W ciszy stadionu. Radość wróciła na Camp Nou

Karol Chowański 'Challenger'

28 maja 2012, 07:31

21 komentarzy

Nie wiem, jak mieli inni, jak minął międzyczas od ligowego nokautu i dwumeczu z Chelsjanami wszystkim Culés. Mi minął na przykrym w swej nieodwracalności poczuciu wielkiej straty. Na, mówiąc po ludzku, kibicowskiej złości, niedyskretnie bliskiej wstrętowi względem wszystkiego, co piłkarskie. Nieznaczące nic lub prawie nic mecze do końca ligi ma się w takim stanie w serdecznym poważaniu, finał Ligi Mistrzów bez swoich faworytów ogląda się jak przez mgłę i za karę.

To rodzaj reakcji dobrze znany alkoholikom. Po tygodniu najcięższego melanżu jaki można sobie wyobrazić, po tygodniu zlewającym się w jeden bifor-baunso-after, przychodzi chwila, gdy wstanie z łóżka jest ponad siły takiego delikwenta, a butelka wódki, ten najbliższy przyjaciel – już nie można na nią patrzeć. Mija kolejny tydzień i... cug wraca sam. Futbol to uzależnienie, potrzebujesz go, ale czasem też nienawidzisz i chyba trzeźwo zdać sobie z tego kiedyś sprawę. Coś podobnego mają kochankowie jak w teledysku do "Love the Way You Lie", szukający weny artyści i ci wszyscy zwolennicy wspinaczki, kiteboardingu, snowboardziści, rajdowcy, bikerzy i deskorolkowcy przejściowo wściekli na swoją pasję, która właśnie sprezentowała im 34 złamania. Mija jednak dzień, dwa, tydzień i najchętniej wskoczyliby z powrotem na ten kite, rower czy deskę, oczywiście o kulach i w bandażach!

Właśnie coś takiego mam z piłką. Rozgrywki trwają, potencjał jest, gitara gra fałszując tylko troszkę, aż w końcu sezon się kończy tu na półfinale, tam na drugim miejscu, puchary wznoszą inni, cieszy się Cibeles albo inna Wieża Eiffla. Po takim sezonie, jak obecny w wykonaniu Blaugrany człowiek czuje się trochę jak pies pozostawiony w lesie. OK, inni mają gorzej (przykłady z tego sezonu? Proszę bardzo: Inter, Arsenal, Milan, Wisła Kraków) i ma się tego pełną świadomość, ale co z tego?! Nie pomaga i co to w ogóle ma do rzeczy? Emigruję sobie tedy w inne zajęcia, na szczęście mam ich trochę. A potem przychodzi sierpień, wrzesień. Nowy sezon, nowe nadzieje. Piłka znowu „w grze” i „wszystko się może zdarzyć”. Tak, potrzebuję lata, cholernie potrzebuję tego futbolowego „sezonu ogórkowego”, by po ewentualnych rozczarowaniach maja pod wpływem balsamicznych właściwości czasu minął mi ten przejściowy do piłki wstręt, wróciła pasja. A wtedy ona znów kręci mi bebechami tak, że przez pierwsze tygodnie nowych rozgrywek trudniej się oddycha.

Feniks, popioły i tak co sezon. Znacie to? Czy brzmię raczej jak bym p... po chińsku?

Tej wiosny los nie obszedł się z FC Barceloną delikatnie, to na pewno. Można mówić wiele frazesów o tym, że „wygrywa lepszy” i „liczy się to, co w sieci”, ale jednocześnie faktem pozostaje, że do powrotu do życia w lidze zabrakło trochę koncentracji i dwóch goli, a finału Pucharu Europy: wykorzystanego karnego. Będą jeszcze okazje, by wrócić do tych chwil, ale tymczasem pojawiła się PepTeamowi na horyzoncie sposobność by w pewnym sensie „uratować” sobie, trenerowi i fanom sezon bez Ligi i Ligi Mistrzów. Dlatego tegoroczny Puchar Króla jawił się podarowaną przez los okazją do rehabilitacji jeszcze w maju miast w sierpniu dopiero, listopadzie, lutym czy maju za rok. Doskonałą okazją do przywrócenia uśmiechu – w ten jakże ciężki czas, w obliczu pożegnania z Pepem, przeciągającej się rehabilitacji Villi, drastycznego spadku formy Fabsa, niemocy Pedrito, operacji Abiego – fanom, ale przede wszystkim samym piłkarzom. Żołnierze Guardioli zagrali tak, jakby... sami wiedzieli o tym najlepiej.

Finał finałów

Finały (SH to też finał, tylko rozłożony na 180 minut) w erze Pepa Guardioli były różne. Remontady, dogrywki, goleady, bramki w ostatnich minutach, zachwycające świat triumfy po zaciekłych pojedynkach. Piątkowy okazał się jedynym w swoim rodzaju. FC Barcelona rozegrała wcześniej 14 finałów na przestrzeni 4 lat, ale w żadnym z nich nie prowadziła po 25 minutach już 3:0. Nokaut. Blitzkrieg. Zaserwowany rywalom a la Blaugrana – nie oszczędnie dawkowanymi śmiertelnymi ukąszeniami kontrataków, lecz gry dominacją totalną. Do około 30. minuty na boisku istniała tylko jedna drużyna, hasając sobie po boisku wzdłuż i wszerz jak tylko chciała. Warto przy tym zauważyć, że w przekroju całego meczu, podopieczni Guardioli wcale nie mieli więcej ścisłych okazji podbramkowych niż w najbardziej gorzkich z meczów tego sezonu. Ba, przesadą nie będzie stwierdzenie, że miała ich mniej! Różnica polegała na jednej tylko rzeczy: skuteczności. Wypoczęta Barça to Barça skuteczna, stąd już tylko parę kliknięć do przymiotu: zwycięska.

Po tak błyskawicznym „rozstrzelaniu” Athletiku, resztę meczu można sobie było rozegrać z respektem dla rywala i odpowiedzialnie, ale spokojnie pilnując luksusowego wyniku. Wywołana do tablicy wątpliwościami o jakość swojej gry, efektywność i „cojones” Barça odpowiedziała najlepiej jak mogła. Pięknym zwycięstwem dającym kolejny puchar w gablocie.

Athletic nie postawił najtrudniejszych możliwych warunków, ale na sake Boga – oni nie wygrali nic od 28 lat! Byli gotowi umrzeć na tym boisku i po ostatnim gwizdku wyglądali szczerze przybici faktem, że to nie działa w ten sposób. Rywal okazał się za silny – i to w jakim stylu! Draniem strasznym i sercem kamiennym ten, na kim obraz gry Barçy w piątek nie zrobił żadnego wrażenia... Harmonia konstruowanych akcji, oblepienie nimi defensywy rywali jak uniemożliwiającym jakikolwiek piłkarski sprzeciw kokonem, szybka gra piłką, kreatywność, bieganie, bieganie i pressing – widzieliśmy znów Blaugranę jak z jej najpiękniejszych chwil za kadencji Guardioli! Potęga indywidualności i siła drużyny. Efekt mógł być tylko jeden: dopisanie kolejnej karty tej historii.

Karawana jedzie dalej

Przebieg tego finału pokazuje, że głoszenie wszelkich interpretacji porażek Azulgrany z „trwającego” (tak długo, jak nasza radość po piątku, hejjj!) sezonu, nie może mieć miejsca bez względu na okoliczności tychże. To nie miejsce, by szczegółowo wymieniać te okoliczności, ale nie da się uniknąć wniosku, że to była po prostu inna Barça od tej oglądanej tak często w tym sezonie, zagubionej, nieskutecznej, bezsilnej. Inna niż ta oglądana na Stamford Bridge, z Valencią na jesieni, z Osasuną na wiosnę, w lidze z Realem niecały miesiąc temu czy nawet z tym samym Realem w drugiej połowie rewanżu ćwierćfinału Pucharu Króla. Wygodne pomijanie tego j a k   b a r d z o „inna”, jest wyłącznie wyrazem czyjegoś roszczeniowego podejścia do rzeczywistości, zakłamywania jej wynikającym z atmosfery chwili, subiektywnie idealistycznym turbooptymizmem.

Albo zwykłej ludzkiej głupoty.

Ostatnie wspomnienie sezonu

Radość wróciła na Camp Nou i zostanie tu dłuższą chwilę, bo aż do końcówki sierpnia. Czym niby ją mierzyć? To zależy od branży, w piłce oczywisty wskaźnik samopoczucia to to, co w gablocie; ewentualnie przedłużenie widoków na uszaty kawał srebra pod postacią awansu do następnej rundy, do jakiegoś półfinału czy innej jednej ósmej. Myślę, że w szatni Barcelony nie jest inaczej, a dokładne prześledzenie historii PepTeamu pod tym kątem czyni takie nieśmiałe przeczucie, jak najśmielej graniczącym sobie z pewnością.

Pod tym względem kalendarz był dla Barcelony na koniec sezonu 11/12 o tyle łaskawy, że po niepowodzeniach na obu najważniejszych frontach zostawił chłopakom tę małą okazję do rewanżu. Dzięki temu trafiła się ona jeszcze w „tym” sezonie, a nie: dopiero po wakacjach, po tygodniach czekania na grę o klubową stawkę, treningów, ciężkiej, żmudnej pracy. Największym zyskiem tej drużyny z piątkowej wygranej wcale nie jest kolejny puchar do klubowego muzeum, lecz niemierzalny na dziś kapitał motywacji, mentalnej siły, radości --- na przyszłość. Na start nowej kampanii ligowej, kolejny sezon, kadencję Tito. Pod tymi względami, uważam, że ogromne znaczenie ma fakt, że ostatnimi wspomnieniami sezonu 2011/2012 nie są gorzkie porażki z Madrytem na koniec kwietnia i żal ze spędzenia finału LM przed telewizorem, lecz właśnie zdjęcia Xaviego, Puyola, Pinto i innych kolejno wznoszących Puchar Króla, obiegające świat ujęcia uśmiechniętego, szczęśliwego Guardioli świętującego jego zdobycie ze swym następcą. Naturalnie, takie, a nie inne zakończenie tego ekscytującego sezonu ma też swą ogromną wartość dla fanów.

Do zobaczenia w sierpniu

Tyle z perspektywy skali makro: 26. Puchar Króla w historii Klubu, uzupełniony kwartet 2011/2012 o „coś majowego”, pożegnanie Pepa wywalczonym trofeum i zasianie w szatni oraz barcelonismo wielkiej, pluszowej radochy na następny sezon. Zostaje jeszcze skala mikro, czyli mówiąc bez ogródek: moja prywata. Pod tym względem piątkowy finał miał dla mnie dwa aspekty, dla których tak bardzo pragnąłem zwycięstwa Barcelony, że innej opcji nawet nie wpuszczałem w myśli; z powodu których byłbym w przypadku zwycięstwa Basków w tym finale smutniejszy po tym sezonie niż fani Bayernu i Milanu razem wzięci.

Pierwszy to ew. zatrzymanie licznika pucharów PepTeamu na liczbie „13”. Kto by wrócił do rzeki kojarzonej z tą cyfrą?! Nic pożądanego w kontekście jakiegokolwiek kiedykolwiek powrotu Pepa do funkcji trenera Barçy. Miałyby pismaki używanie... ! Tymczasem czternastka jest dobra, czternastka jest bezpieczna i nieszkodliwa. Tak, czternaście – me gusta.

Drugi to fakt, że wraz ze statystycznym powiększeniem dokonań FC Barcelony mierzonych klasyfikacjami wszelkimi i zasobami klubowego muzeum, w pakiecie z piątkowym zwycięstwem szły dwa bilety. Na oba mecze Superpucharu Hiszpanii. Nie wiem, czy była to motywacja nr 1 dla Messiego, Xaviego, Piqué i spółki. Wiem tylko, że dla mnie by była. Okazja do rewanżu na Realu za mistrzostwo i mecz w kwietniu (o tyle mniejszym, o ile ranga SH w porównaniu do Ligi, ale przeokrutnie większym niż nic); na madridismo za hejting po wyniku rewanżu z Chelsea; wreszcie, na samych skłonnych do buńczucznych wypowiedzi i pieszczotliwych fauli niektórych rycerzach w bieli.

Showtime, dzieciaku! Prócz pięknego zwycięstwa futbolu radosnego w piątek i samej rozkoszy dołączenia do tego wspaniałego sezonu kolejnej zdobyczy, dostajemy najlepsze możliwe otwarcie kolejnego sezonu! Genialną w swej rychłości okazję do przetestowania faktycznych kompetencji Vilanovy, ale przede wszystkim stosowną chwilę na powrót do dyskusji o cyklach, „lepszościach” i innych bzdurach.

Choć w pewnych chwilach, maj 2012 był dla fanów FC Barcelony bardziej dołujący niż klip Metalliki do „Turn the Page”, to jednak zakończył się w niezwykle urokliwy sposób. Na słodko. Nie tak słodko może jak te same fotki powtórzone w pejzażu Allianz Areny, ale wciąż.

Feniks. Popioły. Koszmarny głód oglądania tej Barcelony wciąż i bez przerwy. Coś mi się wydaje, że lato minie w tym roku Culés jak z bicza strzelił.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Mnie zastanawia nie tyle sam przyszły sezon, co skład na przyszły sezon. Kim będzie grać Barca w ataku - Messi - wiadomo, ale jako iż geniusz futbolowy może, a nawet powinien usiąść czasem na ławce. Villa będzie szukał formy przez 3-6 m-cy, Pedro - dobry zwiastun ta końcówka sezonu, ale tak naprawdę to zobaczymy jak wróci z Euro co będzie. Fabregas, ach ten Cesc... chciałbym żeby zaczął grać, po prostu grać - Xavi na pewno będzie wydojony po turnieju, a jeszcze latka lecą. Iniesta - kocham gościa, ale zalicza on czasem słabe mecze. Pytanie co z tyłem - Dani nie do ruszenia, ale co z Puyolem, przecież nie jest niezniszczalny, Pique i Mascherano to pewniaki, ale status Gerarda ostatnio mocno nadkruszony - przynajmniej w moich oczach. Lewa strona to nadal zagadka - Abi na pewno szybko nie wróci, a jeśli już to pod koniec sezonu będzie grał po 10 minut, nie więcej. Adriano gra 60 minut i jest wypruty jak puszka z sardynkami - więc kto będzie po lewej grał. Tak naprawdę to fajnie by było zobaczyć po jednym świeżym graczu z każdej formacji - no może za wyjątkiem ataku, gdzie całości dopełnia Sanchez, Tello i Cuenca - no i oby dopisało zdrowie.

Superpuchar Hiszpanii.

Może głupie pytanie ale, co to jest SH ??

Mes Que Un Club

Rozumiem autora doskonale, tyle że ja, jestem uzależniony jeszcze bardziej. Dlatego wczoraj glapiłem się na spotkanie Francuzów z Islandczykami bo mój licznik spotkań majowych jest na tak dramatycznie niskim poziomie że mam ogromny głód oglądania dobrej piłki. Czekam na SH z niecierpliwością. Mam też głęboką nadzieję na to, ze Hiszpanie zostaną jak najszybciej odesłani z Euro do domu. Nasi grajkowie będą mieli jdłuższe wakacje, a głód wygrywania jeszcze większy. Fajnie będzie ich oczywiście oglądać na naszych boiskach, ale każdy mecz to zmęczenie i ryzyko kontuzji.

Po zakończeniu tego sezonu, ze wszystkimi jego konsekwencjami i rozstrzygnięciami, jestem w stanie przyznac, że sądzę, iż był on potrzebny. Informacja o decyzji Guardioli była dla mnie bardzo niespodziewana i zwyczajnie smutna. Ale teraz wydaje mi się, że to była dobra decyzja, dobra dla drużyny. Oczywiście zobaczymy jak będzie, wszystko się dopiero okaże ale to, co się wydarzyło obudziło we mnie głód kolejnego sezonu. I to taki, jakiego dawno już nie miałam. Nie mogę się doczekac zagadki i wyzwania jaką będzie prowadzenie drużyny przez Tito. I ataku na wszystkie trofea z pozycji tych, którzy próbują je odzyskac a nie obronic. To coś nowego i chyba tego też brakowało od jakiegoś czasu zawodnikom. Zmiany się przydadzą. Barcelona, która wciąż wygrywa zaczyna się nudzic sama sobą. Za to Barcelona, którą coś zdenerwuje wchodzi na zupełnie inny poziom. Liczę na to, że ten sezon zdenerwował ją tak bardzo jak tylko mógł. Nie mam zamiaru teraz analizowac przyczyn porażek w tym sezonie, bo parę razy już to pisałam. Ale jednego jestem pewna - możliwości są. Są nadal, na pewno nie mniejsze niż były w sezonie sześciu pucharów. Jeżeli pojawi się jeszcze coś, co sprawi, że zawodnicy znów będą głodni zwycięstwa i dopisze im ta konieczna odrobina szczęścia to drużyna może zrobic co zechce. Niech Cristiano mówi o końcu cyklu i dominacji Madrytu. To woda na nasz młyn. Coś się kończy na pewno ale też zaczyna coś innego. I naprawdę wierzę, że nie będzie to gorsze. Zgodnie ze słowami Pepa - ja nie odpinam pasów.

Niepowodzenie wielu meczow bylo podyktowane kontuzjami kluczowych zawodnikow i zmiennymi skladami,czesto niezgranymi co bylo widac od pierwszych minut gry. Real nie zmienil niemal wcale swojego najmocniejszego skladu przez caly okres trwania LL,w przeciwienstwie do Barcy,ktora z meczu na mecz ciagle szukala posilkow w Barcy B.
Co przyniesie nowy sezon? Nie wyglada to kolorowo z uwagi na fakt,ze obecny sezon konczymy zdziesiatkowani powaznymi kontuzjami. Potem rehabilitacja,dochodzenie do formy itd itd... Wszystko to wymaga wielu miesiecy pracy a nowy sezon tuz tuz...

Mam nadzieję, że Tito wprowadzi coś nowego do gry, coś co przez długie lata będzie trudne do ogarnięcia przez inne drużyny, tak jak zrobił to Pep.

Jeśli Barca dobrze i solidnie przepracuje pre sezon, z nowymi zawodnikami(i mam nadzieje z szerszą kadrą), ze świeżością i chęcią "zemsty" na Realu za porażke w lidze, to na miejscu Białych bym się bał, bo np.: taki Messi nie lubi przegrywać, a on sam może zrobić bardzo wiele. Tak więc do sierpnia Madrycie! Do września Chelsea! Zobaczymy kto będzie mistrzem w przyszłym sezonie! Jako kibic Barcy oczywiście chciałbym, żeby to była Barcelona, ale nigdy nic nie wiadomo, czas pokaże.

Podoba mi się ten felieton mimo że momentami taki trochę nie jasny jest, sama bym lepszego nie napisała heh :) W sumie ten sezon nie był taki zły jakby nie było wygraliśmy 4 puchary, co prawda tych najważniejszych nie udało się zdobyć ale zawsze jest cos na pocieszenie :)

Chelsea dużo brakowało do świetnego zorganizowania defensywy - nie ma co ukrywać, że ich obrona to była desperacja, ale skuteczne to było. Mieli dużo szczęścia. Nie ma co nazywać tego antyfutbolem bo byli mega skuteczni, ale nazywać to żelazną obroną to też niemałe faux pas.

No, no - rok temu nazywany przez Cules Pucharem Pocieszenia, a dzisiaj? "Największą wartością wygranej". Pięknie :)

"wachaFCB
Możemy mówić co tylko chcemy, ale nie nazywanie świetnie zorganizowanej gry obronnej antyfutbolem. Porozumienie między obrońcami oraz komunikacja z bramkarze, konsekwencja w żelaznym, wręcz tytanicznym dążeniu do celu, genialnie nakreślona taktyka. To wszystko charakteryzuje zespoły z którymi odpadalismy w półfinale, Chelsea i Inter. Już w drugim roku pracy Pepa, każdy myślący trener doszedł do konkluzji, że nie można nas pokonać grając otwartą piłkę, więc zaczęli grać defensywnie. I w przypadku tych wyżej wymienionych przeze mnie zespołów, grzechem byłoby nie wykorzystywanie walorów fizycznych tych graczy, rozkazanie ludziom o wzroście prawie 2 m. grę techniczną, taką a'la Xavi czy Messi.
Gdyby wszystkie te drużyny grały otwarcie z nami, na początku byłoby oczywiście pięknie, wygrywamy wszystko ze wszystkimi, ale po jakimś czasie zbytniego przyzwyczajenia do tego, zaczęłoby się to nam nudzić. To tak jakby na świecie kobiety chodziły nago przez cały czas. Na początku byłoby świetnie, aż sama ta myśl podnieca niejednego faceta, ale po jakimś czasie, przyzwyczajenie zrobiłoby swoje, i kobieta stałaby się czymś odkrytym, niewartym poświęcenia.

7 naszych na EURO to super wiadomość - szczególnie w odniesieniu do Pedro. A mogłoby być ich nawet 10 gdyby nie urazy Puyola, Villi i Thiago.Pięknie!

Co do artykułu to nie zgadzam się z nim w 100%. Ja nawet na mecze o pietruszkę patrzyłem z zaciekawieniem. Każdy mecz Barcy to jest święto. Uzależnienie swego zaangażowania we wspieraniu drużyny do zwycięstw jest bardzo wygodne, a Barca nie zawsze wygrywała i nie zawsze będzie wygrywać, i co wtedy? Popadniecie w marazm? Będziecie ignorować futbol? Strona zniknie?

Dlatego nie podobała mi się praktyka po przegranych kluczowych spotkaniach na tej stronie. Nagle odpuszczono sobie relacje ze spotkań live (dopiero co uruchomione w nowej formie), oceny za tamte spotkania pojawiają się dopiero teraz. A przecież w tych meczach działy się rzeczy ważne, piłkarze żegnali Pepa, pokazywali, że dalej warto ich oglądać - nawet nie dla wartości wymiernych jakimi są trofea, ale tym co prezentują.
kra

denying zapomniałeśo thiago

Pedro jedzie na Euro. Prócz niego od nas: Valdes, Pique, Iniesta, Xavi, Cesc, Sergio. Ładnie.

Unique
Tak to jest trudne to przyjęcia ale te stwarzane sytuacje pokazują że jesteśmy nadal ten krok przed największymi zespołami tylko brakło szczęścia.Gorzej by było gdyby chłopaki byli bezradni bo to by oznaczało że coś się kończy ale na szczęście było inaczej.Zawsze da się wyciągnąć jakieś plusy.Visca el Barca !

Mes Que Un Club.

tez nei moge sie doczekac nastepnego sezonu ... Przyszly sezon musi byc okazja do rewanzu na Realu i jakbysmy jeszcze na Chelsea w LM trafili ;D

Unique
Ja tez , no ale taki jest futbol , albo raczej antyfutbol w wykonaniu Chelsea.

Ja nigdy nie zdzierżę odpadnięcia z Chelsea, szkoda tych sytuacji na Stamfor Brigde.. tyle setek Messiego i spółki.. SZKODA, SZKODA, SZKODA ! ale miejmy nadzieję, że w sierpniu zaczniemy godnie sezon.