Następny mecz:  Valencia  -  Barcelona     ·  Niedziela, 26 listopada 20:45  ·  13. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Książę Barcelony, cesarz Michoacán

 12 listopada 2016, 17:05

 Karol Chowański 'Challenger'

 20 komentarzy

W ciszy stadionu. Książę Barcelony, cesarz Michoacán

Meksyk przebił się przez mur. Wtargnął do USA. Po prowadzenie w grupie eliminacyjnej mistrzostw świata. W sobotnią noc były obrońca Barcelony Rafael Márquez przywilejem kapitana wyprowadził swoich kolegów na mecz z Amerykanami. Meksykanie mają ciężko po drugiej stronie granicy. Łatwiej mieć teraz nie będą. Moi znajomi ze Stanów stale linkują na swych facebookach doniesienia o nasilającej się agresji na osoby innego koloru skóry niż biały, pobiciach lub atakach z bronią. Giną ludzie. Duszna atmosfera w całym kraju. Obie reprezentacje zaczęły trójką obrońców. Meksyk ustawiony skrajnie ofensywnie. W tym meczu chodziło o więcej niż futbol.

Odkąd w 1999 roku wybudowano Columbus Crew Stadium – obecnie drugi rok pod komercyjną nazwą Mapfre, od marki hiszpańskiej firmy ubezpieczeniowej – obie reprezentacje rozegrały na nim cztery spotkania. Meksykanie przegrali wszystkie. Nie prowadzili ani razu, nie strzelili żadnej bramki. Bilans goli: 8-0. Cała społeczna otoczka, chęć zdjęcia klątwy tej areny i ważne trzy punkty, tak przydatne w kwalifikacji na Mundial, wystarczały na chęć stanowczej zmiany tych statystyk. Do tematu, trzeba im przyznać, zabrali się z rozmachem.

Vela, adept Masii Gio dos Santos, Jesús Corona i „Groszek” Hernández – trudno o jaśniejszą deklarację trenera, że chcesz wygrać niż wysłanie w bój czterech goleadorów. Jednocześnie. Na ławce dwóch kolejnych, Raúl Jiménez i Oribe Peralta. Meksyk ma utalentowany, ciekawy zespół z odrodzonym w PSV Andrésem Guardado. Mam faworyta w przebojowym skrzydłowym Porto Coronie. Jeśli nie pogubi się w życiu, spodziewam się dużej kariery po 23-letnim objawieniu ligi portugalskiej poprzedniego sezonu. Meksykanie wyszli siłą 21 goli zdobytych przez wspomniany kwartet w tym sezonie. Z przodu argument młodości i entuzjazmu. Po drugiej stronie boiska na straży własnej bramki mądrość, spokój i doświadczenie – 37-letni Rafael Márquez. Ten sam, który był kiedyś za stary dla Barçy. Nie był za stary, aby w 137. występie dla kraju poprowadzić kadrę do jednego z jej najważniejszych triumfów.

Sześć lat temu w Katalonii wróżono mu schyłek kariery. Rafa został pożegnany pół roku po 31. urodzinach. Mówił, że chciałby zostać tu do końca kariery. Pep Guardiola i klub uznali, że już go nie potrzebują. Choć nie zawodził w swym ostatnim sezonie, decyzje trenera o coraz rzadszym wystawianiu go do gry skłoniły ambitnego piłkarza do poszukania większej liczby minut gdzie indziej. Odszedł latem 2010 roku. Dwa lata przed końcem umowy, którą przedłużono kilka miesięcy wcześniej, w listopadzie 2009 roku. Zapewniono mu piękne pożegnanie, godne człowieka klubu o jego zasługach. Trafił za darmo do MLS. Ciągnące się potem latami problemy Blaugrany z głębią składu na pozycji stopera z pewnością nie dawały satysfakcji graczowi, który pokochał Camp Nou ze wzajemnością. Jednak poziom gry utrzymywany przez Márqueza w kolejnych latach obnażył błąd Pepa oraz dyrekcji sportowej i wystawił go przed stadionowymi kasami, żeby wszyscy widzieli. Z „księciem Katalonii” rozstano się za wcześnie.

Szybko zwrócił moją uwagę przez wyjątkowe oddanie i prostotę stosowanych środków przy ich skuteczności. Zawsze go szanowałem, kiedy grał w bordowo-granatowych barwach. Za styl i majestat, z jakimi nawijał kolejne kilometry kariery, został moją małą legendą. Teraz jest legendą uniwersalną.

Gdy pozbyła się go Barca, wybrał ofertę New York Red Bulls. Bliżej domu, u boku kolegi z Barçy Thierry’ego Henry. Kapitan Meksyku został potem absolutną rewelacją mistrzostw w Brazylii oraz sensacją Serie A w barwach kopciuszkowego Hellasu z Werony. Nie muszę mówić, jak wymagająca to liga dla piłkarzy specjalizacji defensywnej. Przez półtora roku był podstawowym obrońcą swej ekipy, pomógł jej zakończyć sezon 14/15 na świetnym 14. miejscu. Dwanaście punktów nad „strefą zrzutu” do Serie B i trzy nad bardziej renomowanymi sąsiadami z Chievo Verona. Niby metryczka nie gra, ale wszyscy we Włoszech byli pod wrażeniem poziomu jego formy w tym wieku. W jedenastu pierwszych występach grał po 90 minut w każdym. Przez cały pobyt we Włoszech był zmieniany przed końcem zaledwie cztery razy, na 39 występów. Przy kilku okazjach został piłkarzem meczu. Zostawił region Veneto zimą 2015, na miesiąc przed imprezą urodzinową nr 36. Uznał, że to moment na powrót do ojczyzny, dwa urazy mięśniowe w krótkim czasie znów przycięły mu minuty. Od tego czasu występuje w Atlasie. To powrót do źródeł. Trafił do tego klubu jako 14-latek, debiutował w I lidze trzy lata później i stąd wyruszył do Monako w wieku lat 20. Atlas gra w Guadalajarze, stan Jalisco – sąsiedni z jego rodzinnym Michoacán.

Środkowy Meksyk to piękne krajobrazy i trudny los. Wie o tym każdy, kto zna szlaki logistyczne kokainy oraz krzyżujące się tu mapy wpływów karteli. Márquez ma tak twardy charakter, bo wychował się w twardej okolicy.

Zawsze powtarzał, że póki kadra będzie go potrzebować, jest do dyspozycji selekcjonera. Choć nie gra w każdym meczu, do dziś pozostaje ważnym elementem drużyny narodowej. W opinii reprezentacyjnego trenera Osorio, jest „wzorem na treningach i najchętniej grałby w każdym meczu”. Wystąpił na Copa Centenario. Otworzył wynik w niespodziewanym zwycięstwie 3:1 nad Urugwajem. Ma cel wprowadzić kolegów na turniej w Rosji. Do turnieju jeszcze dwa lata, dla zawodnika w przedsionku 40. urodzin to strasznie dużo czasu. Nawet gdy nie będzie mu dane wystąpić na piątym mundialu, jest żywym pomnikiem meksykańskiej piłki. Fani w kraju widzą w Márquezie postać formatu Hugo Sáncheza, Antonio „El Cinco Copas” Carbajala i Cuahtemoka Blanco. Moim zdaniem należy porównywać Rafę jedynie z tym pierwszym, tylko oni odegrali wielką rolę w Europie sięgając po liczne trofea. Od rodaków wychowanek Atlasu dorobił się wielu tytułów: „książę Monako”, „książę Katalonii”, „Káiser z Michoacán” („Césarz”, w nawiązaniu do Franza Beckenbauera) lub po prostu „El Capi” („Kapitan”).

Dziwi mnie, czemu choćby zbliżonej pozycji nie ma w oczach sympatyków FC Barcelony. Zasługuje, jak mało kto.

  Moje ulubione zdjęcie Rafy Márqueza. Finał Ligi Mistrzów 2006

Należy do wąskiej grupy piłkarzy, którzy w historii klubu łączą epoki największych sukcesów Rijkaarda i Pepa. W finale z Arsenalem wystąpił u boku Puyola. Do takich zawodników, jak Márquez, Touré, Eto’o, Abidal, Sylvinho i wychowankowie mam wyjątkowy szacunek, bo łączą okres beznadziei za późnego Rijkaarda z odrodzeniem po przyjściu Guardioli. Podczas swej kariery na Camp Nou Márquez rósł formą wraz z drużyną. Choć nie był typem obrońcy nieomylnego, to zawsze zostawiał na boisku serce. Na dodatek jego twardy, południowoamerykański z natury sposób gry fantastycznie uzupełniał się z dżentelmeńskim już wtedy stylem Tarzana. Takiego obrońcy, jak Márquez Barça nie ma do dziś. Po jego odejściu nie raz bolały mnie zęby, bo stopera umiejącego zagrać ostrzej gdy trzeba szczególnie brakowało Barcelonie w czasach jej największej „aksamitności” w okresie jesień 2011-lato 2014. Bez Touré, Márqueza, Ibry i przy dramacie Abidala Barça była w każdym meczu jak wojownik z „Mortal Kombat” chełpiący się 1/3 odporności.

Zwracając się do barcelońskich kibiców i dziennikarzy Márquez powiedział kiedyś „choć mieliście swoje wątpliwości wobec mnie kiedy tu trafiłem, ciężką pracą i jakością mojej gry zasłużyłem, że zmieniliście zdanie”. W przeciwieństwie do grzecznych chłopców z Masii Rafa umiał dać z łokcia, bo wiedział, że czasami trzeba. Za agresywną grę w kadrze robiono mu dawniej zarzut. W Barçy taki defensor stanowił wyjątek i przez to skarb. Potrafił też grać elegancko. Do rozwiązań skrajnych uciekał się wyłącznie zmuszony sytuacją. Márquez nie był najlepszy w wyprowadzaniu piłki, ale oferował celne przerzuty i inne zalety. Trybuny go pokochały, bo nigdy nie odpuszczał. W dniu pożegnania z Camp Nou powiedział: „Wasze wsparcie pozwoliło mi czuć się ważną częścią tej drużyny. Przeżyłem tu najlepsze lata mojego życia i piłkarskiej kariery”. Poza walorami na boisku, zawsze miałem Rafę za człowieka wielkiej klasy. Odchodząc z zespołu pamiętał o podziękowaniach za zaufanie obu swoim barcelońskim szkoleniowcom, Rijkaardowi i Guardioli. Dziękował też Rosellowi, który w jego słowach „stanął na głowie, aby mnie sprowadzić”. Szacunek do innych to cecha nie wszystkich wielkich piłkarzy.

Przez uraz łąkotki Rafael Márquez nie zagrał w finałach Ligi Mistrzów i Pucharu Króla wiosną 2009. Doznał go w rewanżowym półfinale tych drugich rozgrywek, przeciw Mallorce. Do tego czasu był podstawowym obrońcą w najważniejszych meczach, co miało się zmienić w kolejnym sezonie. To z powodu kontuzji Meksykanina improwizować musiał Guardiola poprzez wystawienie Yaya Touré na środku obrony w paryskim finale Ligi Mistrzów.

Sądzę, że sprawę Márqueza można było załatwić zgrabniej, gdyby tylko obie strony wykazały taką wolę. Przecież miał kontrakt ważny jeszcze dwa lata. Zamiast próby dogadania się z doświadczonym piłkarzem na korzystny dla wszystkich stron udział w torcie minut podczas kampanii 10/11 i sprawdzanie go w podstawowym składzie przeciwko konkretnym (silniejszym fizycznie) rywalom, Guardiola wolał postawić va banque na duet wychowanków i odstawić byłego zawodnika Monaco. Z drugiej strony, skoro dwumecz na noże z Interem największy twardziel w składzie decyzją trenera przesiedział na ławce, to chyba nie ma o czym mówić. W rewanżu wystąpili nawet Jeffren i Maxwell, Márquez nie dostał ani minuty. W roli zmiennika na kolejny sezon Pep wolał Gabiego Milito, który po kontuzji kolana [LINK] w rywalizacji o minuty zapewniał ciszę. Koszty tych wyborów spadły na drużynę.

Jeśli ktoś dziwi się czasem, czemu w pewnych kwestiach jestem tak krytyczny wobec Pepa, zadysponowanie czasem gry Márqueza gdy był jeszcze w klubie, zostawienie go na ławce przeciw mediolańskiej sforze Mourinho i tak lekkie pozbycie się go z klubu jest jednym z głównych powodów. Choć każdy może mieć własną opinię, uważam do tego, że zupełnie uzasadnionym.

---

Mecz Brazylia-Argentyna zainteresował miliard polskich kibiców i dziennikarzy. Odniosłem wrażenie, że mimo wyjątkowego wyczucia czasu meczowego harmonogramu przyjazd Meksyku do Stanów po całej tej stronie oceanu przejął najwyżej pięć osób. Co to był za mecz! Walka o każdą piłkę. Kocioł emocji. Tumult trybun na 20-tysięcznym obiekcie był większy niż na Camp Nou. Dwóch piłkarzy zeszło z kontuzjami już w pierwszej połowie, dobrze znany fanom La Liga Andrés Guardado (Meksyk) i talizman gospodarzy, Tim Howard. Tego drugiego zastąpił Brad Guzan, pochodzący z polskiej rodziny imigrantów do Illinois zmiennik Víctora Valdésa w Middlesbrough.

Amerykańscy komentatorzy nie dowierzali. „Każda minuta to nieustanna walka”, „niebywała intensywność” – powtarzano w podekscytowaniu. Po ostatnim gwizdku sędziego z euforii został zawód. Po drugiej stronie muru – stoi go ponad tysiąc kilometrów – świętowanie właśnie się zaczęło.

W 89. minucie Meksyk miał rzut rożny, pierwszy tego wieczoru. Piłka w górze. Uderzenie z tzw. bliskiego słupka. Piłka w siatce. Guzan bezradny.

Meksyk odniósł poprzednie wyjazdowe zwycięstwo z USA w meczu eliminacyjnym do MŚ w 1974 roku. W tym czasie El Tri udawało się pokonać Amerykanów na ich ziemi jedynie przy innych okazjach (ostatnio w październiku 2015 na Rose Bowl przed blisko setką tysięcy widzów). Poza tym ekipa US Soccer była niepokonana w eliminacjach przez nikogo innego od 2001 roku. Seria liczyła 30 zwycięstw i dwa remisy.

Media z całego świata oddają hołd zdobywcy decydującego gola. W lipcu 2010 bycie Rafaelem Márquezem musiało być przeraźliwie przykre. Minęło ponad sześć lat. Bycie Rafaelem Márquezem w tę sobotę musi być najlepsze na świecie... Futbol czasem nagradza tych, którzy szanują tę grę, rywali, ludzi dookoła. Dzisiaj nagrodził Márqueza.

Bardzo, bardzo się cieszę.

   

„To jeden z największych obrońców w całej historii FC Barcelony”. [Joan Laporta]

„W zeszłym sezonie nie grałem tyle, ile bym chciał. Rozmawiałem z Pepem, który powiedział mi, że decyzja jest w moich rękach. Myślę, że mój czas tutaj dobiegł końca. Zawsze byłem ambitny i chcę być piłkarzem podstawowej jedenastki. Tu nie ma na to szans. Czas na nowe wyzwania. Odchodzę szczęśliwy ze wszystkich trofeów, jakie tu zdobyłem, i wspomnień, jakie zabieram ze sobą. Chciałbym móc zakończyć tu karierę, ale w życiu nie wszystko wychodzi, jak byśmy chcieli. Sere culér fins a la mort. Będę culé do dnia, w którym umrę. Jestem pewny, że tu wrócę. Do zobaczenia”. [Rafa Márquez na pożegnalnej konferencji, VII 2010]

„Dawno nie mieliśmy tu dobrego meczu. Może dzięki temu wynikowi ludziom będzie łatwiej radzić sobie z nietolerancją. Daliśmy z siebie wszystko. Jesteśmy szczęśliwi. Było dla nas bardzo ważne, aby osiągnąć jak najlepszy wynik". [Rafa Márquez po zwycięstwie, XI 2016]

  

Udostępnij:

Komentarze (20)

Gorące tematy