dwoma pivotami i stworzenia miejsca dla Cesca Fàbregasa, który pod ręką Guardioli widocznie nie mógł odnaleźć się w systemie Barcelony. Występując w głębi środka pola, obok barcelońskiego metronomu - Xaviego, nie mógł spełnić się w roli mniej ważnego dyrygenta gry, przez co pogrążał się w bezbarwności, natomiast na lewej stronie nie bardzo wiedział, co ma z sobą począć, przypominając cień bezradnie błąkający się po murawie. Funkcjonował tylko ustawiony wyżej, blisko Messiego, jednak przyniosło to skutek efemeryczny, tylko w meczach z niecodziennym systemem gry.

Tito Vilanova nie tylko podjął się zadania wyłuskiwania z przeszłości przyczyny tego wydarzenia, ale również zaczął szkicować proces, który sprawił, że owe przyczyny zaczęły powoli wytwarzać odwrotne skutki. Zainspirowany trener z Bellcaire d'Empordà zastosował nieco zmieniony, hybrydowy, system czerwonej furii, czyli 4-2-3-1, wycofując Xaviego w głąb środka pola, bliżej Sergio Busquetsa, z którym tworzy nietypową parę pivotów. Wielu culés zarzuca szóstce Barçy nikłą liczbę otwierających podań i chroniczną grę wszerz boiska, jednak Xavi gra znacznie bliżej własnej bramki, przez co w tym rzemiośle trudniej mu się realizować, choć, pomijając ten fakt, niezaprzeczalny jest również spadek formy Creusa. Takim pokerowym zagraniem Tito stworzył miejsce dla Fàbregasa nieco wyżej, w środku pola bliżej Messiego, przesuwając jednocześnie Iniestę na lewą stronę boiska. Cesc z mniejszym bagażem zadań defensywnych, będąc nieopodal bramki rywala stał się czołową postacią drużyny, przez długi czas w klasyfikacji kanadyjskiej Primera División ustępując jedynie stratosferycznym Messiemu i Cristiano.

Uczeń przerósł mistrza?

Nowy trener Barçy, w połączeniu z wykrystalizowaniem własnego wizerunku i wprowadzeniem autorskich innowacji, osiąga również zdumiewające wyniki, dotykając firmamentu gwiazd. Tito Vilanova już na początku swojej wielkiej przygody w nowej roli zanotował najlepszy ligowy start w historii katalońskiego klubu, zgromadziwszy dwadzieścia osiem na trzydzieści możliwych punktów w pierwszych dziesięciu kolejkach Primera División. Tito Team ponadto w połowie rozgrywek już niemal zapewnił sobie mistrzostwo kraju, przewodząc ligowej tabeli z dwunastopunktową przewagą nad Atlético i aż szesnastopunktową nad zwaśnionym Realem Madryt. Jakby tego było mało, jeśli piłkarze Barcelony utrzymają obecną intensywność gry i skuteczność, to niezwłocznie pobiją rekordy Królewskich w liczbie zgromadzonych bramek oraz punktów na koniec sezonu Ligi BBVA.

Paradoksalnie sprzymierzeńcem Tito jest jego heroiczna walka z nowotworem. Aby nie przekroczyć pewnej granicy dobrego smaku, napiszę zaledwie lapidarnie, że niezmiennie takie niezwykłe i dramatyczne historie budują sympatię oraz legendę człowieka. Vilanova z miejsca stał się bohaterem środowiska barcelonismo za swoją nieugiętość, optymizm oraz wzorową postawę wobec śmiertelnej choroby. Tłumy culés wznoszą modły pod niebiosa o ekspresowy powrót trenera z Bellcaire d'Empordà do stolicy Katalonii, gdyż okazało się, że drużyna marzeń potrzebuje jednak twardej ręki szkoleniowca i bodźców motywacyjnych. Poniekąd przebywający w Nowym Jorku trener dyryguje zespołem za pomocą zaawansowanej technologii, jednak bolesne rozczarowania przypisuje się nieporadności Jordi Roury. Dygresyjnie, nie szukając winnych, duet Vilanova-Roura pomimo widocznej barcelońskiej potęgi został wyraźnie ograny poza Camp Nou w popularnych finałach, jak nazywa się mecze najwyższej rangi, przez José Mourinho czy Massimo Allegriego. W tych meczach kłuły w oczy bezradność, brak pomysłu na ratunek drużynie i bezmyślne trwanie przy oklepanych schematach, czyli nieelastyczność i nieumiejętność zaskoczenia rywala.

Pomijając dygresję, te wszystkie przytoczone fakty doprowadziły gdzieniegdzie do powątpiewania w warsztat szkoleniowy Josepa Guardioli, jakoby w okresie jego wielkiego panowania, to Tito Vilanova był cichym architektem wielkich sukcesów, genialnym protagonistą występującym w drugoplanowej roli i przysłowiowym Midasem, który zamienił rozsypany zespół - dosłownie - w złoto. Obecnie to trener z Santpedor musi udowodnić światu, że będzie potrafił stworzyć wybitny zespół w Monachium bez swojej prawej ręki. Plugawe języki niegodziwców i niewdzięczników ośmieliły się nawet nazwać Pepa Guardiolę, element dwóch najlepszych zespołów – w roli piłkarza i szkoleniowca - w historii klubu istniejącego od 1899 roku, wyklętym i zdrajcą.

Nie zdrajca, lecz legenda

Zawsze wierzyłem, że oczy są zwierciadłem duszy człowieka, niekończącą się głębią prawd, uczuć i pragnień jego jestestwa. O prawdziwości moich wierzeń mogłem po raz kolejny przekonać się podczas pożegnalnej konferencji prasowej Pepa Guardioli. Na twarzach Xaviego, Fàbregasa czy Piqué wszak wymalowany był szczery smutek, zaś kiedy starali się oni ukryć rozpacz za uśmiechem, ten przeradzał się w gorzki grymas bólu. Kiedy reagowali nieśmiałym śmiechem, widać było żelazne kowadła ściskające ich gardła ze wzruszenia. Na samym wydarzeniu nie pojawił się Messi, który przyznał później, że po prostu nie mógł w tym uczestniczyć, gdyż towarzyszyły temu zbyt duże emocje. Wtedy zakończyła się pewna era, najlepsze cztery lata w historii katalońskiego klubu. Wszyscy zdali sobie z tego sprawę właśnie wtedy, kiedy Pep Guardiola żegnał się z mediami, piłkarzami i kibicami, mówiąc, że jego misja dobiegła końca, że jest zmęczony i wypalony.

Podczas zgrupowania w St. Andrews (Szkocja), pierwszym po objęciu stanowiska szkoleniowca, Katalończyk rozmawiał z piłkarzami-rozbitkami, z wrakiem statku, który niegdyś sławił Barceloną na oceanach świata. „Wyobraźcie sobie jak wielka jest moja motywacja, aby być tutaj, być trenerem tego zespołu. To ogromny honor. Przede wszystkim kocham ten klub. Nigdy bym nie podjął decyzji, która mogła by skrzywdzić ten klub lub zadziałać przeciwko niemu. Wszystko, co mam zamiar robić będzie wynikać z mojej miłości do FC Barcelony. Byłem częścią tego klubu wiele lat i zdaję sobie sprawę z popełnionych błędów, jednak będę was bronił do samej śmierci, jednak jednocześnie oczekuję tego samego od was samych nawzajem” – powiedział. Pep Guardiola przez cztery lata ocierał się o śmierć, lecz wygrał nieśmiertelność. Włożył w ten etap całe swoje życie, całą swoją miłość, całą energię i pasję, aż wreszcie przyszedł kres, kiedy poczuł się skrajnie wyczerpany, zaprzestał swą krucjatę ku doskonałości. Ta miłość, ta pasja, ta praca ostatecznie wyssały z niego całą energię, zagasiły płomień, który w nim płonął, zabrały źródło motywacji, pozbawiły włosów na głowie i ostatecznie zakończyły złotą erę Guardioli.

„To jest Barça, panowie. Bądźmy zjednoczeni, uwierzcie we mnie. Zostańmy rodziną. Jako były gracz, byłem w waszych butach i wiem, co teraz czujecie i przez co przechodzicie. Jedyne, czego od was wymagam to, żebyście w stu procentach dawali siebie. Nie zganię was, jeśli źle podacie piłkę lub jeśli popełnicie błąd, który doprowadzi do straty bramki, tak długo, jak będę widział, że dajecie z siebie sto procent. Mogę wybaczyć każdy błąd, ale nie wybaczę, jeśli nie będziecie oddawać całego swojego serca i całej swojej duszy Barcelonie. Nasz styl będzie podyktowany historią tego klubu i pozostaniemy mu wierni. Kiedy mamy piłkę, to nie możemy jej stracić. Kiedy to się stanie, to należy szybko ją odzyskać z powrotem. To w zasadzie wszystko” – mówił. To obrazuje, jak wyjątkowym człowiekiem jest Pep Guardiola, który przez te cztery lata nieustannie dawał z siebie absolutnie sto procent i to w połączeniu z wielkim autorytetem, niepowtarzalną charyzmą, nienaganną elegancją i genialnym umysłem oraz tą szaleńczą pasją. Guardiola to absolutna legenda, jeden z najważniejszych ludzi w historii klubu, człowiek, który podarował culés bezmiar uśmiechu. On nie musi nic nikomu udowadniać, uszanujmy jego wielkość i decyzję, wpierając go w nowej krucjacie.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Szkoda, żę Guardiola odszedł. Był "o wiele" lepszy od Tito.
« Powrót do wszystkich komentarzy