Następny mecz:  Granada  -  Barcelona     ·  Niedziela, 2 kwietnia 20:45  ·  29. kolejka La Liga   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Barcelona w sepii: László Kubala

 2 stycznia 2015, 16:30

 Eoren

 362 komentarze

Barcelona w sepii: László Kubala

László Kubala Stecz – Laszy, legenda FC Barcelony, Węgier o słowackich i polskich korzeniach, który reprezentował Hiszpanię, „obywatel świata” - jak sam zwykł o sobie mówić, człowiek, dla którego zbudowano Camp Nou.

Legendy

Gdy grał w reprezentacji swojego kraju, na koszulce, którą nosił podówczas na piersi, widniał sierp i młot. Nie chciał jednak szpiegować dla komunistycznego rządu Węgier, dlatego teraz musi uciekać. W przebraniu, wraz z współtowarzyszami podróży jedzie ciężarówką. Później będzie uciekać pieszo, pod ostrzałem rosyjskich żołnierzy. Wreszcie, brnąc wśród śniegu, docierają do granicy.
- Spójrz, Austria – mówi Fedor.
- Wolność... - odpowiada baron Von Schauffer.
László stoi w milczeniu. Ramieniem obejmuje młodziutką tancerkę, Erikę, która trzyma przy piersi swoje dziecko. Razem patrzą na Austrię, pierwszy z krajów, które mają im przynieść pokój.

***

Ostatnim z nich będzie Hiszpania. To tam, w tej idylli Europy, László odnajdzie wreszcie spokój i szczęście. To tam spotka w końcu swoją rodzinę. Także tam, na barcelońskim lotnisku, odmówi komisarzowi Janosowi, swojej komunistycznej nemesis, który będzie próbował przekonać go do powrotu na Węgry i ponownego dołączenia do tamtejszej drużyny narodowej. Twarz Kubali jest kamienna a wzrok twardy jak stal, gdy na płycie lotniska wręcza komisarzowi fotografię.
- Daj to mojej matce – mówi László.
- Nie lecisz?
- Nie. Nie mogę zawieść Kolbera. Nie mogę zawieść mojej Hiszpanii, która dała mi pokój. Pamiętaj, to dla mojej matki.
Z tymi słowami Kubala odwraca się i odchodzi powolnym krokiem. Postawny mężczyzna w jasnym prochowcu, który właśnie dokonał wyboru...

Obraz lotniska i malejąca sylwetka Kubali zaczynają migotać, a potem zapadają się w ciemność. Przez chwilę jeszcze słychać charakterystyczny odgłos szpuli, z której rozwija się taśma filmowa. W niknącym blasku ekranu widać, że Arturo Ruiz Castillo uśmiecha się z zadowoleniem.
- Dobra robota – kwituje z satysfakcją reżyser.
Film nie jest najwyższych lotów. Patos wręcz wylewa się z ekranu. Kubala, który zagrał samego siebie, mówi z nienagannym kastylijskim akcentem. W prawdziwym życiu László nigdy nie będzie tak mówić, nawet na starość słychać będzie wyraźnie, że pochodzi z Europy Wschodniej. W filmie pod jego niedoskonały głos podłożono dubbing hiszpańskiego aktora. W końcu ta produkcja musi być idealna, to hołd dla Hiszpanii pod rządami generała Franco, raju na ziemi. „Los ases buscan la paz” – „Gwiazdy poszukują pokoju”. Idealna nie oznacza prawdziwej.




 

Plakat Los ases buscan la paz



Tak już jest. Wokół tych, którzy stają się legendą, narastają nowe legendy.

***

Monotonny stukot kół pociągu. László wygląda przez okno. Jest tak pijany, że kataloński krajobraz, który widzi za oknem, wydaje mu się zamglony i nieostry. Nawiedza go nagła wątpliwość.
- Na pewno jedziemy do Madrytu? - pyta siedzącego obok niego mężczyznę.
Pepe Samitier, trener FC Barcelony, tylko się uśmiecha.
- Oczywiście – zapewnia.
Wzrok László ogniskuje się wreszcie na umieszczonej obok torów tablicy.
- Ale tam jest napisane „Barcelona” - stwierdza zaskakująco trzeźwo.
- Nie martw się – uspokaja go Samitier. - Zaraz będziemy w klubie.
W klubie, myśli Kubala. W klubie. To dobrze.

Wokół legend narastają legendy. László po raz pierwszy trafił do Barcelony, jadąc z Madrytu, gdzie jego ówczesna drużyna rozegrała sparing z Los Blancos i reprezentacją Hiszpanii. W stolicy Katalonii mieli zmierzyć się z Españolem. Choćby nie wiem jak był pijany, Kubala z pewnością zdawał sobie sprawę, że nie jedzie z Madrytu... do Madrytu. I mało prawdopodobnym jest, by w podróży do Barcelony towarzyszył mu Samitier.

Kolejna legenda. Całe morze legend. Jednak w każdej z nich jest odrobina prawdy. A gdzieś pomiędzy nimi leży historia.

Obywatel świata

Jest czerwiec 1927 roku, Budapeszt. To czas, który znalazł się idealnie pośrodku dwóch przełomowych momentów – rozpadu Austro-Węgier po pierwszej wojnie światowej i wybuchu drugiej. Krótki moment spokoju, w którym upłynie dzieciństwo chłopca, mającego się właśnie urodzić. Na początku miesiąca Anna Stecz jest w tak zaawansowanej ciąży, że nie może już dłużej pracować w fabryce. Rodzinę utrzymuje teraz jej mąż Pál Kubala Kurjas. Pál, podobnie jak jego żona, nie jest Węgrem, należy do słowackiej mniejszości i w Budapeszcie pracuje jako murarz. Dzięki swym rodzicom, dziecko, które niebawem przyjdzie na świat, będzie czuło się zarówno Węgrem i Słowakiem, jak i Polakiem. Po części nawet Hiszpanem. W przyszłości będzie uchodzić za jedynego w historii piłkarza, który reprezentował barwy narodowe trzech państw: Węgier, Czechosłowacji i Hiszpanii. „Jestem obywatelem świata” - powie sam o sobie, gdy zostanie kiedyś zapytany, jaki kraj uznaje za swą ojczyznę. W tej chwili to jednak przyszłość. 10 czerwca 1927 roku w Budapeszcie przychodzi na świat syn Pála i Anny. Dadzą mu na imię László.

Chłopiec ma blond włosy i jasne, niebieskie oczy. Na pierwszy rzut oka widać w nim jego słowiańskie korzenie. Pál marzy o wielkiej przyszłości dla swojego syna, tak wielkiej, jakiej on sam nie miał szczęścia zaznać. Chce, by László był kimś więcej niż murarzem czy pracownikiem fabryki. Mógłby zostać pisarzem. Albo sławnym muzykiem. Tak, muzykiem. Kilkuletniemu chłopcu kupuje w prezencie skrzypce. To duży wydatek dla rodziny Kubali, która nie należy do zamożnych. László nie ma jednak smykałki do gry na instrumencie. Ojciec musi pogodzić się z tym, że jego syn nie ma za grosz talentu muzycznego. Skrzypce jednak nie będą się długo kurzyć, odrzucone w kąt. Już niebawem László znajdzie dla nich inne przeznaczenie. Staną się słupkiem zaimprowizowanej obok domu bramki, do której strzelać będzie pierwsze gole. Jego matka z miłością patrzy na grę syna. Od tej chwili sama zacznie robić dla niego piłki: z kartonu, skóry i papieru. Nie wytrzymają długo, ale to nieważne. Anna zrobi kolejne. Ważne jest tylko to, by Laszy był szczęśliwy. A najszczęśliwszy jest z piłką przy nodze.


 

Mały Laszy u boku swoich rodziców


Szybko staje się jasne, co w przyszłości chce robić László. Choć jest ledwie dzieckiem, nikt nie ma wątpliwości, że urodził się, by grać w futbol, najmniejsze zaś wątpliwości żywi on sam. Jego determinacja, by grać w piłkę, jest niezwykła jak na jedenastolatka. Fałszuje swoją datę urodzenia i dołącza do Ganz TE, trzecioligowej drużyny założonej przy fabryce jego matki. Dzięki temu oszustwu gra z chłopcami o trzy, cztery a nawet pięć lat starszymi od niego. Dzięki temu także w wieku ledwie piętnastu lat zadebiutuje w barwach Ferencvárosi TC, gdzie grać będzie u boku Sandora Kocsisa. Gdy przynosi do domu swoją pierwszą wypłatę, Pál nie jest w stanie uwierzyć, że jego syn zarobił tyle pieniędzy. László nigdy nie był posłusznym dzieckiem, ale żeby posunął się do kradzieży? Bo przecież musiał je ukraść, skąd w inny sposób wziąłby taką kwotę? Zaciąga go ze sobą do klubu, by dowiedzieć się prawdy, ta jednak zaskoczy go bardziej niż jest sobie w stanie to wyobrazić. To naprawdę wypłata jego syna. Piętnastoletni László zarabia więcej niż on. W tym momencie Pál po raz pierwszy uświadomi sobie, że jego marzenie o lepszej przyszłości dla syna już stało się faktem.

Tak samo szybko László trafi w szeregi narodowej reprezentacji. Będzie mieć ledwie osiemnaście lat, gdy zadebiutuje w kadrze Węgier. Tego jednak Pál już nie zobaczy. Ojciec Kubali umrze kilka miesięcy po debiucie jego syna w Ferencvárosi.

Wieczna ucieczka

László dorasta szybko. Zbyt szybko, jak dla niego samego. Świadomość faktu, że ukończył już siedemnaście lat i niebawem będzie musiał odbyć służbę wojskową, dociera do niego w nagłym olśnieniu. Jednego jest pewien: chce grać w piłkę, a nie iść do wojska. By uniknąć służby, wyjeżdża do Czechosłowacji. To tam jego życie nagle nabierze szalonego tempa. Podpisuje kontrakt ze Slovanem Bratysława i niebawem zostaje powołany do reprezentacji narodowej Czechosłowacji. Kubala nie ma żadnych obiekcji względem reprezentowania kraju, z którego wywodzili się w końcu jego rodzice. W kadrze będzie grać pod okiem selekcjonera Ferdinanda Daučíka. Słowacki trener zmieni jego dotychczasową wizję futbolu, jednak jeszcze więcej w życiu László zmieni siostra Daučíka. Anna Violeta w ledwie rok od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzała Kubalę, zostanie jego żoną. W dwa lata po ślubie przyjdzie na świat ich pierwszy syn, Branko. Jednak w momencie, gdy dziecko się urodzi, jego ojca nie będzie przy nim i przy matce. Jest mroźny styczeń 1949 roku, w swojej wiecznej ucieczce László od kilku miesięcy znów jest na Węgrzech. W 1948 roku w Czechosłowacji dochodzi do przewrotu i przejęcia władzy przez blok komunistyczny. Kolejny kraj dostaje się w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Tym razem chcąc uniknąć służby wojskowej, Kubala musi opuścić Czechosłowację. Na Węgrzech podpisze kontrakt z Vasas SC, jednak tam też nie zabawi długo. To dopiero początek jego wiecznej ucieczki. Nie minie rok nim komunizm na dobre rozgości się także na Węgrzech. Konstytucja, która zostanie przyjęta, będzie niemal idealną kopią konstytucji Związku Radzieckiego. Węgry staną się Węgierską Republiką Ludową.

Kubala jak zwykle jest szybszy niż historia. W chwili, gdy te zmiany staną się faktem, nie będzie go już na węgierskiej ziemi. Jest niedziela, śnieżna styczniowa noc, gdy László wsiada do ciężarówki. W świetle latarki można zobaczyć, że ma ona rosyjskie tablice rejestracyjne. Kubala ma na sobie mundur Armii Czerwonej, jego towarzysze podróży ubrani są tak samo. Każdy z nich chowa w kieszeni sfałszowane rosyjskie dokumenty. Gdy w drodze zatrzyma ich partol, jeden ze współtowarzyszy László oznajmi płynnym rosyjskim:
- Jesteśmy z korpusu zaopatrzeniowego. Wieziemy broń.
Nikt ich nie sprawdza. Żołnierz macha ręką i każe im jechać dalej. Podróż przez Europę potrwa jeszcze wiele dni. W końcu, gdy dotrą do podnóża Alp, będą musieli opuścić ciężarówkę. Ciężki samochód nie jest w stanie przeprawić się przez góry. Jest noc. W powietrzu tańczą mleczne obłoki ich oddechów. Śnieg, który zamarzł po wierzchu w twardą lodową warstwę, chrzęści i załamuje się pod ich stopami. Ciężkie wojskowe buty zapadają się w głębokich zaspach. Przed nimi jeszcze kilka kilometrów drogi przez góry zanim otworzy się naprzeciwko nich gościnna panorama Insbrucka.


 

Melodia przyszłości. László - bohater swoich czasów


Natura tułacza nie pozwoli László pozostać w Austrii. Zatrzymuje się tam jedynie na trzy dni. Piłkarska sława, na którą zdążył już sobie zapracować, otwiera mu kolejne drzwi. Uzyskuje wizę, która pozwala mu udać się w dowolne miejsce. Jego wybór pada na Włochy. László udaje się do Lombardii, gdzie zamieszka w Bursto Arsizio. Niemal natychmiast podpisuje kontrakt z tamtejszym klubem Pro Patria. „Dla Ojczyzny”. On sam gorzko przyznaje: „Jestem człowiekiem bez ojczyzny, bo w moim kraju panuje komunizm”. Niebawem ironia losu jeszcze się potęguje. Wspomniana ojczyzna, którą László porzucił, nie daje o sobie łatwo zapomnieć. Węgierska Federacja Piłkarska oskarża Kubalę o złamanie kontraktu, który wiązał go z Vases, opuszczenie kraju bez pozwolenia i uchylenie się od obowiązku służby wojskowej. FIFA przychyla się do postulatów o ukaranie László i nakłada na niego roczny zakaz profesjonalnej gry w piłkę. Kubala nadal może występować w meczach towarzyskich, ale taki zawodnik jest dla Pro Patrii bezużyteczny. Klub z Bursto Arsizio zawiesza wypłacanie mu pensji. Wygląda na to, że by być wolnym, nie wystarczy wyjechać daleko.

Tragedia i cud Supergi

Il Grande Torino, Wielkie Torino. Tak nazywano je podówczas. Drużyna z północy Włoch święciła ogromne triumfy. Pięciokrotnie z rzędu sięgnęła po ligowe mistrzostwo. W skład pierwszej jedenastki tworzącej reprezentację Włoch wchodziło aż dziesięciu zawodników Torino. Zagraniczne podróże nie były rzadkością. Tym razem miał być to lot do Lizbony, na pożegnalny mecz zawodnika Benfiki, José Xico Ferreiry. Ernest Erbstein, jeden z dwóch trenerów Torino, zaprasza Kubalę do współudziału w tym spotkaniu. László jest już na tyle znany, że jest w stanie dodać blasku nawet Il Grande Torino. Kubala nie wahałby się nawet minuty, by wyrazić zgodę. Jednak podróż ma odbyć się na początku maja, a wtedy właśnie spodziewa się, iż jego żona dotrze wreszcie do Włoch. Musi udać się na wschód i czekać na nią w Udine. Nie ma nawet mowy o tym, by tym razem zabrakło go przy rodzinie.

Gdy Anna Violeta decyduje się na ucieczkę z Czechosłowacji, znów jest w ciąży. Branko ma wtedy ledwie kilka miesięcy. László przesyła jej dużą sumę pieniędzy, za którą jego żona ma opłacić przemytnika, który zabierze jego rodzinę do Udine. Wierzy, że w ten sposób jest w stanie kupić ich bezpieczeństwo, jednak Anna nie ma złudzeń. Wydaje jej się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, byle tylko nie udało jej się znów dołączyć do męża. Ona sama w ciąży, Branko, który z dnia na dzień wygląda słabiej i coraz bardziej kaszle. Jest koniec kwietnia, zaś w dniu, gdy muszą wyruszyć w drogę, na dworze panuje mróz. Anna zapina ciężki płaszcz, starając się dobrze ochronić przed zimnem swoje nienarodzone dziecko. Zawiązuje dokładnie szalik na szyi Branko i naciąga mu czapkę na uszy. Jest pełna obaw. W takich warunkach nie widzi szans na powrót syna do zdrowia. Muszą jak najszybciej dotrzeć do Włoch. Mimo wszelkich wątpliwości nie była w stanie przewidzieć najgorszego. Opłacony przez jej męża przemytnik zawodzi, nie załatwił dla nich żadnego transportu przez Dunaj. Opuszczają Bratysławę i w pobliżu miasta sami muszą przeprawić się przez rzekę. Wpław. Przy temperaturach poniżej zera. Mały Branko unosi się na wodzie włożony w oponę ciężarówki. Gdy dotrą do drugiego brzegu i padną na ziemię, na twarzy Anny będzie tyle samo wody Dunaju co łez. Kilka dni później, ledwie żywi, nareszcie zjawią się w Udine. Drugie dziecko Anny i László, które za kilka miesięcy przyjdzie na świat, już na włoskiej ziemi, będzie nosić imię swojego ojca.

Los bywa czasem tak samo tragiczny, jak cudowny. 4. maja zawodnicy Il Grande Torino wracają do domu z Portugalii samolotem Avio Linee Italiane. Po drodze zatrzymują się w Barcelonie, by zatankować. W burzę wpadają zaraz po opuszczeniu stolicy Katalonii. Gdy zbliżają się do Turynu, podstawa chmur znajduje się niemal na linii gruntu, widoczność sięga ledwie czterdziestu metrów. Pędząc z prędkością 180 km/h, pilot praktycznie leci na oślep. Gdy o godzinie 17:05 trzysilnikowy samolot uderzy w ścianę ogromnej bazyliki na wzgórzu Superga, nikt z trzydziestu jeden znajdujących się na pokładzie osób nie przeżyje katastrofy. Pośród nich było osiemnastu piłkarzy – cały skład Il Grande Torino, obu trenerów, przedstawiciele zarządu, dziennikarze sportowi i załoga samolotu. Uratowało się tylko dwóch ludzi, którzy tego dnia także mieli się znaleźć na pokładzie. Obrońca Torino Sauro Tomà, który nie udał się do Portugalii z powodu kontuzji, oraz László Kubala, cudownie uratowany dzięki swojej rodzinie.



 

Wrak samolotu, którym leciała drużyna Torino, po katastrofie na Superdze


Podróż do historii

Choć wydawałoby się, że w chwili, gdy Anna i Branko znaleźli się wreszcie u boku László, wszystko zaczęło układać się po ich myśli, nie było to jednak prawdą. Przynajmniej nie do końca. Rodzina nareszcie była razem, jednak znów w biedzie. Kubala przywykł już do sowitych pensji, teraz jednak zakaz gry nałożony przez FIFA i wstrzymanie wypłat przez Pro Patrię sprawia, że Włochy nie są dla Kubali ziemią obiecaną, jaką zdawały się być. Wraz z rodziną trafia do Cinecittà, rzymskiego obozu dla uchodźców. Tam na własną rękę założy drużynę, w której będzie mógł robić to, co zawsze chciał: grać w piłkę. Nie zdaje sobie sprawy, że to właśnie ona otworzy mu drogę, dzięki której przejdzie do historii.

Nazywali ją Hungaria, ponieważ w większości grali w niej Węgrzy. Jednak nie tylko. U boku Kubali występowali też Czesi, Słowacy, Rosjanie, Chorwaci... Wiele narodowości, jednak łączyło ich jedno – wszyscy pochodzili z państw bloku wschodniego i wszyscy byli uchodźcami. Trenowania tej zebranej naprędce ekipy podjął się jeden z najważniejszych ludzi w piłkarskiej karierze Kubali. Przypadkiem był to jednocześnie jego szwagier – Ferdinand Daučík. Lato przyniesie ze sobą obietnicę, która dla Kubali okaże się czymś więcej niż tylko szansą na niespodziewany zarobek dla amatorskiej drużyny. Hungaria wyruszy do Hiszpanii.

Drużyna Daučíka zostaje zaproszona do rozegrania trzech spotkań towarzyskich na Półwyspie Iberyjskim. Mają zagrać z Realem Madryt, reprezentacją Hiszpanii oraz Españolem. Rozpoczyna się hiszpańskie tournée Hungarii. Grając z Realem Madryt na Chamartín, László ustrzeli dublet. Na trybunach zasiadać będzie wtedy ówczesny prezydent Los Blancos Santiago Bernabéu. Jest oczarowany grą Węgra, nie ma wątpliwości, że chce mieć go w swojej drużynie. Wątpliwości mają jednak członkowie zarządu: na László nadal ciąży zakaz FIFA, węgierska federacja uznała go za dezertera, na dodatek sam zawodnik oświadczył, że nie rusza się nigdzie bez „swojego” trenera – Ferdinanda. Mimo to prezydent Realu go chce, a niewiele jest w stanie zmienić wolę wielkiego Santiago Bernabéu. Jednak tamtego dnia na trybunach prócz legendy Realu Madryt jest jeszcze inna znacząca postać. Szczupły mężczyzna w średnim wieku, którego László, osierocony, gdy miał piętnaście lat, nazwie kiedyś swoim ojcem. Pepe Samitier, trener FC Barcelony. Zaciąga się dymem z cygara, poprawia jasną fedorę i uśmiecha się. On także podjął decyzję.


 
Początki życia w Hiszpanii.


Kubala po raz pierwszy spotka Samitiera po rozegranym w Madrycie meczu z reprezentacją Hiszpanii. Bernabéu już zdążył puścić maszynerię w ruch. W chwili, gdy trener Barçy zbliża się do niego, László ma już, schowaną w kieszeni płaszcza, pisemną ofertę Realu Madryt. Samitier nie ukrywa swoich intencji, chce Kubalę w Barcelonie.
- FIFA nie pozwoli mi grać – stwierdza Węgier.
Samitier tylko się uśmiecha:
- Tym się nie martw. Załatwimy to.
Od tej chwili to trener Barcelony uruchamia wszystkie możliwe dojścia, by nie dopuścić do podpisania przez László kontraktu z Realem, przynajmniej do momentu, gdy przyjedzie on do Barcelony. Przyjaciel Kubali, Zolyomi, wchodzi w potajemny pakt z Barceloną. W formowaniu opinii Kubali wedle własnej woli pomaga mu butelka wódki. Albo whisky. Albo jakiegokolwiek innego alkoholu. Dla László nie ma to niemal żadnego znaczenia. Do picia też nie trzeba go długo namawiać, a Zolyomi dobrze wie, kiedy trzeba mu dolać.
Zadziwiające, że po takiej podróży do Barcelony Kubala jest w stanie zrobić to, co zrobi w meczu z Españolem. Odbiera długie podanie posłane z samego rozpoczęcia gry, przerzuca piłkę nad zawodnikiem, który odpowiadał za jego krycie, a potem sam wykańcza akcję, strzelając z woleja. Piłka trzepocze w bramce. Tym razem z trybun mecz ogląda inny prezydent, innego klubu. Augustí Montal, włodarz FC Barcelony, pochyla się do swojego sekretarza i szepcze:
- Dajcie mu kontrakt. Natychmiast.

Tylko dzięki ofiarnym zabiegom Zolyomiego i ogromnym ilościom alkoholu, w chwili, gdy László chwiejnie przekracza próg biura Montala, piłkarz nie podpisał jeszcze lukratywnego kontraktu z Realem Madryt. Zresztą złożenie podpisu byłoby trudne, wziąwszy pod uwagę fakt, że mężczyzna ma w tej chwili problem nawet z utrzymaniem się na nogach. Z dużymi problemami wyszarpuje z kieszeni kartkę papieru. To kontrakt, który zaoferował mu klub z Madrytu. Rzuca go na stół Montala i niespodziewanie trzeźwo stwierdza:
- Dla mnie to.
Taktyka pijanego w sztok Kubali choć prosta, okazuje się skuteczna. 15 czerwca 1950 roku podpisuje kontrakt z FC Barceloną. Wszystkie jego warunki zostały spełnione: klub z Katalonii zgodził się zatrudnić jego szwagra, zapewnić samemu László pensję rzędu 1 200 peset miesięcznie oraz opłacić mieszkanie. Wściekłość Santiago Bernabéu na wieść o tym transferze nie zna granic. Uznaje go za złamanie niepisanego paktu o nieagresji pomiędzy Realem a Barçą. Na własnej skórze przekona się o tym Enric Martí, w tej chwili wiceprezydent Barcelony, który za dwa lata obejmie funkcję prezydenta. To on, po tym, jak zakończy się najgłośniejsza batalia transferowa tamtych czasów, usłyszy z ust Bernabéu:
- Wy ukradliście mi Kubalę. Ja ukradłem wam Di Stéfano. Mamy remis.



 

Dwóch największych piłkarzy swoich czasów razem: László Kubala i Alfredo di Stéfano


Niemowa pod fałszywym nazwiskiem

- Masz trzymać gębę na kłódkę – przypomina mu Samitier.
Lato minęło, nadszedł październik. Za chwilę Barcelona ma rozegrać towarzyskie spotkanie z Osasuną. Kontrakt z katalońskim klubem László podpisał niemal pół roku temu, jednak wciąż nie udało się uzyskać uchylenia nałożonej na niego przez FIFA kary.
- Pamiętaj – ciągnie Samitier - masz na nazwisko Olegario i jesteś niemową.
Kubala kiwa głową. Nie ma innego wyjścia.

Zabiegi mające na celu przebłaganie FIFA będą trwały długo. Kubala uzyskuje hiszpańskie obywatelstwo i oficjalny status uchodźcy. Nim to nastąpi, wcześniej jeszcze zostanie ochrzczony. W raporcie przesłanym do hiszpańskiej federacji, która będzie wspierać zniesienie kary dla László, Enric Martí określi go jako „katolika i antykomunistę o głębokich przekonaniach”. Ta linia postępowania ostatecznie okaże się skuteczna. Kubala zostaje przedstawiony jako ofiara komunistycznego reżimu, zmuszona do opuszczenia ojczyzny z powodu kary śmierci, grożącej mu, ponieważ nie chciał zostać częścią sowieckiego systemu. W końcu FIFA ugina się i zakaz zostaje zniesiony. 29 kwietnia 1951 roku, w meczu z Sevillą, Kubala oficjalnie debiutuje w Barcelonie pod własnym nazwiskiem. Cała historia jest wodą na młyn dla propagandy generała Franco. Co prawda lepiej byłoby, gdyby trafił do jego ukochanej drużyny, Realu Madryt, jednak historia uciekającego od komunizmu piłkarza, który znajduje azyl w Hiszpanii, jest zbyt dobra, by z niej nie skorzystać. Cztery lata później zostanie nakręcony film „Gwiazdy poszukują pokoju”.

Choć László będzie musiał udawać niemego tylko, czy też aż, przez rok, dla Pepe Samitiera na zawsze już pozostanie Olegario. To właśnie tym fałszywym nazwiskiem będzie najczęściej zwracać się do piłkarza, który niemalże stał się jego synem.

Futbol jak opera

- Kubala był kamieniem węgielnym, na którym wzniesiono potęgę katalońskiego futbolu. Później, wraz z nim i Di Stéfano, futbol stał się operą.
Te dwa zdania wypowiedziane wiele lat później przez Samitiera streszczają wszystko, co działo się w tamtych latach.

Potęga Barçy z Kubalą w składzie sięgnęła zenitu. Sezon 1951/52 został najlepszym w historii klubu. Tamta drużyna przeszła do historii jako Barça Cinc Copes – Barcelona Pięciu Pucharów. To László stał się motorem napędowym budowy nowego stadionu, Camp Nou, gdyż rzesze kibiców, które chciały zobaczyć go w akcji, nie były w stanie pomieścić się na Les Corts. Nie była to jednak jedyna ani pierwotna przyczyna podjęcia decyzji o budowie nowego stadionu. Klamka zapadła już w 1950 roku, nim jeszcze László rozegrał oficjalny mecz w barwach Barçy. To wtedy zakupiono grunty, na których za siedem lat miało zostać wzniesione Camp Nou. Był to kolejny ruch w nieoficjalnej zimnej wojnie między Barçą a Realem, odpowiedź na wzniesienie w Madrycie nowego Chamartín. Niebawem kolejny ruch wykona Santiago Bernabéu, doprowadzając do transferu Alfredo Di Stéfano i jednej z najbardziej emocjonujących rywalizacji w dziejach futbolu. A potem, wedle słów Samitiera, futbol stanie się operą.


 
Pierwsze święta u boku matki po kilkunastu latach


Między László a Di Stéfano bynajmniej nie było złej krwi. Urazy wobec Węgra nie żywił także sam Bernabéu; to on podjął interwencję, która ostatecznie, w 1961 roku, po ponad dekadzie rozłąki, pozwoliła Kubali spotkać się z matką. Sam Di Stéfano przyznał jednak, choć półżartem, że było coś, czego szczerze zazdrościł László:
- Ma większe powodzenie u kobiet.
Trudno byłoby zaprzeczyć słowom Argentyńczyka. Po Barcelonie krążyły żarty na temat tego, ile dzieci przyjdzie na świat po nocnych eskapadach Kubali. A tych było tak wiele, że trudno je zliczyć. László miał własnego taksówkarza, który nocami woził go od baru do baru, potem zabierał do domu i rano zawoził na trening. Chwila snu, zimny prysznic, kawa z aspiryną. To wszystko było konieczne, by wyjść na boisko. Kolejna noc, wieczny, niekończący się weekend. Bar, alkohol, kobiety. A potem znów trening i mecz. Tym, którzy oskarżali go o brak etyki pracy, odpowiadał na murawie. Zresztą kibice nigdy go nie piętnowali. Był ulubieńcem tłumów, bohaterem. Bohaterom można wiele wybaczyć. Gdy przed meczem z Las Palmas następca Daučíka, Sandro Puppo, oznajmił drużynie, że każdy zawodnik przyłapany na nocnym wyjściu przed meczem zostanie ukarany grzywną wysokości tysiąca peset, László tylko sięgnął do kieszeni. Banknoty wylądowały na stole.
- Opłacam z góry – oznajmił.
Niemożliwy, nieposkromiony László i jego tysiąc historii.
- Ma pan coś do oclenia? – zapytano go na lotnisku, gdy drużyna wróciła do Barcelony.
- Dwa litry whisky.
- Proszę pokazać.
Jasny uśmiech László tylko błysnął.
- Jak chcesz to możesz zrobić mi prześwietlenie.

***

Odszedł w mieście swojego życia, Barcelonie, 17 maja 2002 roku, w wieku 74 lat. Siedem lat później przed stadionem Barçy stanie jego pomnik, László Kubali, człowieka, dla którego zbudowano Camp Nou.


 

Pomnik Kubali przed Camp Nou


Udostępnij:

Poprzedni artykuł z serii

Komentarze (362)

Gorące tematy