Następny mecz:  Alaves  -  Barcelona     ·  Sobota, 26 sierpnia 18:15  ·  2. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Fanfiction: Życie po śmierci

 4 sierpnia 2017, 22:12

 Sylwia Ruła

Źródło: własne

 60 komentarzy

Fanfiction: Życie po śmierci

Chwilami bardzo mocno żałuję, że wraz z zakończeniem sezonu moje wspomnienia związane z piłką nożną nie idą w zapomnienie. Być może wtedy mogłabym bardziej ekspresyjnie reagować na kolejne rozstrzygnięcia boiskowe, martwić  się formą klubów na początku rozgrywek, cieszyć na nowo z każdej sztuczki technicznej. Być może wtedy transfer Neymara mógłby mnie zdziwić, zezłościć i wpędzić w panikę w kontekście przyszłości klubu. Niestety, a może i „stety”, nic takiego nie ma miejsca.

Odejście z Barcelony jednego z najlepszych zawodników na świecie wciąż jest dla mnie sporą sensacją, jednak nie zaszokowało mnie tak, jak powinno. Warto pamiętać, że zanim Neymar został piłkarzem Dumy Katalonii (ba! nawet  zanim został piłkarzem), był Brazylijczykiem. Obywatelem kraju niezwykle rozwarstwionego społecznie, religijnie, etnicznie i ekonomicznie, spojonego w jedną całość od niespełna dwóch wieków. Właśnie w tym państwie na niezwykle podatny grunt padła koncepcja prostej gry zwanej piłką nożną, która z czasem stała się jednym z istotnych elementów kultury, zaś po kolejnych zdobytych mistrzostwach świata jednym z budulców tożsamości narodowej. Wspominam jednak o tym nie dlatego, by próbować deprecjonować decyzję Neymara, przywołując archetyp „przegranej kariery cudownego dzieciaka z Brazylii”. Jego pochodzenie jest o tyle ważne, że wskazuje na pewnien aspekt, którego ja także do niedawna nie uważałam za zbyt istotny. Mianowicie: nie wszędzie postrzega się piłkę nożną tak, jak w Europie. Europejczycy, z charakterystyczną dla siebie nutką snobizmu, ułożyli sobie wizję idealnej kariery piłkarskiej, która polega na spędzeniu całego życia, będąc przykutym do jednego klubu miłością ślepą i bezwarunkową. Jednak dyscyplina, będąca dla nas przede wszystkim grą podszytą lokalnym patriotyzmem dla Afrykanina będzie sposobem na wydostanie się z nędzy, dla Azjaty po prostu rozrywką, a dla Brazylijczyka? Spektaklem, sceną, na której powstają legendy na miarę bohaterów narodowych. Gdy Europejczyk mówi o świetnym piłkarzu, widzi gracza zespołowego, zdolnego do utrzymania ponad dziewięćdziesięcioprocentowej celności podań. Brazylijczyk widzi świetnego technicznie dryblera z ogromnym wachlarzem sztuczek. Tam, gdzie kibic Barcelony dopatruje się zdrady, szargania świętości i obrazy klubu, Neymar upatruje szansy na budowanie własnej legendy, godnej Ronaldo, Romario czy Ronaldinho. Wybrał do tego PSG, tak jak niegdyś Argentyńczyk Maradona Napoli, i sam zgodził się na to, by od teraz odbierać jego karierę zerojedynkowo. Od teraz wszystko, co nie będzie spaktakularnym sukcesem, zostanie potraktowane jako jego porażka.

Wbrew pozorom to, czy katalizatorem jego decyzji okazały się pieniądze, projekt sportowy PSG, czy mityczny „cień Messiego”, nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Wszystko sprowadza się do jednego stwierdzenia: dla barcelońskiej jedenastki kariera Neymara-piłkarza nie jest jednoznaczna z karierą Neymara-piłkarza-Barcelony. Nawet jeśli wiąże się to z wielomilionowymi transakcjami i zamieszaniem w prasie, transfer do PSG jest wyłącznie decyzją zawodnika X o grze dla klubu Y i nie powinien być odbierany jako coś niemoralnego. Niemoralne jest projektowanie karabinów z myślą o długości przedramienia nastolatków. Tutaj mowa jest o piłce nożnej. Najbardziej wpływowej społecznie grze, ale wciąż tylko grze. Oczywiście wspomniany wyżej gracz X na nieszczęście dla nas jest trzecim najlepszym piłkarzem na świecie, a sama kwota klauzuli dwukrotnie przekroczy poprzedni rekord transferowy. Brak Neymara z pewnością będzie niepowetowaną stratą wizerunkową i marketingową, jednak sportową i instytucjonalną wcale być nie musi. Co więcej, przy odpowiednich przedsięwzięciach, będzie ją można przekuć w sukces.

Barcelona bije rekord kwoty sprzedaży zawodnika po raz piąty, jednak poprzednie przykłady prób radzenia sobie z pełną kieszenią i dziurą w zespole nie napawają optymizmem. Także i w tym przypadku można spodziewać się, że zwiedzione zapachem pieniędzy kluby z całego świata wielokrotnie zawyżą ceny zawodników, po których zgłosi się Blaugrana. Dla potencjalnych sprzedawców Barcelona śmierdzi desperacją. Dowcip polega na tym, by samemu nie dać się temu smrodowi odurzyć. Wszyscy, na czele z kibicami, spodziewają się po zarządzie chęci przykrycia odejścia Neymara „nazwiskami”. Owszem, młody, obiecujący skrzydłowy jest niezbędny w obecnej sytuacji, jednak tutaj „absolutne must have” się kończą. Dla samego Ernesto Valverde obecna sytuacja, oprócz tego, że jest z pewnością zakłóceniem w przygotowaniach do sezonu, jest też niesamowitą szansą. Kosmicznej wielkości budżet transferowy i odejście kluczowego zawodnika umożliwiają nowemu trenerowi stworzenie czegoś własnego. Co prawda nie można tego nazwać budowaniem zespołu od zera, jednak właśnie to „dobranie” dwóch czy trzech piłkarzy zadecyduje o stylu gry w erze Valverde. Jeśli Hiszpan postanowi, że do jego wizji pasują Dembele i Coutinho, ma wszelkie środki, by ich pozyskać. Jeśli uzna, że chce grać Deulofeu i Aleñą, także ma do tego prawo. Jeszcze nikt nie wygrał trofeów na papierze i nie stanie się tak teraz. Dopóki sezon nie dobiegnie końca Valverde ma u mnie czystą kartę. Jego decyzje, podobnie jak decyzje Neymara, będzie można ocenić dopiero w przyszłości, jakkolwiek niezrozumiałe mogłyby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Jeśli chodzi o skutki rozbicia tria MSN, będą one możliwe do zneutralizowania tylko przez kolektyw. Nawet najlepszy skrzydłowy nie zastąpi Neymara 1 do 1, nie tylko sportowo, ale także pod względem poziomu zrozumienia z resztą napastników. Nie jest to możliwe od tak, z miejsca. Messi i Suárez bez przerwy szukali gry z Brazylijczykiem. Zawłaszcza w poprzednim sezonie dały znać o sobie wszelkie konsekwencje takiego układu. Nasz tercet był w stanie rozstrzygnąć na korzyść zespołu najbardziej beznadziejny mecz, to prawda, lecz niemal zupełnie znosił także ciężar zdobywania bramek z pozostałych zawodników. Boczni obrońcy byli rozleniwieni, pomocnicy niechętnie podejmowali ryzyko. Jeśli brak Neymara ma być możliwie mało zauważalny, w proces musi zaangażować się cała drużyna, nie tylko nowy skrzydłowy. Niezależnie od publicznych deklaracji, dla samych kolegów z szatni odejście Brazylijczyka jest ciosem zarówno sportowym, jak i mentalnym. Nie często zdarza się, by tak istotny zawodnik decydował się dobrowolnie opuścić Dumę Katalonii, dlatego też każda osoba związana bezpośrednio z klubem chciała dołożyć swoje trzy grosze w przekonaniu go do pozostania. Ci zawodnicy nie zwykli tkwić w marazmie po jakiejkolwiek porażce i mam głęboką nadzieję, że i tym razem obudzi się w nich sportowa złość i chęć udowodnienia mu pomyłki.

Z drugiej strony pozostaje także kwestia samych pieniędzy. 222 miliony euro to zbawienna kwota w rękach rozsądnego człowieka i przerażająca w rękach głupca. W przeszłości zarząd Barcelony aż nadto często miał w zwyczaju szczędzić grosza tam, gdzie nie trzeba, po czym wydawać miliony w posunięciach z góry skazanych na porażkę. To, co zrobią teraz, niepokoi mnie równie mocno jak każdego innego kibica. Umiarkowanym optymizmem może napawać fakt, że rządząca junta ma nad sobą widmo wotum nieufności, a niejednokrotnie udowodniła, że jeśli na czymś się zna, to na skutecznym trzymaniu się stołka. Umiejętne sprowadzenie i sprzedaż zawodników, zredukowanie długów za resztę kwoty, rozpoczęcie budowy stadionu i uniknięcie zaciskania pasa na czas jego budowy - tylko to może uratować głowy członków zarządu. Pomimo wszelkich antypatii, oby tym razem nie powinęła im się noga.

Teraz, na początku sierpnia, Barcelona ma wszystkie karty w ręku. Osiągała sukcesy na długo przed przyjściem do klubu Neymara i z pewnością będzie je osiągać na długo po jego odejściu. Gra toczy się jedynie o to, jak długo przyjdzie na nie poczekać.

Udostępnij:

Komentarze (60)

Gorące tematy