Następny mecz:  Valencia  -  Barcelona     ·  Niedziela, 26 listopada 20:45  ·  13. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

La Otra Liga: Kilka scen z życia Czerwonego Kraba

 21 października 2017, 15:16

 ¡Olé! Magazyn

 4 komentarze

La Otra Liga: Kilka scen z życia Czerwonego Kraba

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.


Dziś, patrząc na strzeleckie popisy zawodników Málagi (cztery bramki w ośmiu kolejkach, jeden punkt) trudno uwierzyć, że kiedyś w tym zespole mógł grać zawodnik, który w dwóch sezonach zanotował 50 trafień. Ale tak było. Pod koniec XX wieku w Andaluzji zjawił się bowiem Catanha.

Brazylijczyk, później naturalizowany, swój najlepszy okres spędził właśnie w drużynie Boquerones. To tam jego strzeleckie umiejętności przydały się najbardziej. Ale o tym potem. Zacząć wypada tam, gdzie się wychował. I tak też zrobimy. Proszę o ciszę na planie. Scena pierwsza, ujęcie pierwsze…

Brazylia

Urodzony w Recife, 6 marca 1972 roku. Tyle powinniście wiedzieć o życiu Catanhy sprzed trzynastego roku życia. To, że grywał w piłkę, zapewne wszędzie, gdzie tylko mógł, jest stosunkowo oczywiste. To w końcu Brazylia. Jednak jako trzynastolatek otrzymał faktyczną szansę – trafił do Fluminense. Tam nie udało mu się zadebiutować, wypożyczono go więc do São Cristóvão. I wszyscy powinniśmy mu tego zazdrościć, bowiem w tym samym czasie w ekipie Cadetes piłkę kopał (jeszcze) nieznany światu 15-latek zwany Ronaldo.

Mimo że w SCFR prezentował się naprawdę dobrze, Fluminense postanowiło nie korzystać z jego usług – to sprawiło, że w kolejnych kilku sezonach zwiedził trzy inne brazylijskie kluby. Wymienić tu warto CSA, w którym po raz pierwszy udowodnił, że co jak co, ale strzelać to on potrafi – ponad 30 bramek w 52 meczach robiło wrażenie. Na tyle dobre, że niedługo po tym drzwi otworzyła przed nim Europa. I nikogo chyba nie zdziwi, że trafił do Portugalii.

Do Brazylii miał jeszcze wrócić, pod koniec swej kariery, gdy grał już bardziej dla przyjemności niż czerpania zysków z futbolu. Później był tam scoutem, prowadził też różnego rodzaju interesy (m.in. miał swój hotel). Ale to, co najlepsze w jego karierze, nieodłącznie związane jest z Hiszpanią. W jego rodzinnym kraju nigdy do końca nie poznano się na jego talencie – gdy w Primera División strzelał bramkę za bramką, Vanderlei Luxemburgo, ówczesny trener reprezentacji Canarinhos twierdził, że „nie zna człowieka”. No cóż…

Dwa sezony magii

Scena druga. Miejsce akcji: Málaga. Po nieudanej przygodzie (mimo awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej) z Salamancą, nasz bohater odżył w Leganés, gdzie pogrywał sobie m.in. z Samuelem Eto’o. To z tego klubu wyciągnęli go Boquerones. Do dziś trzeba to rozważać w kategoriach jednego z najlepszych transferów w historii Málagi.

Czwarta kolejka drugiej ligi w sezonie 1998/99. To wtedy się zaczęło. W 53. minucie Catanha wpakował piłkę do siatki, wyprowadzając gości na prowadzenie. Choć Recreativo, ich ówczesny rywal, zdołało doprowadzić do wyrównania w samej końcówce meczu, to istotne było tu przełamanie brazylijskiego napastnika.

Po nim już więcej nie czekał – zaczął strzelać mniej więcej w tempie kałasznikowa, tyle że bardziej niezawodnie. Sezon kończył z 26 trafieniami. Rok później? 24 gole, ale o klasę rozgrywkową wyżej. Lepszy od niego był tylko Salva Ballesta – jeśli nie najbardziej zaskakujący, to znajdujący się w ścisłym TOP 3 w tej kategorii, zdobywca nagrody Pichichi. Tak znakomite statystyki sprawiły, że po Catanhę zgłosiła się Celta Vigo, wówczas mająca duże ambicje. Wyłożyła na niego zresztą dużą sumę – 2,3 miliona peset. Ilość pieniędzy odpowiadająca oczekiwaniom.

Mewa

Przez całe swoje życie Catanha nosił jeden przydomek. Właśnie „Catanha”, co oznacza „Czerwonego Kraba”, a jego geneza związana jest podobno z kolorem skóry piłkarza. Niektórzy zaczęli jednak nazywać go też „Mewą”. Wzięło się to od jego charakterystycznych cieszynek, w których naśladował tego ptaka. Ale skąd się wzięły cieszynki?

To się pojawiło przed meczem z Las Palmas. Byliśmy na Wyspach [Kanaryjskich – przyp. red.] i, spacerując całą drużyną po plaży, obserwowaliśmy mewy latające nad nami. Stąd wziął się ten pomysł

Historia prosta, podobnie jak i cieszynka. Jednak do dziś Brazylijczyk kojarzony jest głównie z tego, że po golu biegł i machał rękami. Pamięć kibica wybiórczą jest?

Euforia i jej koniec

Vigo. Cztery sezony. Tyle trwał pobyt Catanhy w Galicji. Podzielmy tę scenę na kilka ujęć.

Ujęcie pierwsze. Sezon 2000/01 – transfer naturalizowanego Hiszpana wydaje się spłacać. 21 bramek w 55(!) meczach, w których wystąpił to nie jest wynik tak fenomenalny jak ten z Málagi, ale wciąż bardzo dobry. Celta dochodzi do ćwierćfinału Pucharu UEFA, gra w finale Copa del Rey i zajmuje niezłe, szóste miejsce w lidze.

Ujęcie drugie. Sezon 2001/02 – 42 mecze, 19 goli. Mniej rozegranych spotkań to efekt szybkiego pożegnania z pucharami – krajowym i europejskim. Celta wykorzystuje to jednak w lidze, gdzie wspina się na piątą lokatę. Coraz bliżej upragnionej Ligi Mistrzów.

Ujęcie trzecie. Sezon 2002/03 – 22 mecze, 5 goli. Catanha powoli wypadał ze składu, aż pod koniec sezonu nie grał wcale, lub wchodził na ogony. Ostatniego gola strzelił jeszcze w grudniu 2002 roku. Celta nie ma goleadora z prawdziwego zdarzenia, ale znakomicie gra z tyłu – jej bramkarz, Pablo Cavallero, zdobywa Trofeo Zamora. To skutkuje czwartym miejscem w lidze. Catanha cieszy się wraz z kolegami, bo wie, że na to czekało całe Vigo – przed Celtą Liga Mistrzów.

Ujęcie czwarte. Sezon 2003/04 – 11 meczów, 1 gol. Ostatnie spotkanie nasz bohater zalicza w styczniu. Pożegnany gol to grudniowy mecz z Osasuną. Celta nie wytrzymuje tempa rywalizacji na kilku frontach, załamuje się jej projekt. Czwarta siła Primera División sprzed sezonu teraz z hukiem spada do Segunda. Catanha w tym czasie gra na wypożyczeniu w Rosji, ale później powie, że to „pierwszy raz w życiu, gdy żałuje jakiejkolwiek decyzji”.

Po sezonie przygarnia go Belenenses, ten sam klub, który przyprowadził go do Europy. Nie zagościł tam jednak na długo, rozpoczynając swoją tułaczkę po niższych ligach.

Reprezentacja

Szkoda, że licznik reprezentacyjnych występów Catanhy zatrzymał się na zaledwie trzech. Zaufał mu José Antonio Camacho, powołując na mecz z Izraelem. Później przyszły jeszcze starcia z Austrią i Holandią. Nie zdobył w nich ani jednego gola, choć prezentował się z niezłej strony.

Pamiętam swoje powołanie do reprezentacji Hiszpanii. Świętowaliśmy to bardzo miło: moja żona, rodzina i ja. To był bardzo specjalny dzień, coś, czego nigdy nie zapomnę. Dla piłkarza gra w reprezentacji to jedno z największych osiągnięć w profesjonalnej karierze wspominał po latach.

Czy mógł osiągnąć w niej więcej? Zapewne tak. Podobnie w piłce klubowej, ale w obu przypadkach czegoś zabrakło. Mimo tego Catanha na zawsze zapisał się w pamięci fanów. Nawet jeśli tylko w Máladze.

Koniec filmu. Happy end? To już zależy od punktu widzenia.

Autor: SEBASTIAN WARZECHA
Twitter: @sebwarzecha

***

Oglądaj mecze La Liga na kanałach ELEVEN w jakości HD i z polskim komentarzem

Udostępnij:

Komentarze (4)

Gorące tematy