Niedługo zrozumiemy Twój brak. Dziękuję, Leo

Rafał Kowalczyk

13 sierpnia 2021, 14:37

161 komentarzy

Fot. Getty Images

Według spekulacji hiszpańskich mediów pożegnalna konferencja Messiego miała przynieść odpowiedzi na wiele niedopowiedzeń o odejściu Argentyńczyka z Barcelony. Mówiono, że był wściekły, a upust swojej furii chciał wyrazić poprzez ujawnienie, kto jest winowajcą końca jego kariery w Dumie Katalonii.

Przez potok gorzkich łez zdołał przebić się jedynie drżący głos mówiący, że nie jest gotowy na pożegnanie. Twarz wyrażająca skrajny smutek stanowiła odwzorowanie nastrojów milionów kibiców na całym świecie. Leo, nikt nie był na to gotowy.

Żyliśmy pięknym snem

16 października 2004 roku Messi wbiegł na murawę stadionu Olímpic Lluís Companys, zmieniając Deco w 88’ meczu przeciwko Espanyolowi. Skromny, nieśmiały chłopak, otoczony piłkarzami o znacznie większej renomie, rozpoczął mozolny marsz po sukcesy, stając się po drodze lepszym nie tylko od kolegów z szatni. Detronizował pozornie niedoścignione legendy futbolu, jak Pelé czy Maradona, by wreszcie znaleźć się na piłkarskim szczycie. I utrzymać na nim przez tyle lat.

Przypominam sobie każdy z trzydziestu pięciu gwizdków kończących spotkania, po których Barcelona z Messim w składzie cieszyła się zwycięstwami w Lidze Mistrzów (4), lidze hiszpańskiej (10), Pucharze Króla (7), Superpucharze Europy (3), Superpucharze Hiszpanii (8), Klubowych Mistrzostwach Świata (3). Sukcesy wypełniały nas olbrzymią radością. Tryskaliśmy dumą podczas kolejnych celebracji, ale czy ten cudowny czas powinniśmy mierzyć liczbą tytułów? Moim zdaniem, 17 sezonów pięknego snu nie składało się z 35 elementów, a z 778. Bo właśnie tyle razy mogliśmy oglądać Argentyńczyka z herbem Barçy na piersi.

Czy to oznacza, że hołdując grze Messiego staram się wynosić go ponad klub? Może przedkładam jego osobę nad trofea drużynowe? Nic z tych rzeczy. Zależy mi, aby zaznaczyć, że w jego karierze najbardziej zachwycała mnie magia, jaką potrafił opakować codzienność. Zachwycał nas mecz po meczu, tydzień po tygodniu, sezon po sezonie. Nie zawsze golami czy asystami, ale dryblingami, wymianą podań, przerzutami na kilkadziesiąt metrów, rzadziej niekonwencjonalnymi wyjściami z obrony. Do każdego spotkania siadaliśmy oczekując niespodziewanego. Jak narkoman żądny kolejnych dawek używki, chcieliśmy coraz silniejszych bodźców, więcej i częściej. Popadaliśmy w ekstazę, a dilerem wrażeń stawał się zawsze ten, który budził widownię jednym zagraniem w trakcie najnudniejszego meczu, zrywał na równe nogi nie tylko podczas spotkań z gigantami, ale ze średniej klasy rywalami, a w prawdziwy spektakl potrafił zamienić mecze o nic.

Jak możemy opisać ten czas? Czy to możliwe, aby na kilku stronach zawrzeć emocje towarzyszące nam przez 17 sezonów, kiedy definiował na nowo piłkę nożną? Jakimi słowami oddać pobite rekordy i osiągane liczby, które wydawały się niemożliwe do osiągnięcia? Wspaniały, doskonały, najlepszy? Czy to wystarczające, aby zobrazować fenomen sportowca, który strzelając trzy gole w meczu był określany „przeciętnego jak na siebie”, a umieszczając piłkę w siatce po rajdzie przez całą połowę boiska kwitowany komentarzem „no, całkiem, w swoim stylu”? Patrząc przez pryzmat dokonań, jakiekolwiek słowa kompletnie tracą odpowiedni ładunek emocjonalny. I chociaż ciągle szukam, to nie potrafię znaleźć wyrazu dobitnie i jednoznacznie oddającego, kim dla Barcelony, dla kibiców Messi był. I jest. I zawsze będzie. 

Niegodny opaski, grający dla pieniędzy, niepotrafiący błyszczeć z największymi, człapiący karzeł

Chwalenie Messiego to najprostsza rzecz świata. Otwieramy statystyki, listę rekordów i przykłady mnożą się same. Natomiast uciekanie od krytyki, jaka dotykała go na przestrzeni całej kariery, byłaby niesprawiedliwością z perspektywy podsumowania i oczywistym oszukaniem czytelników. Ten śródtytuł doskonale zdradza najczęstsze zarzuty w stronę Leo. Nie mam na celu przekonania nikogo do swojego zdania, bo dyskusja na te tematy przypomina przeciąganie liny w nieskończoność. Pozwólcie zatem, że stanowisko obrońcy Argentyńczyka, jakie przyjmuję od dawna, stanie się kolejnym drewienkiem dorzuconym do żarliwie płonącej dyskusji.

Skrytość, problem z komunikacją z otoczeniem, introwertyzm, a po porażkach skłonność do zachowań zakrawających o załamanie. Nie są to cechy, jakimi powinien się szczycić idealny kapitan. Argumenty o spuszczonej głowie w trudnych momentach stały się orężem w rękach licznych przeciwników Messiego. Fakt, nie przekazywał instrukcji gestykulując, rzadko emocjonalnie pokrzykiwał na kolegów i brakowało mu wielu zachowań charakterystycznych dla wzorowego Puyola. Ale był naturalnym przywódcą w szatni, za którym drużyna poszłaby w ogień. Zawodnicy liczyli się z jego zdaniem, doceniali osiągnięcia, szanowali i uznawali za niepodważalny autorytet. Na boisku przyjmował rolę lidera, doradcy, dużo rzadziej motywatora. A brak ekspresyjnych, przyciągających kamery zachowań automatycznie umniejszał wcześniej wspomnianym cechom.

Wyznacznikiem jakości Messiego jako kapitana stał się jego niedościgniony poziom sportowy, co z góry było skazane na porażkę. Nie był idealny, ale w mojej opinii słowa, że nie zasłużył na opaskę, zawsze były przesadzone. Inną kwestią pozostaje to, że w Barcelonie, jak w żadnym innym klubie, tak bardzo oceniano dyspozycję drużyny przez pryzmat zachowania kapitana. I jak można się domyślać – raczej tylko w przegranych meczach.

Zanim odszedł, wydoił Barcelonę, osuszył klubowe kasy, a ze świnki-skarbonki wyjął wszystkie monety. Z każdym przelewem na jego konto, podpisanym kontraktem oddalał się od wyidealizowanej wizji gry z miłości. Bo jak można mówić o przywiązaniu do barw, kiedy wynegocjował podwyżkę? Gdzie miejsce dla romantycznego futbolu, jeśli nie chce grać za darmo? Po co premie za trofea, jeśli te same w sobie powinny być wystarczającą nagrodą? Włóżmy między bajki opinię, że piłkarz to szlachetny zawód, a uprawiając go pieniądze schodzą na dalszy plan. To praca jak każda inna. Zawodnicy chcą zarabiać, a skala wpływów na konto powinna odpowiadać generowanym korzyściom dla marki klubu, pozycji negocjacyjnej i świadomości własnej wartości, również popartej wkładem sportowym. Niezaprzeczalnie Messi osiągnął w tych aspektach niespotykanie wysoki poziom.

I odpowiedzmy sobie szczerze na jedno pytanie. Czy to po jego stronie czy zarządu leżał w poprzednich latach obowiązek zabezpieczania stabilności finansową klubu? Jeśli zdołał wynegocjować astronomiczne wynagrodzenia, ale zostały one zaakceptowane przez klub, to kto powinien  przeprowadzać stosowne  wieloletnie prognozy? Odpowiem przedstawiając krótki schemat myślenia – „Chcę dużo zarabiać, mogłem wynegocjować, zrobiłem to. Gram tutaj, bo mnóstwo zarabiam. Gram w klubie moich marzeń i mnóstwo zarabiam”.

Jakkolwiek dobry by nie był, to dalej jest człowiek. Swego czasu potwierdził to Buffon żartobliwym dotknięciem twarzy Leo. Miewał mecze wybitne i mecze beznadziejne. Chociaż wielokrotnie zachwycaliśmy się wygrywaniem ich w pojedynkę, to nie możemy rozliczać go za to, że nie dawał rady tego robić zawsze. Bo piłka to sport drużynowy, nawet jeśli jednym z jej mechanizmów jest najwybitniejszy zawodnik w historii. A doskonale wiemy, że Barcelona, wielokrotnie odbiegała sportowo od europejskiej czołówki. Poza tym nie zakłamujmy rzeczywistości – takie kluby jak Real, Atlético, Chelsea, Arsenal, Manchester United, Manchester City o wielkości Messiego przekonywały się nieraz.

Bycie racjonalnym jest banalnie proste

Odejście Messiego podzieliło kibiców. Jeden z obozów okopał się za solidnym murem brutalnie racjonalnych jego zdaniem argumentów, że to wyjdzie klubowi na dobre. Odciąży budżet, drużyna wejdzie w wyczekiwaną erę post-Messi, dotychczasowi zawodnicy odblokują się czując konieczność dźwignięcia odpowiedzialności za wyniki, a Laporta wreszcie pokazał, że nigdy jednostka nie będzie ponad klubem. Liczy się kalkulacja, nie sentymenty. A tymi żyją przedstawiciele obozu drugiego.

Odniosłem wrażenie, że emocjonalne podejście do sytuacji z Messim jest brutalnie torpedowane. Niesłusznie. „To tylko zawodnik”, „inni wielcy też odchodzili” czy „jak można tak bardzo ekscytować się piłką?”. Racjonalizm jest w tym przypadku bardzo wygodny. Ukazuje człowieka zrównoważonego, niedającego się ponosić emocjom, można nawet odebrać, że lepszego niż wyznawcy romantycznego futbolu. Ci gotowi są żyć marzeniami, chwytają się strzępów plotek, by z nadzieją spoglądać w przyszłość. Wierzą do końca niezależnie od okoliczności, pomimo sportu coraz częściej rozgrywanego przez biznesmenów podcierających się finansowymi ograniczeniami. Potrafią się wzruszać i ronić łzy. Nawet jeśli ich przyczyną jest „tylko” konferencja pożegnalna, transfer do innego klubu czy kompilacja goli.

Do czego zmierzam? Niezwykle się cieszę, że jestem w drugim obozie. Rozpiera mnie radość, że w dobie świata przesiąkniętego pieniądzem, brakiem emocji i rutyną piłka nożna na czele z Messim rozpaliła we mnie pasję. Pasję tak gorącą, że kilkanaście lat przeżywałem karierę tego zawodnika dzień po dniu, popadałem w skrajną euforię i głęboki smutek. Ten najgłębszy, kiedy na konferencji brutalnie wyrwał nas z pięknego snu słowami, że odchodzi. I tej pasji do piłki, uwielbienia Messiego, nie dajmy w sobie nigdy zniszczyć. Doceniajmy racjonalizm, ale nie wstydźmy się ponieść emocjom.

Per això malgrat la boira cal caminar (a zatem, pomimo mgły, musimy iść)

Narzekaliśmy na przechodzenie obok meczów, przestrzelone karne czy brak powrotów do obrony po stracie. Szczerze mówiąc, chciałbym oglądać to dalej, bo znaczyłoby to, że Messi tu jest, a garść nieudanych zagrań przyćmiewa masą tych spektakularnych i efektywnych. To się nie stanie, bo świętowanie podpisania kontraktu odbyło się nie przy Fontannie Canaletes, ale nieopodal Wieży Eiffla.

Za co chciałbym podziękować? Nie za gole, kluczowe podania, założone siatki czy ośmieszonych rywali. Za skrajnie silne wrażenia, te radosne, jak i smutne, którymi dzięki Messiemu na lata przesiąknęła do cna nasza codzienność. Te, o których odzyskanie będzie teraz bardzo trudno.

Ze strąconej Barcelonie korony odpadł najpiękniejszy diament.

Gracias, Leo.

REKLAMA

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Jako dorosły chłop (44 lata) i wierny kibic (23 lata) powiem tak: życzę Messiemu sukcesów i zdrowia, nie mam mu nic za złe, a wręcz przeciwnie, ponieważ on jako członek FCB dał mi wiele radości. Bez zmian jednak, całym sercem kibicuje dalej FCB, bez względu kto grał, gra czy będzie grał. Pozdrawiam. VAMOS!

@rufio28 I ja się pod tym podpisuję. Mam tak samo.

@rufio28 Dokladnie.Gwiazdy przychodzą, odchodzą..
Barca trwa!!

@rufio28 zgadzam się oprócz 3 ostatnich zdań!!!
« Powrót do wszystkich komentarzy