Następny mecz:  Juventus  -  Barcelona     ·  Sobota, 22 lipca 18:00  ·  1. kolejka International Champions Cup   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

La Otra Liga: Kryzysowe Las Palmas

 14 maja 2017, 16:05

 ¡Olé! Magazyn

 Brak komentarzy

La Otra Liga: Kryzysowe Las Palmas

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.


Związek Quique Setiéna i drużyny Las Palmas wydawał się małżeństwem idealnym. On uratował ją przed upadkiem, zachęcał do śmiałości i bycia sobą. Ona rozkwitła i pokazała swoje zjawiskowe oblicze, lecz z czasem pojawiła się i ciemniejsza strona. Wyszły na jaw jej problemy z alkoholem, trudny charakter za bardzo dawał się we znaki. On stracił cierpliwość i zaczął szukać sobie kogoś na boku, a sielankowy krajobraz zamienił się w składowisko toksycznych odpadów.

Pierwszym sygnałem, że na zapleczu Las Palmas nie wszystko funkcjonuje jak należy, poza samą sytuacją w tabeli, pojawiły się jeszcze w poprzednim sezonie. Był to pierwszy odcinek z serii przypadków Sergio Araujo, choć akurat główną rolę odegrał w nim jego kolega z drużyny, Nauzet Alemán. Napastnik i pomocnik świętowali porażkę zaledwie 1:2 z Barceloną w jednej z dyskotek, co w toku imprezy nie spodobało się kilku kibicom Las Palams. Nauzet nazywany „Bestią” trafił do szpitala z rozcięciem na twarzy, założono mu osiemnaście szwów. Sergio był w tym samym lokalu w stanie wskazującym na spożycie, podobno nie widział co się stało koledze, ale też był zaczepiany. Aleman nie dotarł na poranny trening, Argentyńczyk pojawił się, ale zbyt „zmęczony”, żeby wykonywać jakiekolwiek ćwiczenia. Kanaryjski pomocnik rozstał się z klubem po zakończeniu tamtej kampanii, Sergio został i bawił się dalej.

W telegraficznym skrócie. Przyłapano go po pijaku za kierownicą samochodu, odmówił podania się drugiej kontroli alkomatem – na lepszym sprzęcie, którego wyniki są dowodem podczas rozprawy – i obrzucił stekiem wyzwiskami funkcjonariuszy. Sprawa trafiła do sądu, bo odmowa kontroli też jest karalna. Dostał wyrok – pozbawienie prawa jazdy na dwa lata i zawiasy na dziewięć miesięcy. Odwołał się, co pozwoliło mu zachować tymczasowo prawko, po czym kilka tygodni po ogłoszeniu wyroku znowu dał się złapać jadąc na podwójnym gazie. Na szczęście dla niego, tylko nieznacznie przekroczył dozwolone 0,5 promila (miał 0,64), co kwalifikowało się jedynie jako wykroczenie. Miało to miejsce w styczniu tego roku, tuż przed jego wypożyczeniem do Grecji. W świetle ostatniej decyzji sądu wydanej pod koniec kwietnia, Argentyńczyk przez rok będzie pozbawiony prawa jazdy, a w przypadku popełnienia przestępstwa, może trafić za kratki na sześć miesięcy. Mimo to, zgodnie ze słowami Toniego Cruza, dyrektora sportowego Las Palmas – „Klub widzi Sergio Araujo w planach na najbliższy sezon”. Czy jego ekscesy to jednostkowy przypadek? Problemy jednego, zagubionego w życiu napastnika. Niestety, sprawiających kłopoty zawodników pojawiło się więcej.

Sergio Araujo podczas jednej z rozpraw / Fot. Marca

Punkt zapalny

Trzeba przyznać, że pod wieloma względami styczeń 2017 roku był dla Los Amarillos wyjątkowy. O kolejnym wybryku Araujo już wspomniałem, sprowadzono wtedy także Jesé i Alena Halilovicia, obaj to niewypały. Rozpoczęły się wówczas negocjacje z Quique Setiénem na temat przedłużenia kontraktu, też zakończone niepowodzeniem… Właśnie w tym miesiącu miała miejsce moment zwrotny dla tej drużny. Doszło do niego po rewanżowym meczu Copa del Rey z Atlético w Madrycie. Kanarki spisały się wyśmienicie. Co prawda odpadły z pucharu, ale pokonały Los Rojiblancos na Vicente Calderón 3:2. Los Amarillos zostali w stolicy na dłużej, ponieważ zbliżał się mecz ligowy z Barceloną na Camp Nou i nie było większego sensu, by wracać na Wyspy Kanaryjskie, a następnie lecieć z powrotem na kontynent, do Katalonii. W dzień po spotkaniu w Pucharze Króla, wieczorem zawodnicy dostali czas wolny, w zamian Quique oczekiwał od nich powrotu do hotelu do 23.30. Wówczas Kevin-Prince Boateng zaprosił kolegów z zespołu na kolację, choć nie wszyscy wzięli w niej udział. Niektórzy woleli pójść do kina itp. Nie skończyło się jedynie na posiłku, około siedmiu piłkarzy zorganizowało sobie imprezę zamkniętą w specjalnie wynajętym do tego celu lokalu. Naturalnie ta grupa miała problem z powrotem do hotelu na ustaloną godzinę. Tym bardziej, że Javi Castellano – podobno – upadł w trakcie zabawy. Następnie z rozciętym łukiem brwiowym trafił do szpitala na założenie szwów. Zapewne dostrzegacie w tym już pewną prawidłowość. Kolejnego dnia nie brał udziału w treningu, oficjalnie z powodu… grypy.

Wiele dziwnych rzeczy przytrafia się nam, gdy tylko opuszczamy Wyspy – Quique Setién

Las Palmas przegrało na Camp Nou z kretesem (0:5). W połowie meczu doszło do ostrej wymiany zdań między Quique, a Jonathanem Vierą, który należał do grupy imprezowiczów. Zawodnik odburknął mu – „To sam zagraj”. W konsekwencji wirtuoz Las Palmas został odesłany na kilka dni „do kąta”, nie pojawił się nawet w kadrze meczowej na następne starcie. Gdy Setién zakomunikował mu swoją decyzję, Viera wyszedł z szatni. Wiele słów padło za zamkniętymi drzwiami. Szkoleniowiec miał przeprosić, że dopuścił do takiej sytuacji i nie zainterweniował w odpowiednim momencie. Zapowiedział, iż od tej pory nie będzie tolerował takich zachowań. Jeden z weteranów miał wówczas stwierdzić – „Najwyższy czas, to trwa już zbyt długo”.

Zdarzają się chwile, kiedy trzeba wybrać utratę jednego czy dwóch piłkarzy, żeby nie stracić całej drużyny – Quique Setién

Viera przeprosił publicznie za swoje zachowanie, prywatnie – po przemyśleniu całego zajścia – przyznał rację Quique, kara mu się należała, lecz zniszczenia zostały już dokonane. Od tego momentu Los Amarillos nie byli już tym samym zespołem. Wygrali zaledwie cztery ligowe spotkania, a przegrali jedenaście. Nie stanowili już monolitu, autorytet Setiéna został podkopany, a ziarenko wątpliwości zasiane. Dodajmy do tego wydarzenia ze środowego treningu, kiedy to Boateng i Mateo García zderzyli się na tyle mocno, że konieczne były szwy. Koledzy musieli ich rozdzielać, a Viera i Roque Mesa uspokajać obu zawodników. Las Palmas to obecnie istna beczka prochu.

Jesteśmy zdenerwowani sytuację zespołu i chcemy ją zmienić. […] Zawsze wychodzimy na boisko, żeby wygrać. Być może brak zaufania wywołuje u nas nerwowość – Momo

Gra o kontrakt

Rozmowy z Quiqe Setiénem na temat przedłużenia jego wygasającego kontraktu z Las Palmas były jedynie źródłem frustracji dla kibiców. Początkowo z Wysp Kanaryjskich płynęły bardzo optymistyczne wieści. Negocjacje powinny zakończyć się nawet w tydzień. Tymczasem porozumienia nie osiągnięto do tej pory. W zasadzie pewne jest to, ze Quique odejdzie latem z drużyny Los Amarillos. Klub mimo dużo słabszych wyników wciąż był gotów podpisać nową umowę, pozostać z kantabryjskim trenerem na dobre i na złe. Setién się wahał. Co stanęło na drodze do porozumienia?

Zwykle chodzi o pieniądze. Tym razem było nieco inaczej. Szkoleniowiec zapewniał, że nie były one problemem, choć prezydent Miguel Ángel Ramírez temu zaprzeczał. Prawda jest taka, że faktycznie Quique chciał zarabiać sporo, lecz z drugiej strony Kanaryjczycy byli gotowi zagwarantować mu pokaźne wynagrodzenie. W pięć lat trener Las Palmas miałby zarobić dziewięciu milionów euro. Kość niezgody była znacznie trudniejsza do zgryzienia. Trener chciał początkowo zapewnienia, że żaden z kluczowych piłkarzy nie odejdzie w letnim okienku. Domagał się większego, realnego wpływu na transfery z prawem veta, jak również tego, by Los Amarillos przeznaczali 6-7 milionów euro rocznie na wzmocnienia. Gra toczyła się o władzę, gdyż wymagania te godziły w strukturę klubu, w kompetencje dyrektora sportowego Toniego Cruza, a także samego Ramíreza. Decyzję o sprowadzeniu danego zawodnika podejmuje, poprzez głosowanie, sześć osób. Prezydent jest częścią tej rady, lecz nie posiada rozstrzygającego głosu. Tak to mniej więcej funkcjonowało odkąd Ramírez objął klub w trzeciej lidze, aż do dziś. System ten do pewnego stopnia się sprawdził, w końcu oglądamy obecnie Kanarki w La Liga, dlatego rozwiązanie Quique zostało odrzucone. Setiénowi oferowano prawo do głosu. Wcześniej po prostu wydawał opnie, które decydenci brali pod uwagę przy podejmowaniu decyzji dotyczących zakupów. Polityka transferowa też nie idzie w kierunku wydawania większych kwot. Eibar jest najlepszym przykładem, iż nie trzeba przeznaczać na nowych zawodników większych pieniędzy, żeby stworzyć dobry zespół. Kanarki próbują iść podobną drogą. Niestety trochę bliżej bandy, ponieważ strategia pozyskiwania piłkarzy po różnych przejściach odbija się na nich rykoszetem.

 

Można zrozumieć dlaczego Las Palmas nie mogło przyjąć warunków Setiéna. Jestem też w stanie zrozumieć z jakiego powodu w ogóle się tego domagał. Nie chciał ugrzęznąć z pięcioletnim kontraktem w klubie, którego drużyna może nie przetrwać letniego okienka. Pozostałaby mu wówczas rok roczna walka o utrzymanie, regres czy stagnacja, zamiast rozwoju. Tymczasem Quique chciałby sięgnąć ze swoim zespołem nawet europejskich pucharów. Skoro przyszłoby mu zaczynać wszystko od początku, to dlaczego nie zrobić tego w klubie z większymi możliwościami niż ekipa Los Amarillos? Interesowała się nim Valencia, chociaż zatrudnienie Marcelino na posadzie szkoleniowca Nietoperzy zablokowało mu już tę opcji. Inną jest Betis.

Bezpośrednio z rozmowami wiąże się afera z ostatniego tygodnia. Quique zaraz po przegranym meczu ze Sportingiem, bez zgody przełożonych – o którą zawsze wcześniej prosił – udał się na spotkanie z bliskimi do restauracji przy stadionie. Nie było potrzeby, żeby wracał z drużyną do hotelu. Setién popełnił błąd, zbagatelizował sprawę – wiceprezydenta nie było akurat pod ręką, więc przekazał informację kapitanowi drużyny. Przełożony poczuł się jednak tym urażony. Zrobiła się medialna burza. Najgłośniej ukarania Setiéna, u prezydenta klubu,  domagał się Toni Cruz. Ten sam, w którego kompetencje godziły warunki stawiane przez Quique. Skoro sam trener chciał zajmować się doborem transferów, nie ma widocznie zaufania do umiejętności sekretariatu sportowego z dyrektorem na czele. Cruz miał prawo czuć się tym dotknięty, ponieważ sam był gorącym zwolennikiem zatrudnienia Quique i przekonał do tego prezydenta Las Palmas. Wrze zatem nie tylko w szatni, ale i w klubowych biurach. Prawdą jest, że pomyłki pojawiły się po obu stronach barykady, lecz jak zwykle najmocniej dostanie się trenerowi. On opuszcza pokład, a sternicy zostają i muszą zachować twarz.

Kanaryjczycy mają problemy z punktowaniem na wyjazdach, atmosferą w drużynie, wzajemnym zaufaniem do siebie. Zaczęli popełniać mnóstwo niewymuszonych błędów w obronie, godnych Granady czy Osasuny. Mają trenera siedzącego już na walizkach, którego zastąpić ma szkoleniowiec zespołu rezerw, Manolo Márquez, lub nie robiącego większego szału w Realu Oviedo, Fernando Hierro. Przed nimi najtrudniejsze okienko od kilku lat, a w planach powrót Sergio Araujo oraz próbę zatrzymania Jesé (!) na kolejną kampanię. Choć żaden z nich nie udowodnił, że warto na niego stawiać. Na całe szczęście potencjalny transfer Mario Balotellego to jedynie plotki. Przyszłość Kanarków nie jest żółta, ani tym bardziej różowa, przybiera znacznie ciemniejsze barwy.

Jesé jest naszym priorytetem na najbliższy sezon – Miguel Ángel Ramírez

W zeszłym roku, wraz z transferem Boatenga, mieliśmy możliwość ściągnięcia Balotellego. Zadecydowaliśmy, że tego nie zrobimy. Nigdy więcej o nim nie rozmawialiśmy. […] Zapewniam, iż na sto procent Balotelli nie zagra w Las Palmas w nadchodzącym sezonie – Miguel Ángel Ramírez

Autor: TOMASZ ZAKASZEWSKI
Twitter: @T_Zakaszewski

***

Oglądaj mecze La Liga na kanałach ELEVEN w jakości HD i z polskim komentarzem

Udostępnij:

Komentarze (0)

Gorące tematy