Następny mecz:  Alaves  -  Barcelona     ·  Sobota, 26 sierpnia 18:15  ·  2. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Szkodliwy opór Luisa Enrique

 10 stycznia 2017, 19:10

 Karol Chowański 'Challenger'

 127 komentarzy

W ciszy stadionu. Szkodliwy opór Luisa Enrique

Luis Enrique długo wydawał mi się najlepszym rozwiązaniem na trenera Barçy. W futbolu, jak w życiu, nic nie jest dane na zawsze. Tracone przez Barcelonę gole i wymykające się z rąk mecze coraz częściej kwituje pusty wzrok szkoleniowca. Za jego zmartwioną miną nie idą wnioski w dalszej części spotkań ani odważne decyzje za tydzień. Z niechęci do zmian uczynił niepojętą normę. Brakuje efektu zaskoczenia rywali. Kłopoty drużyny i sceptycyzm wobec Enrique rosną, tak jak rośnie dystans do Realu w tabeli.

Nie chodzi tylko o wyniki. To dziś najmniejsze zmartwienie Barcelony. Ligowa strata do „Królewskich” jest mniej rozstrzygająca niż sugerują to nagłówki madryckich dzienników i pocieszna ironia CR7 na rozdaniu nagród FIFA. W programie jeszcze 19 kolejek, 57 punktów – wszyscy będą je tracić. Jednak do odrobienia dystansu FCB potrzebuje konkretnych piłkarskich argumentów. Na tę chwilę trudno je wskazać. Nawet nie: w porównaniu do rywali, a na tle niedawnej siebie i posiadanej kadry.

Jakiś czas temu byli Barceloną wydajną, różnorodną w wyszywaniu swoich ataków i wyprawy na własne terytorium kasującą daleko od bramki. Wcześnie w meczu dopadali rywala, co dawało przewagę w grze i zabijało morale wroga. W sześciu z ostatnich ośmiu ligowych kolejek Barça nie trafiła do bramki przed przerwą. To samo powtórzyło się na San Mamés.

W strategii gry drużyny obranej przez Lucho, wynik – czyli wszystko – zależy od trójki z przodu. W tym systemie rzadko trafia kto inny, więc barceloński tercet osacza siedmiu, ośmiu broniących przeciwników. W jednych meczach kończy się to wpadnięciem kuli między kręgle (Espanyol!), w innych natychmiast odbija się na wyniku. Przy serii Neymara (11 meczów bez gola) ograniczoność gry Barçy jest łatwo widoczna. Na tę chwilę jego występy są lepsze indywidualnie od korzyści, jakie dają drużynie. Przez większość sezonu formy szuka Luis Suárez, coraz skuteczniej odczytywany i rozbrajany przez rywali w Hiszpanii. Granie Urugwajczykiem co mecz uniemożliwia mu nabranie świeżości. MNS potrzebuje oddechu, o czym szerzej pisałem poprzednio [LINK]. Enrique ma alternatywy, woli z nich nie korzystać.

Skutek jest jeden: wynik najczęściej leży na barkach Messiego. Zeszłotygodniowe wrzutki w pole karne przeciw słabnącemu liczebnie Athletikowi (zawsze mającemu w składzie legion dryblasów) zamiast przyspieszenia gry piłką – wzmagają przekonanie o poważnym rozstroju Barcelony.

Jeśli w środowym rewanżu trener ponownie postawi na Busiego z trójką do przewidzenia z przodu i zostawi na ławce takie nazwiska, jak Turan i Denis Suárez – wygrana Barcelony nie zmieni jej kursu na skały w dalszej części sezonu. Jedynie opóźni bolesne zderzenie.

Ekipa z Camp Nou nie polega obecnie na skutecznej obronie, ataku pozycyjnym, kontrach ani centrach ze stałych fragmentów gry. Kolektywne atuty Katalończyków przestają działać na rywali, co potwierdzają wyniki kolejnych tygodni tego sezonu. Ambicje katalońskiej ekipy i jej mistrzowskie plany opierają się o dobry dzień liderów, skuteczność zrywów indywidualnych (wraca pojęcie „Messizależność”) i okoliczności. Gdy przeciwnikowi sprzyja szczęście albo sędzia – „Blaugrana” tryska bezsilnością.

Wściekła reakcja Piqué sprawia, że mówi się o emocjach, zamiast o taktycznej jednowymiarowości Barçy. Tak silne przejawy frustracji piłkarzy dodatkowo uwydatniają brak przewag sportowych. Zespół wygląda na osierocony przez trenera, który w trudnych sytuacjach meczowych zawodzi jako ratownik. Po świetnej końcówce grudnia, oba mecze nowego roku Arda Turan zaczął na ławie.

Sześć ostatnich meczów ligowych podopieczni Luisa Enrique zamknęli czterema remisami. Wykluczone byłoby stwierdzenie, że w którymś z nich zasłużyli na więcej – bo nie zasłużyli. Dynamika sezonu jest obecnie negatywna dla Barçy. W Realu, Atléti i Sevilli panują zupełnie inne nastroje. Sevillistas zajęli w tabeli pozycję wiecelidera. Dwa kolejne mecze wygrali Zidane’owi James i Isco. Gdyby Zizou wystawił na pozycji skrzydłowego Kiko Casillę, ten zdobyłby hat-trick.

Bilans dwóch pełnych sezonów trenera FCB wciąż robi wrażenie. Obecne wyniki i obraz gry drużyny są poniżej możliwości piłkarzy Lucho. Trudno być dziś jego sojusznikiem. Sztywność taktyczna i decyzje dyrygenta Blaugrany nie dają podstaw, by spodziewać się gwałtownej poprawy.

W tej sytuacji detonatora zmian zespół potrzebuje z zewnątrz.

Odpadnięcie z Pucharu Króla może wyjść Barcelonie na dobre. Drużyna Enrique potrzebuje resetu: odrodzenia formy i odzyskania konkurencyjności. Utrata szans na zdobycie najmniej ważnego z trzech pucharów dałaby cztery wolne dni meczowe w upakowanych nimi po brzegi styczniu i lutym. To niewysoka cena, jeśli przyniesie odkucie w lidze i Lidze Mistrzów. Wstrząs po wyeliminowaniu może dać czas na wnioski i dopracowanie nowych środków zaskoczenia rywali. Trudno liczyć na podobny impuls, jeśli Barça prześlizgnie się do ¼ finału CdR. Rozbicie się w bardziej prestiżowych rozgrywkach zostanie przyjęte na Camp Nou z gorętszymi emocjami.

Przez ostatnie wyniki i stratę ośmiu punktów w sześciu meczach Lucho wygląda dziś na człowieka bez pomysłów. Tylko radykalna zmiana podejścia trenera da jego ludziom szanse na odwrócenie losów sezonu. Jeśli nic się nie zmieni, straty w lidze i bezradność przeciw ekipie Valverde w Pucharze Króla stanowią wczesną zapowiedź losu katalońskiej ekipy w Europie.

Udostępnij:

Komentarze (127)

Gorące tematy