Następny mecz:  Barcelona  -  Osasuna     ·  środa, 26 kwietnia 19:30  ·  34. kolejka La Liga   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

FCBarca.com w Sewilli: ¡Musho Beti, eh!

 2 lutego 2017, 16:30

 Daniel Olbryś

 5 komentarzy

FCBarca.com w Sewilli: ¡Musho Beti, eh!

Mimo że od niedzielnego meczu minęło już kilka dni, a wczorajszy wynik na Vicente Calderón pozwolił większości culés nieco zatrzeć negatywny obraz Barçy ze spotkania przeciwko Realowi Betis, wciąż trudno zrozumieć tak słabą postawę ekipy z Camp Nou. Być może zatem pomocna okaże się relacja z jednego z trudniejszych wyjazdowych terenów w Hiszpanii, Estadio Benito Villamarín.

Podobnie jak w przypadku listopadowej wizyty na Sánchez Pizjuán, tak i tym razem bilet udało mi się kupić dosłownie last minute. Patrząc jeszcze na kilka dni przed meczem nie dostrzegałem w systemie sprzedazy wejściówek tańszych niż 120-140 euro. Na szczęście w okolicach piątku-soboty pojawiły się bilety w ramach tzw. "cesión de abono" czyli miejsca udostępnione przez socios którzy z jakiegoś powodu nie mogą (lub nie chcą, choć w to akurat wątpię) pojawić się na meczu. W ten oto sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem wejściówki na sektor w którym zasiadają socios Betisu. Nie zmieniło to jednak mojego ambitnego planu pojawienia się na meczu w koszulce Barçy i ewentualnego zakupu szaliku Betisu. Mam już szalik Sevilli, czemu zatem nie wkupić się w łaski zielono-białej części miasta? Po dotarciu pod stadion słowo stało się ciałem i stałem się szczęśliwym posiadaczem takiego oto szalika:

"Dicen que estamos locos de la cabeza", czyli w wolnym tłumaczeniu "Mówią, że mamy nie po kolei w głowie" to fragment jednej z najbardziej popularnych przyśpiewek kibiców Betisu. I faktycznie coś w tym jest - ekipa Verdiblancos ma jedną z najbardziej oddanych publiczności w całej Hiszpanii. Bez względu na wyniki (a te często pozostawiają wiele do życzenia; trzy lata temu Betis spadł do Segunda División, by powrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej rok później, a od tamtej pory drużyna głównie walczy o utrzymanie) fani z Benito Villamarín wspierają swój zespół nieustannie, w zgodzie z przyświecającą im zasadą "Manquepierda", co w wolnym tłumaczeniu oznacza "nieważne jak wysoko przegramy" lub "nawet jeżeli przegramy". Zawołanie to ma swoje korzenie w latach 60., gdy ekipie wyraźnie nie szło, była bliska bankructwa i totalnej klęski sportowej, jednak fani pozostali z drużyną do samego końca i w dużej mierze dzięki nim Betis uratował się przed upadkiem (z wydatną pomocą prezydenta Benito Villamarína, którego imię nosi obecny stadion). 

Sam stadion z zewnątrz nie wyróżnia się niczym szczególnym - ot, betonowy moloch na 50 tysięcy miejsc. Niedawno rozpoczęto przebudowę trybuny, na której zasiadają najbardziej zagorzali kibice, więc od wewnątrz stadion przypomina po części plac budowy. Docelowo przebudowane mają zostać wszystkie trybuny, jednak stan finansów Betisu nie powala na kolana, zatem trudno stwierdzić, jak szybko władzom klubu z Heliópolis uda się tego dokonać.

  Estadio Benito Villamarín widziany z zewnątrz (źródło marca.com)

Przebywając w Sewilli na Erasmusie zdążyłem już poznać wielu fanów zarówno Sevilli, jak i Betisu. I choć wydawać by się mogło, że to Sevilla ma więcej kibiców, wśród moich znajomych dominują jednak kibice Verdiblancos. Z czego to wynika? Szczerze mówiąc... nie wiem. Być może jest to czysty przypadek, a być może kibice Betisu bardziej identyfikują się ze swoim klubem? Niezależnie od wszystkiego, warto mieć tak zwane "wtyki" z obu stron barykady. Moją wtyką w tym przypadku jest Carlos, człowiek "stąd", kibicujący Betisowi od kołyski. To przy jego pomocy kupiłem bilet na mecz i dzięki jego "ochronie" nie zostałem zwyzywany za wejście na sektor fanów Betisu w koszulce Barcelony. Rozmawiając z Carlosem dało się jednak odczuć, że ma mi odrobinę za złe że wspieram drużynę przeciwną, w dodatku jedną z dwóch najbardziej znienawidzonych (i zarazem najlepszych) w Hiszpanii. Cóż, serce nie sługa... 

Jak można wywnioskować ze zdjęć, miejsca mieliśmy magiczne. Na samym dole, tuż przy murawie. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał Leo Messiego czy Luisa Suáreza na wyciągnięcie ręki. Tymczasem... Sami zobaczcie: 

Warto jeszcze wspomnieć o hymnie Betisu. Do hymnu rywala zza miedzy się nie umywa, jednak śpiewany a capella przez cały stadion robi nie mniejsze wrażenie. Niestety, zdołałem nagrać jedynie fragment, jednak na oficjalnym fanpejdżu Betisu pojawił się filmik z pełnym wykonaniem. "Aquí estamos todos pa cantarte tu canción, estamos apiñados como balas de cañón..." - posłuchajcie!

Po hymnie przyszedł czas rozpoczęcia spotkania. I tu mała dygresja: w sobotę wieczorem zostałem zaproszony na urodziny koleżanki. Wróciłem do domu o trzeciej w nocy, by obudzić się o godzinie 10 i zdążyć na mecz o godzinie 12. Jak możecie się domyślić, kac morderca nie miał litości. W dodatku w czasie meczu zaczęło świecić słońce, co sprawiło że poczułem się jeszcze gorzej. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że podobne wrażenie sprawiali gracze Barçy. Rozpoczęli mecz ospale, wymieniając podania w jednostajnym tempie. Z kolei Betis wyszedł na murawę napakowany ambicją i wiarą we własne umiejętności. Wspierany przez wiernych i oddanych kibiców Ruben Castro i spółka walczyli o każdą piłkę, każdy centymetr boiska. Barça z kolei grała niezwykle niedokładnie, popełniając ten sam błąd, który przytrafiał jej się już wiele razy w tym sezonie i który kosztował ją wiele ligowych punktów: liczenie na to, że mecz wygra się sam. Szczególnie irytował Neymar, który raz za razem gubił piłkę. Zaskakująco dobrze wyglądał za to Aleix Vidal, który biegając po "mojej" stronie boiska raz za razem stwarzał przewagę na skrzydle. Niewiele z tego wynikało, ale cóż... Pierwszych 45 minut sprawiło, że zacząłem nieco żałować pieniędzy wydanych na bilet. Bo samo zobaczenie Barçy na żywo to nie wszystko, ja chciałem żeby przynajmniej powalczyła o zwycięstwo...

Liczyłem na kilka ostrych słów od Lucho w szatni i odmienioną Barçę po przerwie. Tymczasem to Betis z każdą minutą rósł, stwarzał coraz większe zagrożenie, coraz śmielej kontrował. Najpierw Dani Ceballos trafił w poprzeczkę, chwilę później po indywidualnej akcji Ruben Castro trafił w słupek. Benito Villamarín "rosło" razem z drużyną, coraz śmielej krzycząc i domagając się gola dla swojej drużyny. Śpiewów "strzelcie k... gola" nie odnotowałem, ale gwizdy przy każdym kontakcie z piłką zawodnika Barçy narastały, zaś każdy faul, nieważne czy prawidłowo uznany czy nie, kwitowany był serią gwizdów i wyzwisk zarówno w stronę sędziego, jak i graczy Barcelony. W całym tym zamieszaniu Messi i spółka zaczęli przypominać stado wystraszonych owiec... Aż wreszcie nadszedł ten moment - gol Alexa Alegrii po rzucie rożnym. Stadion, jak możecie się domyślić, absolutnie oszalał - ludzie wskakiwali na krzesełka, rzucali się sobie w ramiona, nawet siedzący obok mnie fan Betisu, nie zważając na koszulkę Barçy, którą miałem na sobie, rzucił mi się w ramiona by świętować prowadzenie swej drużyny. 

Po golu Betis ewidentnie jednak przygasł. Nieustanne ataki musiały się w końcu skończyć, drużynie ewidentnie zabrakło przysłowiowej "pary". Obudziła się za to Barca. O "golu-widmie" zdołano powiedzieć i napisać już wszystko, niestety z mojej perspektywy nie było widać czy piłka przekroczyła linię całym obwodem, więc nie miałem podstaw do tego, by protestować. Betis zaciekle bronił prowadzenia, lecz w końcu nadeszła 90. minuta i wyrównanie Luisa Suáreza.

Tu nie błysnąłem intelektem, gdyż jeszcze przed spotkaniem Carlos doradzał mi, bym nie celebrował zanaddto ewentualnego trafienia Barçy. Emocje wzięły jednak górę, więc głośne "jesssssst, kur..." dotarło do uszu większości kibiców. Na szczęście kibice w Hiszpanii nie są tak radykalni jak polscy, w przeciwnym razie najprawdopodobniej skończyłbym na izbie przyjęć... Ostatecznie mecz zakończył się słodko-gorzkim remisem: z jednej strony mogło być gorzej, z drugiej strony gra Barçy do 75. minuty była, delikatnie mówiąc, daleka od ideału. Warto jednak docenić Betis za walkę i poświęcenie.

Podsumowując sam mecz, jak i jego otoczkę: mówi się, że Betis to drużyna słabsza od Sewilli, odnosząca mniej sukcesów, mająca gorszych i mniej licznych kibiców. O ile z pierwszymi dwoma stwierdzeniami jestem w stanie się zgodzić, o tyle to ostatnie budzi we mnie spore wątpliwości. Po tym, co zobaczyłem, powiedziałbym raczej że Sevilla ma lepszy PR, lepiej wykorzystuje swój potencjał kibicowsko-marketingowy, a w ostatnich latach widać to również na boisku. Jednak Verdiblancos nie mają czego zazdrościć ekipie z Sánchez Pizjuán: oddanie kibiców, doping, pasja, walka o każdy centymetr murawy... Przyjemnie się na to patrzy. I choć ze względu na moje miejsce zamieszkania i osobę Grzegorza Krychowiaka osobiście bliżej mi do Sevilli, Betis jako klub budzi we mnie duży szacunek i uznanie. ¡Viva er Beti, manque pierda, eh!

Udostępnij:

Komentarze (5)

Gorące tematy