W ciszy stadionu. Fàbregas największym priorytetem Pepa, ale... dlaczego?

Karol Chowański 'Challenger'

11 czerwca 2011, 15:43

239 komentarzy

Thiago ma za sobą najbardziej udany rok w karierze. To samo powie Jonathan dos Santos, a zasekunduje mu każdy trener Segunda A. Sergi Roberto zyskuje zwolenników swego talentu szybciej niż znajomych na facebooku, a uniwersalny Oriol Romeu po prostu cierpliwie czeka. Jednocześnie, problemy finansowe Klubu nie minęły w rok, a przy spodziewanym odejściu Bojana - priorytetem wydają się odpowiednie alternatywy w linii ataku. Odpowiednie, czyli kosztowne.

Wyglądałoby na to, że powrót Ceska Fábregasa do szatni Blaugrany jest dalej niż kiedykolwiek. To dlaczego wszystko, od okładek Sportu przez domniemane pożegnania z dotychczasowymi kolegami, aż po "błogosławieństwo" Wengera, wskazuje, że jest dokładnie odwrotnie?

Odpowiedź jest banalnie prosta: bo tak chce Guardiola.

Mieć ciastko i zjeść ciastko

Trudno żeby największym na Camp Nou orędownikiem sprowadzenia Fábregasa był dbający o wizerunek finansowego szeryfa Rosell. A jeśli nie prezes rozgrzebuje cały ten bałagan - to musi być trener. Jakże zaawansowane są prasowe doniesienia: wstępna umowa z Barçą tu, wizyta w klubie konkretnego dnia tam... Oczekiwania finansowe Arsenalu znamy, a obecną kondycję finansową Barçy trudno nazwać sprzyjającą sprowadzaniu piłkarzy po 30-40 mln euro - lecz Pepowi zdaje się to wcale nie przeszkadzać. W kwestii Fábregasa jest zdeterminowany jak nigdy!

Sedno sprawy nie ogranicza się do dlaczego? - obawy o zdrowie Xaviego mamy świeżo w pamięci, zaś walory kapitana Arsenalu są niewątpliwe i jego lekko zdemotywowane statystyki sezonu 2010/2011 nie mogą tego zmienić - tkwiąc bardziej w pytaniach po co? i czy za taką cenę? By na nie odpowiedzieć, trzeba zrobić krótki przystanek przy wiodących cechach Guardioli jako trenera. W końcu trochę już go znamy, prawda?

Nie ma wątpliwości, że Pep nie jest typem trenera-rewolucjonisty, raptusa, ryzykanta. Pod tym względem różni się od Fergusona czy Mourinho, i to mocno. Portugalczyk potrafił w niektórych meczach Chelsea każdą (!) z trzech dostępnych zmian modyfikować ustawienie taktyczne lub/i liczebność poszczególnych formacji, obrońcę Hutha do roli napastnika delegował regularnie. Szkot z kolei nie wahał się w finale Ligi Mistrzów '99 rzucić absolutnie wszystkiego na jedną szalę - Andy Cole miał za sobą znakomity sezon, ale kwadrans przed końcem ustąpił miejsca głębokiemu ławkowiczowi Solskjærowi; jeszcze wcześniej na boisku pojawił się 33-letni Sheringham za... lewego pomocnika. Obaj słynni trenerzy mają takich zagrywek, takich meczów, pełne CV.

Guardiola od podobnych "szaleństw" stroni. System 4-1-2-3 i nacieranie na rywala przez 90 minut są u niego świętością. Przy prowadzeniu nawet 3 bramkami może wejść pod koniec Keita czy Maxwell, ale Pep ani myśli się cofać - prędzej pachnie kolejnymi golami dla Barçy. Świętością jest też podstawowy skład na wszystkie ważne mecze: z Busquetsem, Xavim, Iniestą, Villą, Messim i Pedro. Podobnie jak w zeszłych sezonach, modyfikacja "stylu Barçy" w trakcie gry bywa u Pepa rzadkością. To trener-stoik. Pełen wiary w klasę swych piłkarzy, który niezależnie od wydarzeń na boisku, dynamiki wyniku i poczynań swego vis-a-vis, cierpliwie czeka aż jego maszyna - ta jedenastka galowa, duma culés i Katalonii - w końcu "zaskoczy". Fakt, tak kończy się najczęściej, w końcu Barça ma jedenastkę pełną wielkich piłkarzy - lecz kumulacja odpowiednich okoliczności potrafi tę szlachetną wiarę mistera boleśnie zawieść. Niewykorzystane sytuacje się mszczą, mecz wymyka się spod kontroli i drużyna "budzi się" w kolosalnych opałach. Nie tylko rok temu na San Siro. Przypomnę choćby tegoroczny rewanż z Arsenalem: przy wyniku 3:1 jedna jedyna akcja wyrzuciłaby Barçę z ćwierćfinału LM. Dziękujmy Mascherano... W obliczu takich meczów na ławce nie ma nikogo, kto wszedłby za (zmęczonego, kontuzjowanego, nieskutecznego) Xaviego/Pedro/Iniestę/Villę/Messiego i nie osłabił potencjału ofensywnego drużyny. Pod tym względem Barça planu B... nie ma.

Tym samym, Guardiola chciałby ciastko jednocześnie zjeść na śniadanie i zachować na lunch. Zdobywać trofea grając w każdym ważnym meczu "całą naprzód", efektownie, stylem Barçy, nie uznawać półśrodków ani kompromisów. Jednakże krótkie dawki odpoczynku przy okazji Pucharu Króla, ostatnich starć grupowych LM czy mniej wymagających rywali ligowych - to za mało, by jeżdżący co chwilę na kadrę kluczowi członkowie ofensywnego kwintetu Barçy utrzymywali końskie zdrowie i epicką formę przez 10 miesięcy. (Poza tym Xaviemu - jak dobrze wiemy po tym sezonie - lat już ubywać nie będzie.)

Problem pojawia się w momencie kumulowania wspomnianych okoliczności. Zmęczenie. Kryzys formy. Kontuzja. Nieskuteczność. Błąd sędziego. Z osobna lub "tylko" parami, czynniki te stanowią dla ofensywy Barçy zagrożenie śmiertelne. Idealny tego przykład mieliśmy w okresie styczeń-kwiecień. Strzelby Villi i Pedro się zacięły, Xaviemu i Inieście brakowało świeżości, sytuację starał się ratować - z meczu na mecz mniej produktywny - Messi i tylko... detale, tak naprawdę, uratowały Barcelonie cały sezon. Awans z Athletikiem w CdR pomimo braku wygranej, wspomniana zmarnowana szansa Bendtnera, dowiezienie kilku ultraważnych ligowych zwycięstw jedną bramką do ostatniego gwizdka, wejście Afellaya na Bernabéu, nawet możliwość odpoczynku przed Wembley (którego to luksusu w roku Mundialu/EURO lub bijąc się o ligę do ostatniej chwili, by nie było).

Dlatego Pep chyba dojrzał do tego, by drużynę od takich czynników uniezależnić. Dojrzał na swój sposób. Podczas gdy przy fiasku Projektu "Bojan" zbrojenia w ataku wciąż pozostają czołowym celem klubu na lato (Rossi, Sánchez czy - jakkolwiek optymistycznie to nie brzmi - może obaj naraz?!), stanowiąc część corocznego odświeżania-wzmacniania zespołu (vide Adriano i Masche rok temu), to prawdziwym planem B Pepa jest ktoś inny. Fábregas.

Finał Pucharu Króla obnaża niedoskonałość Barçy

Pep skreślił Hleba już dawno temu, rozwoju niegotowego do wielkich wyzwań Thiago nie chce przyspieszać, Ibiego na środku pomocy nawet nie próbował, a Keita - wiadomo: inny typ, inne zadania. Toteż gdy nadchodzi ważny mecz i Barça ma maksymalizować swe szanse o zwycięstwo - nie ma żadnej alternatywy, z Xavim i Iniestą aż po grób! Gdy dodamy do tego metodyczną niechęć Pepa do sprowadzenia kogokolwiek innego z zewnątrz (Modrić? Zapomnijcie!), choćby pojawiały się na rynku przeceny nie wiadomo jak niepowtarzalne (Sneijder; van der Vaart; no i przede wszystkim zeszłoroczny Özil) - to nadzieja culés może ograniczać się tylko do tego jednego nazwiska. Przynajmniej póki klub ma tego trenera.

To kwestia Zaufania - Guardiola nie każdemu pozwoli pełnić tę, jakże wyjątkową i ważną w Barcelonie, rolę ofensywnego pomocnika. Tego Zaufania nie zdobył Hleb i na tej pozycji nie został nawet poważnie przetestowany; na razie nie zyskał go też Afellay, który u Pepa wrócił do roli skrzydłowego. To proste: Fábregas albo nic. Nawet (!) za cenę pozbycia się Thiago - tak się raczej nie skończy, ale same takie doniesienia z bezpośredniego otoczenia klubu (w każdej plotce...) tylko potęgują (i to jak) determinację Pepa. Czynią ją diabelnie jednoznaczną i jeszcze bardziej wiarygodną. Miejmy jednak nadzieję, że Wengerowi wystarczy Bojan lub ktokolwiek inny. W krótszym niż zwykle (!) sezonie, Barça po prostu będzie Thiago potrzebować. Też.

Nikt nie jest nieomylny - ligowy remis podczas maratonu GD jednak nie okazał się najlepszym możliwym wynikiem dla Barçy, bo zmotywowany przełamaniem 5 kolejnych klęsk Real uwierzył w siebie i zagrał o pełną pulę w CdR; podobnie jest ze sprawą Fábregasa. Rok to wystarczająco dużo czasu by zmienić zdanie; nie ma co czekać do 2015 roku, czy nawet 2013, kiedy to Cesc pewnie wreszcie stanieje. Barça potrzebuje Ceska już teraz. Jak najszybciej! Argumentem, który najlepiej o tym świadczy, jest oczywiście przegrany finał Pucharu Króla z Madrytem.

Nie bez znaczenia, że mecz ten generalnie przyszedł w mało optymalnych okolicznościach dla drużyny, co silnie determinowało formę najważniejszych graczy Barçy. Tuż po ciężkim boju ligowym, podczas zmęczenia sezonem w jego kluczowym momencie i wreszcie: w dołku barcelońskiego ataku. Jednak przyczyna ostatecznej porażki leżała gdzie indziej: w tym, że Xavi i Iniesta musieli rozegrać 120 minut. Nie miał kto za nich wejść, choćby za jednego z nich. Skończyło się tym, że w dogrywce obaj zdryfowali ku coraz bardziej widocznej boiskowej apatii. Ogólne zmęczenie, agresywna gra rywala i intensywność tego jakże wycieńczającego meczu zrobiły swoje. Na ławce Pep nie miał nikogo, kto pomoc Barçy potrafiłby w takim, jakże kluczowym momencie jakże wymagającego meczu, reanimować. Efekt? Udana kontra Realu i przykra porażka.

To ta porażka, niemożność zmian w środku pola, obnażyła do cna największy problem Barçy: dla duetu XavIniesta nie ma żadnego zastępcy. Nieobecność (w wyniku spadku formy, kontuzji, potrzeby odpoczynku) któregokolwiek z nich w przededniu ważnego pojedynku zmusza Guardiolę do automatycznej zmiany ustawienia z 4-1-2-3 na 4-2-1-3, zmusza do uzupełnienia Busquetsa kimś z dwójki Keita-Mascherano. W takich meczach jak Arsenal, Inter czy finał CdR - potencjał ofensywny drużyny automatycznie traci przez nieobecność któregokolwiek z nich, a napastnicy już w szatni wiedzą, by doceniać każdą nadarzającą się okazję. Będzie ich znacznie mniej niż zwykle.

Pojawia się dziś wiele głosów - jak wielkie szczęście miała Barça w minionych rozgrywkach, że problemy Xaviego skończyły się szybciej niż Puyola, a Iniestę pierwszy raz od lat poważniejsze urazy omijały szerokim łukiem, i to pomimo wyczerpującego Mundialu na drugim końcu świata przez cały rok w nogach. Szczęście to jedyne słuszne określenie - prócz fenomenalnego duo, kreatywnego środkowego pomocnika zdolnego podołać wyzwaniu najważniejszych meczów sezonu, Barça w składzie nie ma ani sztuki. Nieważne, jak wyeksploatowani - Xavi z Iniestą musieli grać możliwie najczęściej (z Realem stale na ogonie, drużyna potrzebowała każdego ligowego punktu) także z mniej nobilitowanymi rywalami i, oczywiście, we wszystkich kluczowych meczach sezonu. Już niedługo?

Kompromis wg Guardioli

Wracając do tego, co w szatni Pepa stanowi świętość - pamiętajmy, w jak silnym stopniu jest to skorelowane z oczekiwaniami kibiców, tożsamością klubu, jego historią i dziedzictwem... Z donośności tych wartości pozwala sobie rezygnować Florentino Pérez, ale absolutnie nie zamierza Guardiola. Także z tego względu nie modyfikuje w trakcie gry ustawienia 4-1-2-3 na 4-2-2-2 czy 4-2-3-1. Ta Barça nie wypuści na plac gry 4 pomocników, ona ma "grać swoje", grać ofensywnie, cieszyć i zachwycać widzów - albo nie będzie wygrywać. Można by stwierdzić przewrotnie - bo wtedy nie byłaby godna. Wbrew pozorom, przewrotności nie ma w tym wiele, taka jest po prostu filozofia Guardioli - kolekcjonować triumfy w ten konkretny sposób, stylem Barçy, który od czasów Cruyffa na Camp Nou jest rzeczą rangi najwyższej. Grać zachowawczo Pep nie lubi, nie chce. Część kibiców tego nie pojmuje. Mogą oni protestować, mogą chcieć wprowadzać przy jednobramkowym prowadzeniu na wyjeździe pierwszego meczu półfinału Ligi Mistrzów dodatkowego defensywnego pomocnika, kazać cofnąć się bocznym obrońcom... ale nie Guardiola.

Trener, który przed sezonem nie dokupi "przypadkowego", nieważne jak bardzo perspektywicznego, pomocnika, bo - niczym Özila - nie uzna go za pasującego do jego, Pepa, koncepcji. Ponadto, po eksperymencie z Ibrą, Guardiola ostrożniej stawia na koty w workach przy obsadzaniu kluczowych pozycji w drużynie; tym bardziej, gdy koty niewiadomej są proweniencji. Ukształtowanie Fabsa w La Masíi ma tu znaczenie fundamentalne. W przypadku ofensywnego pomocnika, pozycji kluczowej dla Pep Teamu, kluczowej dla Barcelony - Guardiola jest po prostu wybredny. Skrajnie. Modricie i Özile nie mają szans go skusić.

Na istotny mecz Pep nie zatrzyma na ławce Messiego, by wprowadzić go pół godziny przed końcem; nie ściągnie w przerwie bezproduktywnego Villi; nie wprowadzi zań Jeffréna; nie przesunie na środek Afellaya. Pep skłonny jest zaoferować nam i drużynie ten jeden jedyny kompromis. Fábregasa. Nie jest to zgniły kompromis - kosztowny, owszem, ale co dziś można dostać za darmo? Jako fani cieszmy się i radujmy, bo Pep nie da nam innego. Metka Fabsa to już problem księgowych i negocjującego Zubiego, a nie ma wątpliwości, że jakieś rozwiązanie znajdzie się dla żądań trenera, który w 3 lata uzbierał 10 pucharów. Pep już przekonał Rosella. Rozmowy są w toku od piątku.

Cesc jest tego wart

Na podołanie już dziś zadaniu, jakiego od Fábregasa oczekuje Pep, Thiago i Jonathan dos Santos są jeszcze dużo za młodzi, niewystarczająco doświadczeni. Poziom Segunda A dzieli krótki dystans od wyzwań w Pampelunie, Getafe, czy nawet w Superpucharze Hiszpanii, ale całe lata świetlne do fazy pucharowej Ligi Mistrzów. Dlatego w ich sprawie należy cierpliwie czekać na rozwój wypadków, nie przyspieszać niczego, odpowiedzialnie lokować nadzieje i ostrożnie przypinać łatki. Szczególnie teraz, gdy prawdopodobnie żegnamy się wszyscy z Bojanem. Klub i Pep wyciągają naukę z tej lekcji.

Zostaje kwestia, co do której sam nie mam wątpliwości oglądawszy kapitana Arsenalu w akcji mnóstwo razu... ale mogą mieć inni. Czy - pomimo swej wspaniałej zdolności do kolekcjonowania dwucyfrowych ilości bramek i asyst niemal sezon w sezon - Fábregas całej tej afery jest w ogóle wart? Niektórzy culés nie potrafią nawet jasno zdefiniować jego krystalicznie niewątpliwych atutów - ze złymi intencjami, pejoratywnie nazywając go hybrydą Xaviego i Iniesty... Jednak, po głębszym zastanowieniu - jak wielkim komplementem jest taka charakterystyka dla każdego piłkarza! Umiejętność przewidywania boiskowych wydarzeń, kreatywność i geniusz Xaviego oraz zwrotność, drybling i szybkość Iniesty. Może jeszcze nie perfekcyjnie - ale Fabs łączy obie te charakterystyki. Do tego gra bardziej fizycznie od obu dzisiejszych mistrzów barcelońskiej ceremonii, jest zgrany z kolegami z macierzystego klubu w kadrze, a w uporze utrzymywania się przy piłce przypomina w niejednej akcji... pewnego Argentyńczyka. Dodajmy do tego umiejętności defensywne, strzał z dystansu, ogromne doświadczenie z Premiership, jeszcze większy głód trofeów i - wybaczcie truizm - skrajnie młody wiek. Pep naprawdę nie trzyma tej "czwórki" bez powodu.

Poza tym, ta legendarna już bramka Iniesty, kojarzycie, Johanessburg, finał Mundialu, Holandia, dogrywka, oklaski na wszystkich hiszpańskich stadionach... Któż to przy niej asystował? No i czy po takim sezonie wypada w ogóle podważać decyzje Pepa?

Witaj z powrotem, Cesku Fábregasie.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Co do finansów na transfery to moim zdaniem sprawa wygląda tak, że Rosell zdaje sobie sprawę, że sprzedając (za bajeczną sumę ale jednak sprzedając) miejsce na koszulka Barcy "trochę" naraził się Cules. Wiadomo, że marzy mu się druga kadencja bo odpadnięcie w kolejnych wyborach było jego osobistą porażką w wojnie z Laportą. Dlatego też wie, że musi odzyskać przychylność socios, a być może jeszcze zwiększyć grono swoich zwolenników. A jak to zrobić najlepiej? Wydaje się, że nie ma lepszej drogi niż zatrzymanie w klubie Guardioli, który w 3 lata poprowadził klub do 10 pucharów, a nic tak nie zachęci Pepa do pozostania w Barcelonie jak spełnienie jego transferowych marzeń (Cesc) i potrzeb (Rosii/Sanchez). Wierzę w to, że jeśli przyjedzie Fabregas to Guardiola zostanie jeszcze na sezon 12/13 żeby w ciągu tych dwóch lat móc stopniowo wprowadzać Cesca do drużyny. Fabs to jego "dziecko" i nie wydaje mi się żeby je porzucił po roku opieki. Rosell to wie i zrobi wszystko by sytuacja była taka jaką chce widzieć Guardiola. A pieniądze? Mamy niby 45 mln ale przecież były zapowiedzi, że pula ta zostanie powiększona o zyski z transferów (15-20 baniek powinno wpaśc) a w razie czego klub może sięgnąć głębiej do kieszeni. Włączając w te trzy główne transakcje innych zawodników (Bojan, Soariano, Jeffren) można się zmieścić w 80 milionach.
« Powrót do wszystkich komentarzy