Następny mecz:  Atletico  -  Barcelona     ·  Niedziela, 26 lutego 16:15  ·  24. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Barcelona w sepii: Klasyk, który karmi się krwią

 21 listopada 2015, 01:12

 Eoren

 18 komentarzy

Barcelona w sepii: Klasyk, który karmi się krwią

Finał Butelek, 1968 rok

Barcelona w sepii to cykl, w którym przybliżam sylwetki ludzi związanych z Barceloną. Tym razem będzie inaczej, bo to odcinek specjalny. Bohaterem nie jest piłkarz ani trener, ale samo El Clásico. Zapraszam na historię o tym, jaki jest Klasyk i dlaczego taki właśnie się stał.

– Mecz kończy się na boisku – odpowiada Eto'o, gdy po ostatnim gwizdku zapytają go, czy była to forma zemsty.
Gol jako forma zemsty? Brzmi kuriozalnie, jednak takie wątpliwości mogą się pojawić, gdy otwierasz wynik w meczu przeciwko swojej byłej drużynie i pokonujesz ją 3:0. Zwłaszcza, gdy jest to Klasyk. Samuel rozwiewa te wątpliwości, przekonuje, że to, co dzieje się pomiędzy Barceloną a Realem, zostaje na murawie i nie jest niczym więcej niż piłką. Czysta, sportowa rywalizacja. Tak twierdzi Eto'o. Jednak nie ma racji. I już niebawem sam to potwierdzi, gdy Barcelona będzie świętować a on, z alkoholem pulsującym w żyłach, będzie krzyczał, by Madryt pokłonił się mistrzowi. Nie będzie to miało miejsca podczas meczu Katalończyków z Królewskimi. A jednak to wciąż Klasyk, który trwa nieustannie, cały czas. Nigdy nie kończy się na boisku. Bo Klasyk karmi się krwią. Po raz pierwszy posmakował jej wiele lat temu, w innej epoce, jednak do dziś nie może bez niej żyć.

Fombona, Rigó, Guruceta – bohaterowie wielkiego El Clásico. Czyżbyście ich nie pamiętali? Chcecie wiedzieć, po której stronie grali w tych starciach? Ależ skąd, ich rola była zupełnie inna. W pewien sposób – o wiele ważniejsza.

1943 rok, Madryt, Chamartín

Usiądź wygodnie przy Plaza de Pontejos, weź do ręki dzisiejsze wydanie Ya i otwórz gazetę. Wczoraj Madryt grał przecież w Barcelonie pierwsze spotkanie dwumeczu w ramach Copa Generalísimo. Ciekawe, co napisał pan Eduardo Teus?

„Les Corts zagrzmiało i Les Corts przeraziło Fombonę. Nie ma innego sposobu, by to wytłumaczyć. Fombona, przestraszony, podarował im gol mimo faulu, podarował im rzut karny i odgwizdał koniec pierwszej połowy na pięć sekund przed strzałem Barinagi. I nawet wtedy oburzenie przetoczyło się po Les Corts i spadło z trybun wprost na arbitra, chcąc zredukować go do zera, sprawić, by poczuł się niczym. Mój Boże! Czegóż jeszcze mogli chcieć więcej?”.

Łyk kawy i skrzywienie z niesmakiem, lecz nie dlatego, że napój był niedobry. 3:0 dla Barcelony, po tak skandalicznym arbitrażu, na jaki pozwolił sobie tego wieczora José Fombona Fernández? 3:0 pod wpływem nacisku ze strony kibiców, jakie Les Corts wywarło na sędziego. I co teraz pozostało zrobić nam, kibicom Realu Madryt? I na to pan Eduardo Teus ma gotową odpowiedź.

„Madryt się nie poddał i dwumecz nie jest jeszcze przegrany. Och, gdyby tylko Chamartín pomogło w niedzielę Realowi tak, jak wrzący kocioł Les Cortes pomógł Barcelonie w pierwszym spotkaniu! Nie wymagajmy niczego innego prócz tego, by drużyna tego regionu została powitana z taką samą pasją, taką samą siłą i przekonaniem, jak uczynili to kibice Barcelony... Kiedyż będzie stać na to Madryt?”

Niebawem. Ledwie za siedem dni. Bo Madryt stać na to i na wiele więcej.

***

Kiedy wchodzą na płytę boiska, tumult, jaki unosi się z trybun Chamartín, jest ogłuszający. Gwizdy, dziesiątki tysięcy gwizdów. Wystarczyło pójść do baru El Club przy Calle Víctoria – tam dostaniesz gwizdek, mały, smukły gwizdek. Zupełnie niegroźny. Lecz gdy jego głos zwielokrotniony tysiące razy narasta nad płytą boiska... można oszaleć. Wydaje się, że gorzej już być nie może, choć od początku zaczęło się nieprzyjemnie. Drużyna Barcelony zatrzymała się w Aranjuez, na południe od Madrytu – już wcześniej docierały informacje, że przywitanie w mieście może być niebezpieczne. Pierwsze poleciały kamienie, które obiły karoserię autokaru Barçy. Potem nie było już niczego, co byłoby w stanie odgrodzić piłkarzy z Katalonii od trybun Chamartín i ich gniewu. Mecz jeszcze się nie zaczął, a pole karne Barcelony pełne jest już monet, które zostały tam rzucone. Deszcz pięcio- i dziesięciocentymówek sypie się w stronę Lluisa Miró. On sam nawet nie próbuje się zbliżać do linii bramkowej. Gdy tylko to zrobi, prócz monet w jego stronę lecą też kamienie. Tak jak butelka, która o włos mija głowę Sospedry. Francesc Calvet oczyma wyobraźni widzi tę samą butelkę kilka centymetrów dalej – lecącą z ogromnym pędem, zatrzymującą się dopiero na głowie jego kolegi w rozbryzgu odłamków szkła, kości i świeżej krwi. Calvet mruga i gdy otwiera oczy, obraz znika. Sospedra żyje, a butelka cudem go ominęła. Wtedy znów powraca tumult: gwizdy i krzyki. Czerwoni! Separatyści! Barceloniści czują się jakby trafili na dno piekła. A to dopiero początek.

***

To nie jest najłatwiejsza praca. Za każdym razem, gdy piłka wpada do siatki, trzeba wspiąć się na drabinę i zmienić cyfry wywieszone na tablicy pokazującej wynik spotkania na Chamartín. Do pierwszej połowy Basilo de la Morena zawsze zabierał ze sobą cyfry od zera do pięciu. Bo i po co więcej? Nigdy nie pomyślałby, że jego drużyna przez 45 minut ustrzeli osiem bramek. Osiem. Osiem do zera. Wyniku, który zawiesi na tablicy rezultatów na koniec meczu, Basilo de la Morena nigdy jeszcze nie widział. 11:1.

***

To, co się wtedy wydarzyło, było potem jednym wielkim splątanym węzłem strachu, domysłów, gniewu i nienawiści. Jak w takiej sytuacji odróżnić prawdę od wyobrażeń? Jak zapamiętać to, co powiedziano, a nie to, co inni powiedzieli nam potem? Węzeł plącze się coraz bardziej i po latach nie sposób go już rozwiązać. Pozostają tylko strzępy wspomnień, w których fakty mieszają się z legendą.

***

Ángel Mur, wieloletni fizjoterapeuta Barcelony, będzie potem pamiętać tylko pojedyncze słowa i zdarzenia. Jak wtedy, gdy uzbrojony oficer Guardia Civil nazwał do „katalońskim psem” i obwieścił:
– Dziś przegracie.
Wtedy mecz się jeszcze nie zaczął. Później Mur usłyszy niejedną obelgę. Gdy któryś z piłkarzy upada na boisko, chce mu udzielić pomocy, ale czyjaś ręka łapie go za ramię, nie pozwalając mu wstać.
– Siedź na miejscu.
Nie tylko on usłyszy takie słowa ze strony funkcjonariuszy Guardia Civil. Sam Enrique Piñyero, markiz De la Mesa del Asta, prezydent Barcelony, usłyszy groźbę aresztowania, jeśli się nie zamknie.
– Pójdziesz ze mną... – zaczyna policjant.
– Raczy pan wybaczyć – przerywa mu markiz De la Mesa del Asta; och, nieszczęsny funkcjonariusz Guardia Civil nie jest świadom, że Piñyero to serdeczny przyjaciel samego generała Moscardó. – Raczy pan wybaczyć. Sądzę, że to pan pójdzie ze mną.

Jednak nawet konszachty, jakie markiz De la Mesa del Asta ma na samym szczycie władzy – w końcu to on został wybrany jako właściwy człowiek u steru Barcelony według reżimu generała Franco – nie będą w stanie powstrzymać tego, co wydarzy się tego dnia w Madrycie. Kłębek strachu i nienawiści jest już zbyt zaplątany a upokorzeni piłkarze Barcelony odmawiają wyjścia na drugą połowę gry. Ktoś wchodzi do ich szatni – w mundurze, z długą bronią – padają pewne słowa.
– Wracajcie na boisko albo skończycie w więzieniu.
W tamtych czasach nikt nie postrzega ich jako żartu. Niektórzy pamiętają jeszcze inne słowa, czy one w ogóle kiedykolwiek padły, czy tylko strach zapisał je w ich głowach?
– Wracajcie na boisko i... przegrajcie.
Kim jest człowiek w szatni Barcelony? Kłębek strachu napędzany świeżymi wspomnieniami wojny sprawia, że każda groźba – nawet ta niewypowiedziana, może w szczególności ta? – wywołuje uczucie ostre jak koniec noża przesuwający się wzdłuż kręgosłupa. Kim jest? W pamięci niektórych uzbrojony mężczyzna w szatni Barçy urasta do postaci samego hrabiego Mayalade, José Finata y Escrivy, ambasadora Hiszpanii w Trzeciej Rzeszy, wyciągającego pomocną dłoń ku nazistom, budzącego strach szefa bezpieczeństwa stanu, stojącego za niejednym pobiciem, niejednym zniknięciem. Och, powiadają też, że to przyjaciel Santiago Bernabéu. Cień człowieka z bronią, który rozkazuje wyjść na boisko piłkarzom Barcelony, odbija się na ścianie szatni w Chamartín i rzeczywiście – z profilu wygląda zupełnie jak hrabia Mayalade. Tak trudno dojrzeć coś więcej, kiedy w głowie huczy dźwięk tysięcy gwizdków, od których bębenki w uszach zaczynają płonąć. Gwizdy, ogłuszające gwizdy. Co jeszcze ma teraz znaczenie? Zagrajmy ten cholerny mecz do końca.

1968 rok, Madryt, Estadio Santiago Bernabéu

Gdy Antonio Rigó odgwizdał początek finału Copa Generalísimo, nie pomyślałby, że tej nocy będzie opuszczać Madryt pod ochroną pięciu radiowozów pełnych uzbrojonych funkcjonariuszy policji, którzy eskortują go na lotnisko Barajas. Tym bardziej nie przyszłoby mu do głowy, że już nigdy nie poprowadzi meczu Realu ani wielu innych klubów, które przyłączą się do apelu o wyłączenie go z grona arbitrów. Nie pomyślałby, że kiedy końca dobiegnie ta noc, która do historii przejdzie jako Finał Butelek, jego kariera także będzie już skończona.

A jednak stało się. Barcelona wygrała 1:0, choć nie trafiła do siatki. Trafienie, które przesądziło o losach pucharu, zaliczył Fernando Zunzunegui, który samobójczo wbił piłkę do własnej bramki. Piłkarze Realu Madryt zapamiętają jednak zupełnie co innego niż samobój, który odebrał im tytuł.

– Zostaliśmy ofiarami katastrofalnego arbitrażu – spróbuje przypomnieć sobie Ignacio Zoco. – Sędziowanie pana Rigó było niewiarygodne. I nie jestem w stanie dopuścić do siebie myśli, że arbiter mógłby wyjść na boisko z zamiarem podjęcia niewłaściwych decyzji, ale wtedy... gdy o nich myślę, to albo były bardzo, bardzo złe, albo... sam nie wiem...

Wątpliwość zawisa w powietrzu tak samo jak dwa rzuty karne, które zdaniem piłkarzy i kibiców Realu Madryt Antonio Rigó powinien był odgwizdać na ich korzyść.

– Polacy! – wykrzykują zebrani na stadionie kibice w kierunku piłkarzy gości.

Obelgi jako pierwsze polecą w stronę zawodników Barcelony. Jednak to dopiero początek. Potem polecą butelki.

***

Po tym, co wydarzyło się tej nocy na Estadio Santiago Bernabéu, w Hiszpanii wprowadzony zostanie zakaz wnoszenia szkła na stadiony. Butelki, setki butelek rzuconych z trybun w kierunku piłkarzy Barçy. Niektórych wściekłość i fantazja ponosi jeszcze bardziej – uderzenie dnem butelki o krzesełko, rozbite szkło i tulipan wycelowany w zawodnika z Katalonii. Josep Fusté widzi, że butelka, która mknie w jego stronę jest rozbita – próbuje się ratować, robi krok w tył, ale pocisk jest szybszy od niego. Rozbita butelka odbija się od ziemi i uderza go prosto w kolano. Szkło rozcina skórę, na murawę zaczyna lać się krew. O to chodziło. Krew. Przecież Klasyk tak bardzo ją kocha.

Butelki nie przestaną lecieć z trybun nawet, gdy mecz – przerywany co chwilę, zawodnicy muszą opuścić boisko – już się zakończy. Jedna z nich trafia puchar samego Generalísimo – jaki wstyd, jak dobrze, że generała Francisco Franco nie ma dziś na trybunach. Tej nocy nie będzie rundy honorowej.

***

Kto inny patrzy za to z loży na wydarzenia, które rozgrywają się na boisku. U boku prezydenta Realu Madryt Santiago Bernabéu z jednej strony siedzi Narcís de Carreras, sternik Barcelony, z drugiej Camilo Antonio Vega, minister spraw wewnętrznych. Jego żona o zarumienionych policzkach wachluje się nerwowo, spoglądając w dół; tej nocy jest niezwykle gorąco. Ostatni gwizdek sprawia, że doña Vega wydaje jęk zawodu.
– Santiago, przegraliśmy! Jaka szkoda!
– Ramono – ton jej męża jest karcący. – Najpierw powinnaś pogratulować prezydentowi Barcelony.
– Och, to prawda, oczywiście! – doña Vega posyła Carrerasowi uśmiech zbyt słodki, by ktokolwiek był w stanie uwierzyć w jego prawdziwość. – Gratuluję panu, bo w końcu Barcelona to też Hiszpania, czyż nie?
Odpowiedź Narcísa de Carrerasa, która padnie po katalońsku, będzie ostrzejsza niż rozbita butelka.
– Senyora, no fotem! Droga pani, proszę nie pierdolić!

1970 rok, Barcelona, Camp Nou

Zaledwie dwa lata później i znów ta przeklęta Copa Generalísimo. Tym razem to jednak ćwierćfinał i już nie w Madrycie. Tam Królewscy w pierwszym meczu zwyciężyli 2:0. Teraz nadszedł czas na rewanż na katalońskiej ziemi, a Barcelona ma zaledwie 90 minut, by odrobić straty. Drogę ku upragnionej remontadzie rozpocznie Charly Rexach, choć jego bramka padnie dopiero w drugiej połowie. Jednak Barcelona wychodzi na prowadzenie i w głowach piłkarzy z Katalonii zapala się iskierka nadziei. Zgasi ją 59. minuta spotkania, gdy po interwencji Joaquima Rifé Manuel Velázquez upadnie w polu karnym. Arbiter tego spotkania Emilio Guruceta sięga po gwizdek i pokazuje na jedenasty metr. Eladio śmieje się, ironicznie oklaskuje decyzję sędziego, a ten wyciąga z kieszeni czerwony kartonik i odsyła go do szatni. Wyrzucenie Eladio i piłka trzepocząca w siatce po rzucie karnym wykonanym przez Amancio przekreślają nadzieje Barcelony na odrobienie strat w tym dwumeczu.

Rzut karny. Jaki rzut karny, skoro faul na Velázquezie miał miejsce półtora metra przed linią pola karnego? Tak przynajmniej pamięta Zoco, a wspomnienia i wzrok bywają omylne. Rexach pamięta, że to były trzy metry.

***

– Nie sądzę, żebym popełnił błąd – stwierdzi Guruceta, schodząc z boiska.
Jednak jego decyzja podkłada ogień pod Camp Nou. Piłkarze Barcelony próbują przerwać mecz i schodzą z murawy w ramach protestu. Okrzyki fanów zagrzewają ich do buntu. Vic Buckingham będzie musiał swoich podopiecznych wypchnąć na boisko siłą, by wrócili i dokończyli grę. Ale to już nie jest gra. To polowanie na głowę arbitra, które właśnie się rozpoczęło.

***
Miguel Muñoz, trener Realu Madryt, dobrze pamięta wydarzenia z Estadio Santiago Bernabéu, które miały miejsce dwa lata wcześniej. Teraz czuje, jak to jest znaleźć się po drugiej stronie. Przez myśl przechodzi mu, że może być tylko wdzięczny Bogu za zakaz wnoszenia szkła na stadiony. Jak na ironię tę refleksję przerwie uderzenie, które otrzyma Muñoz. A jednak, ktoś zdołał wnieść butelkę na stadion i celnie trafił nią w szkoleniowca ekipy rywala.

To jedna butelka, więcej nie było, jednak kibice z Camp Nou zaczną rzucać tym, co mają pod ręką. Poduszkami. Małe poduszki lecące w powietrzu, rozrzucone gęsto po murawie, niemal uniemożliwiające grę. Śmieszna karykatura meczu sprzed dwóch lat. Pierze zamiast szkła. Poduszki lecą cały czas – gdy zawodnicy zejdą z boiska, na płycie będzie ich niemal trzydzieści tysięcy. W końcu nie da się już grać i na pięć minut przed wyznaczonym czasem Emilio Guruceta zakończy to przedstawienie. Ostatni gwizdek. Na swój sposób on sam da znak do rozpoczęcia polowania na siebie.

***

Na trybunach Camp Nou nie ma już ani krzty rozsądku – jest tylko wściekłość i żądza zemsty. Gaśnie światło. Kibice wylewają się na płytę boiska. W ciemności widać pożary, które rozgorzały w niektórych punktach stadionu. Wyrwane krzesełka, zniszczone ławki, rozbite okna. Gniew kibiców boleśnie okaleczy Camp Nou. Są teraz jak sam Klasyk – głodni krwi. Wiedzą, że nie dostaną tego, czego chcą, a chcą jednego – Gurucety. W szaleństwie wylewają się na Ramblas, płyną ku Canaletes, jednak nie po to, by świętować. Ta noc jest przeciwieństwem święta.

W chwili, gdy wściekły tłum opuści Camp Nou, piłkarze Realu Madryt wciąż będą w szatni gości. Nie odważyli się stamtąd wyjść przez dwie godziny od zakończenia meczu. Do hotelu eskortować ich będzie Guardia Civil. Tak samo jak Gurucetę i arbitrów liniowych. Tyle, że oni nie spędzą tej nocy w hotelu, ale w celi. Dla własnego bezpieczeństwa. Żadne inne miejsce w Barcelonie nie byłoby dla nich w tej chwili przyjazne.

***

Emilio Guruceta. Wróci do Donostii, ale jego czarna legenda pozostanie w Ciutat Condal. Wielu widziało, że jeździ teraz nowym BMW. Ciekawe, że go na nie stać, czyż nie? Wiele lat później prezydent Anderlechtu oświadczy, że zapłacił Gurucecie milion franków belgijskich, by ten pomógł jego drużynie pokonać Nottingham Forest w Pucharze UEFA. To tylko podsyci legendę, która narosła wokół tamtego Klasyku, jednak Guruceta już się do niej nie odniesie. BMW – co za ironia losu, właśnie ta marka – które prowadził na autostradzie A2, wbije się pod koła rozpędzonej ciężarówki. Guruceta nigdy nie dojedzie na mecz, który miał poprowadzić w Pampelunie. Wraz z nim w wypadku zginie arbiter liniowy Eduardo Vidal Torres, zaś trzeci sędzia Antonio Coyes Antón ujdzie z życiem, choć zostanie ranny. To wielka tragedia, jednak czy może kogoś dziwić? W końcu Klasyk karmi się krwią.

Udostępnij:

Komentarze (18)

Gorące tematy