Następny mecz:  Barcelona  -  Deportivo     ·  Niedziela, 17 grudnia 20:45  ·  16. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

La Otra Liga: Niezłomna Girona. Od widma likwidacji po awans do La Liga

 23 września 2017, 12:21

 ¡Olé! Magazyn

 6 komentarzy

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.


Do Primera Divisón zawita nowy debiutant, lecz jego droga do La Liga nie była usłana różami. Rozciągała się ona na kilka ostatnich lat pełnych bezowocnych prób i zawirowań. Marsz Girony raz zatrzymywały długi, zagrożenie likwidacją i właściciel zamieszany w milionowe przekręty w Polsce, innym razem brak zimnej krwi w kilku minutach decydującego meczu. Dziś jest beniaminkiem La Liga w rękach inwestorów Manchesteru City.

Zacznijmy opowieść od początku. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, była sobie mała, malownicza miejscowość, gdzie średniowieczna starówka spotyka się z osiedlem przypominającym eksponat z miejscowego muzeum Salvadora Dali. 87 lat temu zawitała tam moda na kopanie piłki i tak narodziła się futbolowa drużyna. Mijały lata bez większych sukcesów i trosk spędzone głównie na trzecim poziomie rozgrywek, a lokalnym kibicom piłkarskim bliższe sercu były szaliki w barwach Barcelony. Wtem pojawił się on, Josep Delgado Herrera – biznesmen z workiem pełnym pieniędzy, którego firma MRA Group eksploatowała kopalnie miedzi i niklu w Demokratycznej Republice Konga i eksportowała metale po całym świecie. W 2010 roku wykupił drugoligową wówczas Gironę i obiecał szybki awans do La Liga, budowę nowego stadionu oraz akademii sportowej. Miało być jak w bajce, a wyszło jak zawsze. Aczkolwiek początki były obiecujące. Systematycznie zwiększano budżet klubu, powstało boisko treningowe, wyremontowano biura i wprowadzono pomniejsze zmiany na wiekowym, miejskim, dziewięciotysięcznym stadionie Montilivi, żeby dostosować go do wymogów LFP. Za czasów Delgado Girona dwukrotnie uczestniczyła w barażach i ocierała się o awans (2012/13 i 2014/15), choć w międzyczasie niemal pożegnała się z drugim poziomem rozgrywek. Wszystko to miało jednak swoją cenę.

Starówka w Gironie / Fot. The Telegraph

W 2012 roku, dwa lata po pojawieniu się Josepa Delgado w klubie, wybuchła afera. Do Hiszpanii wpłynął Europejski Nakaz Zatrzymania wystawiony na wniosek polskiej prokuratury. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ustaliła bowiem, iż biznesmen zarządzał siecią spółek rozsianych w różnych zakątkach świata, od Polski po Amerykę Południową, które wyłudzały podatek VAT sprzedając sobie nawzajem w fikcyjnych transakcjach miedziany i niklowy złom. Tylko nasz Skarb Państwa miał utracić na tym procederze 120 milionów złotych. Początkowo Delgado sam zgłosił się do hiszpańskiego wymiaru sprawiedliwości. Przez chwilę przebywał w areszcie i próbował składać wyjaśnienia przed tamtejszym sądem, aby uniknąć ekstradycji do Polski. Hiszpanie od razu powinni go przekazać polskim władzom, lecz ze względu na wniosek prawników biznesmena do hiszpańskiego Sądu Najwyższego, wypuścili go. Kiedy Delgado zorientował się, że jest na straconej pozycji, rozpłynął się w powietrzu. Kłopoty właściciela odbiły się na klubie, ponieważ już w grudniu 2012 roku nastąpiły cięcia w budżecie Girony. Nagle, w środku sezonu okazało się, że z zaplanowanych ośmiu milionów euro w kasie Los Albirrojos było niespełna 4,5. Skutek był oczywisty – pojawiły się problemy z wypłatami dla piłkarzy, opłacaniem rachunków czy podatków. W końcu klub został objęty postępowaniem upadłościowym. Tymczasem Delgado pozostawał w ukryciu, choć zdarzało mu się udzielać wywiadów dziennikarzom sportowym. Został aresztowany dopiero w zeszłym roku w Sewilli, wydany Polsce i zamknięty za kratkami.

Girona, stare osiedle nad rzeką / Fot. The Telegraph

Dobra zmiana

Zanim jednak doszło do zatrzymania Josep Delgado pozbył się swoich 80 % udziałów w katalońskim klubie. Czas go naglił. Nad Gironą wisiały długi na 4,5 milionów euro, z czego ponad dwa miliony były zobowiązaniami wobec skarbówki. Gdy w kwietniu 2015 roku piłkarze Los Albirrojos toczyli bój o bezpośredni awans, w zaciszu gabinetów walczono o uniknięcie likwidacji klubu. Jedynym ratunkiem była sprzedaż.

W końcu po miesiącach pytań, półprawd, ponad półrocznych, nieskutecznych negocjacjach Delgado z potencjalnym, argentyńskim nabywcą, właściciel Giorny wybrał opcję „B”. Pojawiła się ona na horyzoncie niemal w ostatniej chwili i była nią grupa hiszpańskich inwestorów, która zastrzegła w klauzuli umowy kupna, by nie ujawniać nazwy ich spółki. Wedle Diario Gol należeli do niej Pere Guardiola, agent piłkarski i brat Pepa – szkoleniowca Manchesteru City – oraz hiszpański baron medialny Jaume Roures, w 1/3 właściciel Mediapro. Podobno opłacili oni zaległe podatki na 2,3 miliona euro, aby uratować Gironę przed bankructwem. Po czym dwa miesiące później, już po zakończeniu sezonu, kataloński klub trafił do TVSE Futbol należącej do Samira Boudjemaa. Spółka zajmuje się doradztwem w zakresie PR i komunikacji. Pośrednio kontroluje ją TV Sport Events, w której prezesem jest Jean-Louis Dutaret, a Boudjemaa widnieje na liście płac jako dyrektor generalny. Obaj panowie pełnili wcześniej te same funkcje w Canal+ Events. Inwestorzy w specjalnie wydanym oświadczeniu zapowiedzieli, iż „Girona będzie klubem zarządzanym przez Katalończyków” oraz zamierzają stworzyć „długoterminowy, solidny projekt, który zagwarantuje dobrą drużynę”. Klub miał poświęcić dużo uwagi rozwojowi młodzieży oraz wypracowaniu własnego stylu gry. Już na wstępie widzimy różnicę. Francuzi nie obiecywali gruszek na wierzbie i śliwek na sośnie, jak zrobił to Josep Delgado, lecz składali ostrożne i możliwe do spełnienia deklaracje.

Właściciele Girony, Jean-Louis Dutaret i Samir Boudjemaa / Fot. Palco23

Pan zewnętrzny konsultant

W sprzedaży Los Albirrojos uczestniczyła firma Media Base Sports, która należy do wspomnianego Pere Guardioli. Z jednej strony to agencja piłkarska, której klientem jest chociażby Luis Suárez, Andrés Iniesta czy zawodnik Wisły Kraków, Julián Cuesta. Z drugiej, zajmuje się również pośrednictwem w sprzedaży praw telewizyjnych do spotkań Primera División np. na rynek azjatycki. Jej udziałowcem jest zresztą Mediapro, hiszpański gigant medialny i dystrybutor praw do transmisji meczów La Liga poza granicami kraju. Możliwe zatem, że to Media Base Sports była tajemniczym właścicielem Los Albirrojos przez niespełna dwa miesiące. Wyjaśniałoby to także późniejszą rolę Guardioli. Pere cieszył się zaufaniem ze strony francuskich inwestorów i dlatego został „zewnętrznym konsultantem”  Girony, co w praktyce dawało mu olbrzymi wpływ na obsadzanie stanowisk w klubie. Francuzi wrócili bowiem do swoich biznesów, pozostawiając Katalończykowi pieczę nad ich projektem. Latem zeszłego roku Pere Guardiola i jego firma pośredniczyła również w wykupieniu przez Chińczyków pakietu kontrolnego Granady od rodziny Pozzo (właściciele Udinese i Watfordu) i zastosowano tam identyczne rozwiązanie. Pere został prawą ręką nowego, głównego udziałowca i choć nie zajmował żadnego stanowiska w klubie, był tym, który u Los Rojiblancos rozdawał karty. Jednakże skończyło się to dla Granady fatalnie, relegacją do Segundy. Dlaczego w Gironie nie do doszło do podobnej katastrofy?

Pep i Pere Guardiola / Fot. via Twitter

W drużynie Los Albirrojos zmiana właściciela przyniosła głównie stabilizację finansową. W grudniu 2015 roku klub wziął pożyczkę od TVSE Futbol na 3,8 miliona euro, żeby zbilansować budżet. Roszady w kierownictwie nie dotknęły drastycznie pionu sportowego. Trener Pablo Machín i dyrektor sportowy Quique Cárcel pozostali na swoich stanowiskach i do dziś wykonują w Gironie doskonała pracę. Zespół co prawda dosięgały rewolucje, ale to norma na tym poziomie rozgrywek. Niemniej Cárcel, choć nie dysponował wsparciem żadnego skauta i miał bardzo ograniczone środki, stawał na głowie, żeby za każdym razem sformować tanią, głodną sukcesów i solidną drużynę. I co ważniejsze, wiedział jak to zrobić. Dzięki temu została zachowana ciągłość, nie zaprzepaszczono owoców pracy wykonanej wcześniej przez kompetentnych pracowników, lecz stały się one fundamentem do dalszego rozwoju. W Granadzie czystki były kompletne. Do tego stopnia, że skutecznie wymazano ją z listy klubów La Liga.

Koniec syzyfowej pracy

W ostatnich pięciu latach Girona trzykrotnie uczestniczyła w barażach o awans do najwyższej klasy rozgrywek. Raz odpadli już ćwierćfinałach z Realem Saragossą, a dwukrotnie ulegali w rozstrzygającym dwumeczu przyszłemu beniaminkowi, najpierw Almeríi, a rok temu Osasunie. Dobijali się do bram La Liga, lecz te pozostawały dla nich zamknięte. Kryzys wewnątrz klubu i problemy finansowe zrobiły swoje. Los Albirrojos zamiast o obiecywany przez Delgado awans, w sezonie 2013/14 toczyli bój o utrzymanie. Czołgali się po dnie tabeli, aż w marcu ławkę trenerską objął Pablo Machín, przez swoją krótką karierę piłkarską oraz trenerską związany Numancią. Podjął się rzeczy z pozoru niemożliwej i uratował Gironę przed degradacją w trzynastu spotkaniach sięgając po 21 punktów.

"Każdy może zawieść, ale nikt nie powinien stać bezczynnie" – Pablo Machin

Jednakże przełomowa kampania 2014/15 wcale nie zapowiadała się lepiej. Gdy nie wiadomo było czy klub w ogóle przetrwa, gdy zawodnicy nieregularnie otrzymywali swoje wypłaty, ponieważ budżet płac był drugim najniższym w całej lidze i wynosił zaledwie dwa miliony euro, wszyscy spodziewali się powtórki z rozrywki. Jednakże wówczas, na przekór wszelkim przeciwnościom i wbrew logice, drużyna spisywała się wręcz wyśmienicie. Na finiszu rozgrywek ustępowali w tabeli jedynie Realowi Betis. Kiedy wiosną okazało się, że Girona jednak przetrwa, piłkarze mogli uczcić to bezpośrednią promocją z drugiego miejsca. W ostatniej kolejce potrzebowali jedynie zwycięstwa nad Lugo, które nie rywalizowało już o nic. Do 88 minuty prowadzili 1:0 i wtem, po jednej akcji, marzenie wyślizgnęło im się z rąk. Spotkanie zakończyło się remisem, na czym skorzystał Sporting Gijón. Asturyjczycy wygrali bowiem wyjazdowy mecz ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi, Los Beticos. Katalończykom pozostawały baraże. Tam rozbili na wyjeździe Real Saragossę 3:0, tylko po to, by na własnym stadionie ulec jej 1:4.

Pablo Machín z nagrodą dla najlepszego trenera Segundy División za sezon 2014/15 / Fot. via @LaLiga

Girona była jak Syzyf. Wtaczała olbrzymi głaz na samą górę, żeby tuż przed szczytem zobaczyć, jak spada on z powrotem w przepaść. I tak co sezon. Oczywiście do czasu. Trzeci rok z Pablo Machínem na ławce szkoleniowej wreszcie wynagrodził kibicom wszystkie zawody i siwe włosy wywołane postawą ich ulubieńców. Los Albirrojos nie zamierzali znowu odpadać w play-offach, więc dla pewności okopali się na pozycji wicelidera i skutecznie bronili jej do końca kampanii. Promocji byli pewni po przedostatniej. To wszystko z przeciętnym budżetem na 9,5 miliona euro. Wyższym niż w poprzednich latach za sprawą nowego podziału ze sprzedaży praw telewizyjnych. Porównywalnym do beniaminka Cádiz, a znacznie niższego od mistrza - Levante (25,2 mln), trzeciego w lidze Getafe (23 mln) czy relegowanej Mallorki (18,5 mln). Olbrzymie zasługi w przełamaniu klątwy ma Quique Cárcel, ze swoim popisowym numerem. Jak co sezon w poszukiwaniu zawodników wybrał się do trzeciej ligi, ponownie z powodzeniem, gdyż wyciągnął z Albacete nowego lidera Girony, Portu. Ofensywny pomocnik ukształtowany piłkarsko przez Valencię, szturmem zdobył Segundę strzelając w sezonie osiem goli i zapisując na swym koncie tyle samo asyst. Wraz z Pere Ponsem, wychowankiem Los Albirrojos, oraz urodzonym w Gironie Álexem Granellem stanowili trzon drugiej linii zespołu.

Trajektoria Girony w sezonie 2016/17 / Źródło: Transfermarkt

Jednakże palma pierwszeństwa oraz miano największego ojca sukcesu należy się Pablo Machínowi. Szkoleniowiec wypracował styl drużyny oparty na ustawieniu 3-5-2, które przyniosło tak fantastyczne wyniki. 42-latek poszukiwał idealnego balansu między defensywą, a ofensywą. Girona 2015/16 wpuściła zaledwie 28 goli, ale to co dało awans Elche czy Eibarowi nie przyniosło go Katalończykom, ze względu na słabszą od nich postawę pod bramką rywala (46). Girona 2016/17 stała się najlepszym zespołem Segundy Divisón pod względem zdobyczy bramkowych (65), pomimo iż najbardziej liczący się napastnik klubu, Włoch Samuele Longo, nie zmieścił się nawet w pierwszej dziesiątce klasyfikacji króla strzelców drugiej ligi. Los Albirrojos Machína porównywani są do Atlético, ponieważ podejmowali rękawicę i często wygrywali rywalizację z drużynami bogatszymi od nich, a przy tym w najważniejszych momentach sezonu zawodzili jak Los Rojiblancos w finałach Ligi Mistrzów. Ponadto na boisku dają z siebie wszystko i starają się dbać o najmniejsze detale, zwłaszcza przy stałych fragmentach. Pablo Machín przywiązuje olbrzymią wagę do strategii. Jego piłkarze „wiedzą jak mają bronić i jak poruszać się w ataku” – zapewnia szkoleniowiec.

Girona City

Awans otworzył Gironie drzwi nie tylko do La Liga. Jeszcze wcześniej Pere Guardiola wykorzystał swoje kontakty w Manchesterze City i doprowadził w do nawiązania nieformalnej współpracy pomiędzy Obywatelami i Los Albirrojos. Angielski gigant poczynając od sezonu 2015/16 wypożyczał do katalońskiego klubu swoich zawodników, którzy mogliby przydać się Gironie. Z pięciu użyczonych w przeciągu dwóch lat piłkarzy, czterech było jedynie rezerwowymi. Wyjątkiem był Florian Lejeune, ale jego przypadek należy do bardzo specyficznych. Obecny stoper Eibaru był wynalazkiem Quique Cárcela, który wyciągnął go z rezerw Villarrealu. W Gironie Lejeune stał się kluczowym zawodnikiem pierwszego składu, po czym w 2015 roku Francuza wykupił Manchester City za jedyne 300 tys. euro i wypożyczył z powrotem do Los Albirrojos, gdzie ponownie rozegrał bardzo dobry sezon. Następnie Obywatele sprzedali go do Eibaru z pięciokrotną przebitką. W ostatniej kampanii należący do The Citizens młodzi obrońcy Pablo Maffeo oraz Pablo Marí zaliczyli w drugiej lidze łącznie nieco ponad 1600 minut. Zatem wkład piłkarzy angielskiego klubu w awans był bardzo znikomy. Ale to nie jedyne pole, na którym odbywa się współpraca. Jeszcze w czerwcu Quique Cárcela i Pablo Machín odbyli podróż do centrum treningowego Manchesteru, gdzie zapoznawali się z technologią stosowaną przez Obywateli.

"Teraz nie będą mogli dawać szans młodym piłkarzom na zdobywanie doświadczenia. Muszą wygrywać i potrzebują zawodników, którzy rozegrają w Gironie bardzo dobry sezon. […] Jeśli możemy jakoś pomóc, z chęcią wyciągniemy do niej dłoń" – mówił w czerwcu Pep Guardiola

Pod koniec sierpnia tego roku współpraca między klubami przerodziła się w znaczniej poważniejszy krok. Właściciele City Football Group, do których oprócz Manchesteru należy również: New York City, Melbourne City, urugwajski drugoligowiec CA Torque oraz 20% udziałów w Yokohama Marinos, dodali do tej listy Gironę. Należy do nich obecnie 44,3% katalońskiego klubu, a drugie tyle znajduje się w rękach firmy należącej do Pere Guardioli. Przejęcie nie wiązało się jednak ze znaczącymi zmianami w klubie. „Tożsamość Girony nie jest zagrożona” – przekonywał jeszcze przed dopełnieniem formalności prezydent Los Albirrojos, Delfí Geli (wychowanek klubu, były piłkarz Barcelony, Atlético, w trykocie Deportivo Alavés uczestniczył w słynnym finale Pucharu UEFA przeciwko Liverpoolowi). Czerwono-białe barwy strojów domowych nie zostaną wycofane. Katalończycy już od poprzedniej kampanii wprowadzili z kolei błękitny, wyjazdowy zestaw, łudząco przypominający ten, w których występują zawodnicy The Citizens. Los Albirrojos w tej układance są niemal klubem filialnym wobec Obywateli, gdzie ogrywać mają się zawodnicy, którzy nie mieszczą się w pierwszej kadrze angielskiego zespołu. W obecnym składzie Katalończyków jest ich pięciu. Ponadto w myśl przepisów, w europejskich pucharach nie mogą uczestniczyć dwa kluby mające tego samego właściciela, a zatem teoretycznie rozwój Girony na miarę np. Villarrealu nie byłby dla City Football Group wskazany. Jednakże ten problem może omijać rozwiązanie z obecnością w klubie Pere Guardioli. CFG może argumentować, iż nie posiada pakietu kontrolnego Girony, ani nie jest nawet największym z udziałowców.

Wyjazdowa koszulka Girony w sezonie 2016/17 / Fot. Girona FC

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, to nie wkład finansowy nowych inwestorów będzie miał największe znaczenie dla Girony. Dzięki promocji do La Liga przychody ze sprzedaży praw telewizyjnych wzrosną w klubie z 6,3 mln do 40. To te pieniądze pozwoliły im na przeprowadzenie niezbędnych wzmocnień w kadrze. Opłacenie wynagrodzenia byłego bramkarza Athleticu, Gorki Iraizoza, Marca Muniesy, Cristhiana Stuaniego, wykupienie za 4,5 mln Bernardo Espinosy, przedłużyła kontrakt do 2021 z Portu i Pere Ponsa do 2020.

Po wszystkich przejściach Los Albirrojos nie straszne są wyzwania rzucone przez La Liga, wręcz wyczekiwali ich z utęsknieniem. Dla nich zwycięstwem jest chociażby to, iż niektóre dzieci odwiedzające stadion Montilivi na pytanie: „Komu kibicujesz?”, odpowiadają wymieniając swoją lokalną drużynę przed Barceloną. Przez ich małą Gironę przeszło wiele sztormów, ale upór pozwolił jej przetrwać i dotrzeć do celu. Do Primery.

Autor: TOMASZ ZAKASZEWSKI
Twitter: @T_Zakaszewski

***

Oglądaj mecze La Liga na kanałach ELEVEN w jakości HD i z polskim komentarzem

Udostępnij:

Komentarze (6)

Gorące tematy