Co musi się stać, by Barcelona spełniła wymogi finansowego fair play?

Błażej Gwozdowski

22 czerwca 2022, 17:30

21 komentarzy

Fot. Getty Images

Zgromadzenie Socios Compromisarios dało zielone światło, by zarząd uruchomił magiczne dźwignie finansowe. Mają one nie tylko uzdrowić finanse, ale także - być może przede wszystkim - pozwolić na normalne funkcjonowanie na rynku transferowym. W Barcelonie mówi się nawet o spełnieniu rygorystycznych warunków finansowego fair play LaLigi. Co musi się jednak stać, by było to realne?

W efekcie nieodpowiedzialnych rządów Bartomeu kibice Barcelony musieli stać się po trochu prawnikami i księgowymi zarazem. Zawiłe przepisy LaLigi związane z kontrolą finansów klubów oraz kolejne sztuczki księgowe serwowane nam przez zarząd sprawiają jednak, że wciąż trudno przewidywać, na co tak naprawdę można liczyć w najbliższej przyszłości. Wnikliwa analiza słów Eduarda Romeu, Laporty czy nawet Tebasa prowadzi do większej liczby pytań niż odpowiedzi. Tym bardziej, kiedy skonfrontujemy wszystko ze sprawozdaniami finansowymi Klubu oraz oficjalnymi regulacjami LaLigi. Pewne wnioski można jednak wyciągnąć i ze świadomością znacznej niepewności - próbować przewidzieć kolejne ruchy.

Przejdźmy przez meandry finansowego fair play… skrótem

W mediach finansowe fair play LaLigi jest sprowadzane do limitu wynagrodzeń. Ten w przypadku Barcelony wynosi 144 mln na minusie, co oczywiście daje obraz skali problemu. Warto jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że już podczas okienka transferowego latem 2020 roku limit ten był przekroczony, a mimo to dyrekcja sportowa pod rządami Bartomeu mogła spokojnie pracować. Co prawda wymiana Arthura na Pjanicia oraz transfery Trincão czy Desta nie były spektakularne, ale dalece wykraczały poza regułę 1/4, która obowiązywała Barcelonę rok później. Wszystko za sprawą tego, że w roku obrachunkowym 2020/21 Klub spełniał zasadnicze wymogi finansowego fair play, czyli osiągał próg rentowności, a suma wydatków na skład rejestrowany i dług netto nie przekraczały odpowiednio 70% oraz 100% przychodów. Po sezonie 2020/21 tak kolorowo już jednak nie było. 

Zarząd Laporty musiał zadbać także o swoją przyszłość i w związku z tym zrobił wszystko, by możliwie dużą część strat zapisać jeszcze do okresu obrachunkowego, za który w pełni nie odpowiadał. W efekcie zmniejszona została wartość księgowa kilku zawodników z Coutinho, Neto i Pjaniciem na czele, a część z przychodów została przesunięta na kolejny sezon. Konsekwencją była potężna strata w postaci aż 441 mln euro.

Ostatecznie z raportu finansowego mogliśmy się dowiedzieć, że Klub jest blisko 387 mln euro poniżej progu rentowności, a zatem nie spełnia jednego z podstawowych wymogów stawianych przez LaLigę. Nie był to jednak jedyny problem Barcelony. Rosnący przez cztery kolejne lata dług netto osiągnął po raz pierwszy wartość, która przewyższyła przychody Klubu. W efekcie kolejny wymóg stawiany przez LaLigę nie był spełniony i sam limit wynagrodzeń, choć oczywiście miał największe oddziaływanie na wyobraźnię kibiców, z perspektywy władz Barcelony był jedynie efektem rzeczywistych problemów finansowych. Zarząd musiał więc jednocześnie podjąć działania w zakresie zwiększania przychodów jak i ograniczania wydatków, by w kolejnych sezonach wskaźnik ten powrócił poniżej 100%.

Same wydatki na wynagrodzenia kadry pierwszego zespołu były w kontekście sytuacji finansowej Klubu wiodącym tematem. Krytyka Bartomeu za podpisanie nierynkowych kontraktów z piłkarzami była jak najbardziej uzasadniona. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że akurat podstawowy warunek odnoszący się do kosztów składu rejestrowanego pierwszej drużyny Barcelony był spełniony - i to przez całą kadencję Bartomeu. W latach 2015-2017 wydatki te nie przekraczały 50% przychodów, choć w zespole byli Messi, Neymar i Suárez. Dopiero odejście Brazylijczyka do PSG, po którym nastąpił szereg nierozważnych decyzji (od nowych bardzo wysokich kontraktów Leo Messiego i Gerarda Piqué po transfery Dembélé i Coutinho), wywindował wynagrodzenia powyżej 50%. Wciąż daleko było jednak do 70% stawianych przez LaLigę jako górna granica. Dzięki odroczeniu wynagrodzeń nawet przy niskich przychodach w sezonie 2020/21 Barcelona była aż o 10% od ligowego limitu.

Nie miało to już jednak wielkiego znaczenia. Najbardziej bolesne konsekwencje przyniósł bowiem problem z osiągnięciem progu rentowności w okresie trzech ostatnich lat. To właśnie aż 441 milionów euro na minusie z sezonu 2020/21 sprawiło, że i limit wynagrodzeń na sezon 2021/22 ostatecznie był ujemny. O ile relacje wynagrodzeń oraz długu netto do planowanych w sezonie 2022/23 przychodów nie musiały być w ogóle problemem, o tyle już zasypanie deficytu w postaci 441 milionów z sezonu 2020/21, dodatkowo powiększonego jeszcze o blisko 54 miliony straty zanotowanej na 30 czerwca 2020 roku to była misja z gatunku (prawie) niemożliwych. Tym bardziej kiedy Eduard Romeu zaczął mówić o potrzebie znalezienia blisko 200 mln euro przychodu, by sam sezon 2021/22 zakończyć bez straty.

Tebas mówi: „sprawdzam”, a czasu brak

Proste dodawanie liczb z raportów finansowych Klubu oraz przewidywań Eduarda Romeu dotyczących kończącego się sezonu dawało więcej niż niepokojący wynik. Blisko 700 mln euro brakuje Barcelonie, by po sezonie 2021/22 spełnić najtrudniejszy z wymaganych przez LaLigę warunków - osiągnąć próg rentowności w analizowanym okresie trzech ostatnich sezonów. Co gorsza - bez przychylności LaLigi i pełnej zgodności z jej aktualnymi regulacjami - Klub musiałby te pieniądze uzyskać jeszcze przed upływem tego okresu obrachunkowego, a zatem do 30 czerwca 2022 roku. Potrzebna jest zatem nie jedna a przynajmniej dwie „dźwignie finansowe” i to uruchomione w ciągu najbliższego tygodnia. Dopiero wtedy poniższa tabela po uzupełnieniu o dane z kończącego się sezonu, dałaby wynik pozytywny w kontekście FFP LaLigi, czyli osiągnięcie progu rentowności.

Joan Laporta i Eduard Romeu nie mają zatem czasu. Jeżeli nie ustalą z władzami Ligi, by w jakiś sposób „dźwignie finansowe” zadziałały wstecz i sprawiły, że warunki FFP zostaną spełnione, to czas na skutecznie działanie dobiega końca. A nawet jeśli okazałoby się, że Tebas i spółka przychylnie spojrzą na tyleż opóźnioną, co dającą wymierne efekty sprzedaż aktywów, to pozostaje ona warunkiem koniecznym, by swobodnie działać na rynku transferowym już w lipcu. W innym wypadku znów wchodzimy w procedury przewidziane dla klubów przekraczających limit wynagrodzeń, a zatem budżet transferowy stanowiłby 25% oszczędności oraz nieprzewidzianych w budżecie przychodów (33% w przypadku sprzedaży lub zwolnienia z kontraktu zawodników odpowiadających za 5% sumy wynagrodzeń). Co prawda Tebas i Eduard Romeu mówią otwarcie o 33% jako regule podstawowej, ale póki co możemy jedynie przypuszczać, że taki zapis ma być w regulacjach na kolejny sezon, bo te opublikowane obecnie przez LaLigę są bardziej rygorystyczne.

Sprzedaż aktywów, czyli zło konieczne mniej lub bardziej

W kontekście finansowego fair play LaLigi nie ma wątpliwości, że jedynym ratunkiem jest sprzedaż aktywów. Prawda jest jednak dużo bardziej brutalna. O ile Klub nie musi kupować nowych zawodników i mógłby zbudować solidną kadrę w oparciu o wychowanków i posiadanych już zawodników, o tyle sytuacja finansowa Barcelony wymaga natychmiastowego zastrzyku gotówki. Poza problemem z osiągnięciem progu rentowności, Klub ma również ujemny kapitał własny. Eduard Romeu mówił o ponad 500 mln i przynajmniej takiego wsparcia potrzebuje zarząd, by można było mówić o pewnej stabilizacji. Właśnie dlatego w grę wchodzi sprzedaż praw do transmisji na przewidywany okres 25 lat, która miałaby dać ok. 500 mln euro przychodu. Dodatkowe 250-300 mln ze sprzedaży BLM  (Barça Licensing & Merchandising) pozwoliłoby w zasadzie rozwiązać najważniejsze problemy Barcelony. Ale jakim kosztem? 

Sytuacja z BLM jest dość prosta. Klub rozpoczął proces inwestycyjny mający na celu zrobienie z tej części działalności maszynki do zarabiana pieniędzy. Niestety szybki rozwój wymaga zdecydowanie większego dofinansowania niż to, na które Barcelona może sobie pozwolić. Tym bardziej, że nie ma doświadczenia w tego typu działalności w skali globalnej. Z tej perspektywy sprzedaż blisko 50% udziałów wydaje się rozwiązaniem idealnym niezależnie od sytuacji finansowej. Klub zyska nie tylko środki na rozwój działalności, ale także partnera, który wejdzie do spółki z własnymi rozwiązaniami, które zostały już na rynku pozytywnie zweryfikowane. Pozostaje kwestia odkupu udziałów i tutaj zapewne wszystko opierać się będzie bardziej o stopę zwrotu z inwestycji, niż rzeczywiście o jakąś konkretną liczbę lat. Stawiałbym na stopę zwrotu przynajmniej 250% jako próg, po którego osiągnięciu aktywowałaby się opcja odkupu udziałów. Pytanie, czy byłoby to wtedy rozsądne? Szczerze wątpię.

Trochę inaczej wygląda kwestia sprzedaży praw do transmisji. Rozważane 25% odpowiada za ok. 5% przychodów Klubu w normalnych warunkach, bez uwzględniania wpływu z transferów. O tyle zatem w teorii uszczupliłby się budżet Barcelony przez kolejne 25 lat. To dużo i mało zarazem, ponieważ wraz ze wzrostem przychodów z dnia meczowego, umów sponsorskich, a także samych praw do transmisji, procent ten mógłby się nawet zmniejszyć, a wartość finalna przychodów osiągnąć poziom porównywalny z topowymi, europejskimi klubami. Tym bardziej, że część z pozyskanych ze sprzedaży aktywów pieniędzy zostałaby poświęcona na spłatę zadłużenia, a zatem zmniejszyłaby koszty jego obsługi. Obecnie Barcelona płaci ponad 30 mln euro odsetek rocznie - najwięcej wśród czołowych klubów.

Dyskusyjny pozostaje okres aż 25 lat, na jaki mają być sprzedane prawa do transmisji. Znów jednak jest to jedynie maksymalny okres, w jakim inwestor będzie mógł uzyskać oczekiwany zwrot. Eduard Romeu mówił o negocjacjach, w których Klub chciałby ustalić stopę zwrotu na 150% (nierealne), a inwestor 350-400% (to akurat się zdarza). Bardzo korzystne dla Barcelony byłoby, gdyby oczekiwana stopa zwrotu wyniosła ok. 200-250%. Zasadnicze pytanie brzmi, kiedy można byłoby mówić zakończeniu inwestycji w takim układzie? Wydaje się, że będzie to raczej 8-10 lat niż 25. Tak też przewiduje CVC w przypadku „LaLiga Impulso”, planując wyjście po maksymalnie 10 latach. Doświadczenia tego funduszu wskazują, że jest to możliwe. W końcu inwestycja w Formułę 1 przyniosła CVC 450% zwrotu w ciągu 11 lat. 

Czego rzeczywiście możemy się spodziewać?

Przekaz Laporty i Tebasa stał się w ostatnich tygodniach dość spójny. Wszystko wskazuje na to, że LaLiga nie zamierza kwestionować rozwiązań, które musiał przecież przedstawić w ramach projektu budżetu zarząd. A jeśli tak, to pozostaje kwestia zmieszczenia się w terminach lub elastyczności władz ligi w tym kontekście. Jeżeli wszystko zostanie dopięte na ostatni guzik i przynajmniej dwie dźwignie szybko uruchomione, to jakkolwiek Barcelona wejdzie w okienko transferowe z niskim i zapewne przekroczonym limitem, to dzięki spełnieniu pozostałych wymogów FFP będzie mogła dokonywać transferów, podobnie jak latem 2020 roku za kadencji Bartomeu. Jeśli jednak nie uda się zrealizować założonego planu, to przy sprzedaży samych praw do transmisji za 500 milionów lub finalizacji sprzedaży dopiero w lipcu, nawet z regułą 1/4 lub 1/3 solidne wzmocnienia będą w zasięgu, bo kwota do rozdysponowania może wynieść nawet do 200 mln euro.

Niezależnie od tego, czy zostanie zrealizowany plan maksimum, czy może Barcelona sprzeda tylko część z aktywów - przywrócenie dodatniego kapitału własnego i przyzwoity budżet transferowy to całkiem realna perspektywa. Wbrew opiniom nie powinno to mieć też poważnego wpływu na przychody w kolejnych latach. Można wręcz powiedzieć, że trudna sytuacja wymusi działania, których w normalnych warunkach byśmy się nie doczekali. W tym przede wszystkim radykalne zmniejszenie wydatków na wynagrodzenia oraz sprzedaż udziałów BLM czy Barça Studios. Barcelona potrzebuje pewnego przedefiniowania w zakresie działalności komercyjnej i większej otwartości, by wykorzystać w pełni potencjał marki globalnej, jaką jest przecież już od wielu lat. Przy wszystkich problemach finansowych - teraz jest to realne bardziej niż kiedykolwiek.

REKLAMA

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

PSG, nie ma problemu z fair play.
« Powrót do wszystkich komentarzy