Następny mecz:  Juventus  -  Barcelona     ·  Sobota, 22 lipca 18:00  ·  1. kolejka International Champions Cup   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Dobrej nocy, don Manel!

 8 maja 2016, 19:59

 Eoren

 32 komentarze

Dobrej nocy, don Manel!

─ Cześć! Jak tam?
─ Wszystko ok.
─ Powie pan naszym słuchaczom „dobry wieczór”?
─ Dobry wieczór wszystkim, witajcie na stadionie.
─ Jak długo jest pan spikerem na Camp Nou?
─ 59 lat.
─ Więc widział pan Johana Cruyffa jako zawodnika?
─ O tak.
─ Jak odczucia przed Klasykiem? Wygra Barça?
─ Mam nadzieję, że będziemy mieć dobre wspomnienia z dzisiejszego wieczora.

Barça nie wygra i jej kibice nie będą mieć wielu dobrych wspomnień z tego meczu. Manel Vich jest poddenerwowany, na pytania reportera Tot Gira odpowiada z widoczną niecierpliwością, a to u niego niezwykle rzadki przypadek. Przede wszystkim nie jest żadnym spikerem. Nie lubi tego słowa, zupełnie niepotrzebne zapożyczenie z angielskiego. Poza tym kojarzy się z animatorem, kimś, kto kieruje reakcjami kibiców. Po co używać takiego słowa, skoro mamy idealne katalońskie określenie ─ locutor. Lektor. Oto kim jest Manel Vich. Nikim więcej, i nikim mniej.

Emilio Pérez dowiedział się o jego nowotworze podczas jednego z licznych spotkań w kawiarni Cortacans przy Sant Gervasi. „Poważna choroba”, takimi słowami określił to wtedy don Manel.
─ Poważna choroba, ale uleczalna. Tak przynajmniej sądzę.
Kolejny raz spotkają się przypadkiem, gdy pan Vich będzie wracać z chemioterapii. Jest późny marcowy poranek. Wygląda źle, bardzo schudł od chwili tej cholernej diagnozy.
─ Widzisz, Emilio, wcale nie czuję się tak źle, jak sądziłem.
Początek wiosny w Barcelonie jest pastelowy i uśmiech don Manela też jakby wyblakł. Pérez zauważa ─ to dziwne, dlaczego właśnie na to zwraca uwagę, ─ że starszy mężczyzna nie ma w dłoni smyczy, na której zawsze prowadzi swoją bokserkę. No tak, tym razem to nie jest spacer.

…─ Cześć! Jak tam?
─ Wszystko ok…

Wszystko ok. Don Manel dopija ostatni łyk kawy, odstawia filiżankę i udaje się do windy, która dowiezie go do jego kabiny na szczycie stadionu. Tam już czekają na niego składy na dzisiejszy mecz. Tym razem w pracy lektora fakt, że odczyta je przed Klasykiem schodzi na drugi plan wobec tego, że czeka go jeszcze ważniejsze zadanie. Hołd dla zmarłego przed kilkoma dniami Johana Cruyffa. Don Manel zakłada słuchawki i za chwilę z głośników na Camp Nou popłynie jego głos.
¡Bona nit a tothom i benvinguts al estadi! Dobry wieczór wszystkim, witajcie na stadionie!

***

To pożegnalny mecz Césara Rodrígueza w Barcelonie. Młody reporter lokalnej rozgłośni Radio L’Hospitalet ma dziś zadanie ─ przeprowadzić relację z tego spotkania dla programu La Veu de Catalunya, Głos Katalonii. Młody reporter? To jeszcze dzieciak. Manel ma siedemnaście lat i dopiero rozpoczął pracę w rozgłośni. Od dwóch lat w jego kieszeni spoczywa legitymacja kibica FC Barcelony. Socio numer 29 613. Zajmuje swoje zwyczajowe miejsce na trybunach Les Corts, rozkłada sprzęt, sprawdza nagłośnienie, przygotowuje transmisję. Na siedzeniach obok niego rysuje się cień, jaki rzuca sierpniowe słońce padające z zachodniej strony na sylwetkę człowieka. Manel podnosi wzrok ─ Ricard Combas, zarządca stadionu.
─ Słuchaj młody, nie mamy nikogo kto czytałby dla nas składy. Może chcesz spróbować w tę niedzielę?
Manel patrzy pod światło, mrużąc oczy.
─ Będziesz mógł oglądać mecze za darmo ─ zachęca Combas.
Chłopak przytakuje skinieniem głowy.

Następnej niedzieli zjawi się znów na Les Corts. Znów przy mikrofonie, ale tym razem w innym miejscu. Z jego ust popłyną nazwiska zawodników Barçy i ich rywali, każdą zmianę, każde wydarzenie obwieści jego głos. Przyjdziesz w kolejną niedzielę? Skinienie głowy. Jasne.

  Z Kubalą i Helenio Herrerą | Foto: MD

Nadal pracuje w Radio L’Hospitalet. To praca za psie pieniądze, na tym zawodzie trudno się dorobić i nawet, gdy trafi do rozgłośni krajowej nie będzie się w stanie z tego utrzymać. Cóż, nie zawsze można zarabiać na tym, co się kocha. W końcu radio będzie musiało ustąpić intratności przemysłu tekstylnego, a Manel zacznie handlować ubraniami dla dzieci. Za niedzielne odwiedziny na stadionie Les Corts nie bierze ani pesety. To czas, gdy klub budują ludzie, którzy pracują w nim z pasji, nie zarabiając nic lub przyjmując jedynie symboliczne i okazjonalne wynagrodzenie. Jak Trini, ochrzczona jako Trinidad Turmo, pierwsza kobieta będąca telefonistką Barçy. Jak Avi Torres, konsjerż stadionów przy carrer Indústria i Les Corts. Jak Ramon Llorens, portier, dozorca, odpowiedzialny za przygotowanie materiałów treningowych. Jak Àngel Mur ojciec i Àngel Mur syn. Jak Manel Vich.

…Przyjdziesz w kolejną niedzielę? Jasne…

Poranek, może wyłączyć budzik i spać jeszcze godzinę, bo dziś nie musi wstawać o dziewiątej. Za chwilę wyjdzie z domu, kupi gazetę i pójdzie zjeść śniadanie w małej kafejce tuż obok domu. Mają tam świetne rogaliki. Do mieszkania wróci tylko na chwilę, po to by wziąć ze sobą Betty. Zabierze ją ─ jak sam mówi: jego przyjaciółkę, ─ na spacer. Wróci z bokserką do domu. Potem obiad, leniwe popołudnie na sofie, gdy ogląda telewizję. Opuści mieszkanie kilka godzin wcześniej, niż tak naprawdę powinien. Wsiądzie do samochodu i uda się na stadion. Czemu tak wcześnie? W końcu trzeba przywitać się z pracownikami klubu symbolicznym pocałunkiem w policzek. Pogadać z dziennikarzami. Wypić nieodłączną kawę ─ bez niej nie byłby w stanie rozpocząć pracy. Dopiero potem wsiada do windy i udaje się na swoje stanowisko, by zobaczyć jacy zawodnicy wybiegną w tym derbowym meczu. To znów szczególny dzień.
¡Bona nit a tothom i benvinguts al estadi!
Nie spodziewał się, że po spotkaniu zostanie zaproszony na kolację z Místerem. Do domu wróci dopiero o północy. Jednak nie zaśnie jeszcze przez jakiś czas. To nie jest łatwe ze świadomością, że klub opuszcza właśnie jeden z jego przyjaciół ─ Pep Guardiola. W końcu don Manel zapadnie w sen z myślą, że właśnie rozpoczyna się kolejny etap, który będzie należeć do Tito Vilanovy.

  Z Pepem Guardiolą | Foto: MD

…Przyjdziesz w kolejną niedzielę? Jasne…

Niedziela za niedzielą. Tygodnie, miesiące i lata. To już nie Les Corts, ale Camp Nou.
─ To zimny stadion, chłodny. Ale przychodzi się tam z dumą, by cieszyć się grą.
59 lat i tylko cztery razy, gdy nie pojawił się na stadionie Barcelony, by wyczytać składy. Dwukrotnie jego dzieci brały ślub, dwukrotnie musiał stawić się do szpitala na operację nowotworu nerki. Emerytura?
─ Nie mogę przejść na emeryturę. Przecież nie jestem zatrudniony.
Żelazna logika i żelazna wola. Pierwszy raz miał zerwać ze swoją pracą, gdy zarząd Joana Gasparta chciał zmienić formę wyczytywania składów. Nikt z kibiców, ani pracowników klubu na to nie pozwolił. Przecież składów się nie wyczytuje. W języku katalońskim istnieje zupełnie inny czasownik na określenie tej czynności. Cantar. Składy się śpiewa.

***

A kataloński jest ważny. Zresztą każdy język jest ważny, gdy jest się lektorem.
─ Johan, jak mam wymawiać twoje nazwisko? Kruif czy Kroif?
─ Mów tak, jak chcesz.
─ To będę mówił Kroif.
─ Świetnie, bardzo dobrze.
Gdy po raz pierwszy z głośników na Camp Nou płynie nazwisko Cruijf, wypowiedziane głosem don Manela jakby urodził się w Holandii, z trybun rozlegają się gwizdy. Bo jak to, przecież wszyscy widzieli, że pisze się to przez „u”. Choć Katalończykom nieobca powinna być idea zmian w wymowie samogłosek, jednak jeszcze bliższa jest im zatwardziałość we własnych poglądach i niechęć do nowości. Ale don Manel też jest Katalończykiem i również jest uparty. Dla niego nie ma znaczenia zapis, ważna jest wymowa, ważny jest język. W końcu wszyscy przyzwyczają się, przywykną i nauczą jak wymawia się poprawnie nazwisko Cruijf. Bo język jest ważny.

A w tym małym kraju najważniejszy jest język kataloński. Po wojnie domowej zostanie zakazany w przestrzeni publicznej, także na stadionach. Teraz don Manel wita wszystkich po kastylijsku, jednak llengua catalana nie znika z murów Camp Nou. Rozbrzmiewa nie tylko na trybunach, ale też przez megafony, gdy Manel Vich przemyca co jakiś czas słowa w tym języku. Z początku po prostu się zapomina. Nie jest łatwo przestawić się nagle na inny język, nawet jeżeli dobrze się go zna. Potem przemyt zakazanego języka staje się świadomym procederem. Władze klubu oczywiście o tym wiedzą i dzieje się to za ich cichym przyzwoleniem. Co ma miejsce na Camp Nou, pozostaje na Camp Nou. Nadchodzi jednak początek września 1972 roku, gdy Barça ma się zmierzyć z Deportivo. A wtedy don Manel słyszy krótką instrukcję.
─ Dzisiaj nie.
Bo dzisiaj na trybunach znajdzie się minister Tomás Garricano Goñi. To oznacza, że dziś z megafonów nie może popłynąć ani słowo po katalońsku. A jednak…
S’ha perdut un nen. Es troba a la porta principal de tribuna. Zgubił się chłopiec. Znajduje się przy wejściu głównym na trybuny.
Matka biegnie i przytula dziecko, a don Manel wie, że za tę decyzję ─ podjętą wbrew zakazowi zarządu, ─ przyjdzie mu zapłacić. Faktycznie, generał Franco będzie musiał spoczywać dwa metry pod ziemią, by w 1975 roku na Camp Nou znów rozległ się język kataloński. Gdy się to dzieje znowu trudno jest się przyzwyczaić. Ludzie odwykli od tego brzmienia i odwykł on sam. Wraz z upływem czasu stanie się to czymś naturalnym. A potem llengua catalana, „śpiewana” mocnym głosem Manela Vicha, wydostanie się poza Katalonię.

Od czasów tragedii na stadionie Heysel UEFA wydała nakaz, według którego na każdy finał kluby mają zabierać ze sobą własnych spikerów, których zadaniem będzie zapanować nad kibicami.
Els equips d’avui presenten les següentes alineaciones; dziś drużyny wystawią następujące składy: Zubizarreta. Ferrer. Koeman. Muñoz. Eusebio. Guardiola. Bakero. Laudrup. Juan Carlos. Salinas. Stoiczkow.
Tej majowej nocy w Londynie, na starym Wembley, po raz pierwszy głos don Manela rozbrzmiewa w języku katalońskim poza granicami kraju. Przyjdzie mu odśpiewać skład, który sięgnie po pierwszy w historii klubu po Puchar Europy.

***

Po każdym z nazwisk zawodników Barçy don Manel zawiesza głos. Paradinya, tak to nazywa. Tak samo jak to króciutkie zatrzymanie w trakcie rozbiegu, tuż przed dotknięciem piłki, które wielu zawodników wykonuje, stając do rzutów karnych. Lekkie złamanie rytmu. Manel Vich też łamie ten rytm i na chwilę milknie, po wyczytaniu każdego z piłkarzy jego drużyny. To chwila dla kibiców, w której mogą zgotować owację wszystkim barcelonistom. Krótki okrzyk całego stadionu. To zwyczaj, jaki don Manel kultywować będzie także podczas powrotu na Camp Nou każdego z zawodników, który odszedł z Barcelony. W ten sposób daje kibicom możliwość powitania także tego, kto jeszcze niedawno grał w barwach blaugrana. Powitania, albo…
─ Luis Figo!
A potem paradinya, zawieszenie głosu, którego nawet nie sposób zauważyć wśród ogłuszającego tumultu krzyków i gwizdów. To też powitanie, jednak zupełnie odmienne. Camp Nou wita Portugalczyka w barwach Realu Madryt jak zdrajcę. Z trybun leci w jego kierunku deszcz drobnych przedmiotów, nawet ten osławiony świński łeb, deszcz przekleństw i złorzeczeń.

Gdy Klasyk się zakończy i woń skandalu rozpłynie się po całym kraju wielu winić będzie za to właśnie lektora z Camp Nou i jego paradinyę. Pojawią się oskarżenia, że zawieszając głos chciał sprowokować trybuny do takiej właśnie reakcji.
─ Prowokator narodowy. Wyobrażacie sobie? Tak właśnie mnie nazwali. Prowokator narodowy. Powinienem sobie zrobić taką tabliczkę i postawić na moim stanowisku: „Manel Vich. Prowokator narodowy”.

  Z Leo Messim | Foto: MD

***

To trudny czas dla Ronaldinho. Nadszedł spadek formy, a kibice Barcelony nie mają wiele cierpliwości, nawet dla największych cracków. Manel Vich jest jedną z niewielu osób, które są świadome co tak naprawdę dzieje się w życiu i przede wszystkim w głowie Brazylijczyka. To, co ich łączy można nazwać jedynie przyjaźnią. Rozmawiają wiele, ale nigdy o futbolu. Dlatego don Manel wie to, czego nie wiedzą inni. Wie też jak bardzo Ronnie jest samotny.

Uścisk przed meczem z Betisem, jego cotygodniowy rytuał, powitanie ze wszystkimi zawodnikami. Gdy przytula Ronaldinho szepcze do niego.
─ Ronnie, dziś w drugiej połowie strzelisz bramkę. Przeprowadzisz akcję przy trybunie Gol Norte i trafisz do siatki.
Uśmiech Brazylijczyka rozszerza się jeszcze bardziej, niż zwykle.
─ Jesteś szalony, Manolo! Jesteś szalony!
A jednak w drugiej połowie gry, przy Gol Norte, Ronnie trafia do siatki. Dokładnie tak, jak przepowiedział Vich. Podbiega do chorągiewki w rogu boiska, przechyla ją, zbliżając do ust, jak mikrofon. Ręką wskazuje w kierunku kabiny lektora. „To dla ciebie, Manolo”.

  Z Ronaldinho | Foto: MD

Późnym wieczorem, właściwie w środku nocy, Ronnie po raz pierwszy w życiu odwiedzi go w jego domu. By podziękować.

─ Myślę, że trzeba to opowiedzieć. Trzeba wytłumaczyć dlaczego taka postać jak on zadedykowała bramkę zwykłemu lektorowi.

***

Don Manel gasi cygaro, gniotąc je bezlitośnie w popielniczce. Strużka dymu będzie się nad nim unosić jeszcze przez jakiś czas.
─ Nigdy nie planowałem tego rzucić. To tak, jakbyś spytał mnie czy planuję rozwieść się z moją żoną. Nie, nie planuję. Ale jeśli klub się mną znudzi, mają prawo przyjść i powiedzieć mi: „Dobra, Manel, jesteś już stary, czas z tym skończyć”, to nie będzie żaden problem. Wrócę na moje miejsce. Mam miejsce na Gol Norte. Pójdę tam, chociaż jeszcze nigdy na nim nie siedziałem. To nie będzie żaden problem, nigdy nie był.

Bona nit, don Manel, i benvingut!


Artykuł autorstwa redaktor FCBarca.com opublikowany uprzednio na portalu Ole Magazyn.

Udostępnij:

Komentarze (32)

Gorące tematy