Następny mecz:  Granada  -  Barcelona     ·  Niedziela, 2 kwietnia 20:45  ·  29. kolejka La Liga   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Barcelona w sepii: Diego Armando Maradona

 12 grudnia 2013, 14:48

 Eoren

 70 komentarzy

Barcelona w sepii: Diego Armando Maradona

[Po krótkiej przerwie oddaję w Wasze ręce kolejną odsłonę cyklu „Barcelona w sepii”, który od tej chwili będzie się ukazywać na FCBarca.com co miesiąc, w poniedziałki. - przyp. Eoren]

Diego Armando Maradona - być może największy piłkarz wszech czasów, nigdy do końca spełniony trener, jeden z najbardziej kontrowersyjnych zawodników w historii, legenda piłki argentyńskiej.

Był 30 października 1960 roku, kiedy w Policlinico Evita, w Lanus, przyszło na świat piąte dziecko Diego Maradony i Dalmy Salvadory Franco, którą w Villa Fiorito wszyscy nazywali Totą. Dziecko dostało imię po ojcu: Diego. Gdy podrośnie, będzie się o nim mówić Pibe de Oro - Złoty Chłopiec i El Pelusa - Puszek.

Początek

Dorasta w Villa Fiorito - jednej z najuboższych dzielnic Buenos Aires. „We Fiorito, jeśli było coś do jedzenia, jadło się to, jeśli nie było, po prostu się nie jadło" - będzie wspominał po latach. Mimo to nazywa swoje dzieciństwo szczęśliwym. Piłka towarzyszy mu od najmłodszych lat, nawet wtedy, gdy nie jest jeszcze prawdziwą piłką tylko pomarańczą albo kulą zgniecioną z papieru. Tę pierwszą, prawdziwą futbolówkę, która, jak sam mówi, była najpiękniejszym prezentem w jego życiu, otrzyma od swojego kuzyna - Beto Zárate. Od tej chwili mały Diego nie jest w stanie oderwać się od piłki - zasypia, trzymając ją w objęciach. Tak było przez trzy lata. O tym, że chce zostać profesjonalnym piłkarzem, wiedział niemal od początku.

Jako najlepszą osobę, jaką przyszło mu poznać w życiu, wspomina własnego ojca - człowieka, który bez ustanku harował na to, by utrzymać liczną rodzinę. To dzięki niemu Diego nigdy nie brakowało jedzenia. Ojciec nie miał czasu rozmawiać z synem. Gdy wracał do domu, niemal od razu kładł się spać - kolejnego dnia znów trzeba było iść do fabryki. Na czwartą rano. „Gdyby mogli, przychyliliby mi nieba" - powie po wielu latach o swoich rodzicach.

Jego pierwszym klubem będzie maleńka Estrella Roja z Fiorito. Kiedy zakłada jej koszulkę, cieszy się jak dziecko, którym w rzeczywistości jest. Kolory Estrella Roja są odwrotnością barw Boca Jurnios, ukochanego Boca Juniors, o jakim Diego marzy po nocach. Śni mu się, że kiedyś kolory się odwrócą i to koszulka, którą będzie nosić, stanie się niebieska, a pasek żółty. Już niedługo.

  7.png

Jednak nim się to stanie, na boisku Estrella Roja dostrzeże go Francisco Cornejo. Dzięki niemu Diego trafi do Argentinos Juniors, do drużyny znanej jako Cebollitas (Cebulki). W wieku 12 lat wraz z nowym klubem zostanie mistrzem dziewiątej ligi. W chwili, gdy się to stanie, nie będzie nawet podejrzewać, że w ciągu dwóch najbliższych lat zostawi za sobą osiem szczebli klas rozgrywkowych i dotrze do Primera. A potem otworzą się przed nim drzwi ukochanego Boca.

Najlepszy klub dla najlepszego piłkarza

„Dziś myślę, że Barcelona była klubem dla mnie, tak naprawdę" - wyzna po latach. - „Najlepszy klub na świecie, lepszy nawet niż Juventus. Ale wtedy nie znałem jeszcze specyfiki Katalończyków. Nie sądziłem też, że przyjdzie mi się zmierzyć z tak trudnym człowiekiem jak Josep Luis Núñez".

Jednak wtedy, gdy pierwszy raz stawia stopę na katalońskiej ziemi, nie jest jeszcze najlepszym piłkarzem globu. Ma 21 lat, właśnie przybył z Argentyny, z Boca Juniors, gdzie jego talent rozkwitł, gdzie sięgnął po swoje pierwsze mistrzostwo w najwyższej klasie rozgrywkowej. Tak, w końcu trafił właśnie tam, do swojego ukochanego Boca, choć starało się go pozyskać także River Plate. Wybór był oczywisty. Teraz Diego jest już w Barcelonie. Na razie jest obietnicą, najlepszym piłkarzem Albicelestes na mundialu młodzieżowym w Japonii, w 1979 roku. Na razie Europa dopiero się przed nim otwiera. Ze wszystkimi możliwościami, marzeniami i pokusami, jakie niesie ze sobą gra na Starym Kontynencie.

  gente-diego-maradona-1979-inconseguible_MLA-O-39314210_3079.jpg

Jego transfer kosztował kataloński klub 1200 milionów peset, równowartość 7,2 miliona euro. Na tamte czasy to rekordowa liczba. Walka o sprowadzenie Maradony do Ciutat Condal trwała cztery lata, cztery lata ciągłych negocjacji. Odyseja rozpoczęła się już w 1978 roku, jednak AFA nie chciała się zgodzić na transfer przed mundialem, który w 1982 roku miał zostać rozegrany w Hiszpanii. Ostatecznie Diego trafi do Barçy po mistrzostwach świata, kontrakt podpisze 4 czerwca 1982 roku. Jego pierwszy kontrakt z europejskim klubem. Będzie on go wiązał z FC Barceloną na sześć lat. W chwili, gdy 21-letni Diego, ubrany w białą koszulkę z krótkim rękawkiem i nadrukiem, składa podpis, nikt jeszcze nie podejrzewa, że jego przygoda z Barceloną potrwa zaledwie dwa sezony i że będą one pełne bólu.

„Brutalność?" - dziwi się zapytany przez dziennikarza o specyfikę gry w Hiszpanii. - „Ostre faule zdarzają się wszędzie. [...] Futbol w każdym swoim aspekcie jest futbolem". Podczas konferencji prasowej siedzi obok Josepa Luisa Núñeza, prezydenta katalońskiego klubu. Może już w tej chwili odczuwają tę wzajemną niechęć, która naznaczy późniejszą karierę Maradony w barwach Barçy? Na pierwszą konferencję Diego przyszło stu dziennikarzy, pytania sypią się tak samo gęsto jak deszcz fleszy aparatów fotograficznych. „Przede wszystkim dobry wieczór i dzień dobry" - zaczyna Argentyńczyk. Potem dodaje: „Jedynym, czego chcę, jest danie Barcelonie wszystkich możliwych tytułów". Dla Diego właśnie rozpoczyna się trudna podróż przez hiszpańską Primera División.

Cios...

Jest czwartek, 15 grudnia 1982 roku. Diego od kilku dni odczuwa dyskomfort w kostce, chce się skontaktować z klubowym doktorem, Olivą, jednak ten nie może go przyjąć. Piłkarz udaje się więc do szpitala. Gdy lekarz rozpoczyna badanie, zamiast kostki patrzy na jego oczy.
- Tu nie chodzi o oczy, doktorze - przypomina Diego. - Przyszedłem z powodu kostki.
- Nie - odpowiada lekarz. - Pobierzemy ci próbkę krwi. Nie podoba mi się kolor twoich oczu.


Kolejnego dnia Diego znów zjawia się w szpitalu. Wyniki analizy krwi już na niego czekają.
- Co mi jest? - pyta doktora Carlesa Bestita, kierującego sztabem medycznym klubu.
- Cóż, to może się przydarzyć każdemu... - mówi powoli lekarz, jednak te słowa sprawiają, że strach i irytacja Maradony jedynie wzrastają.
- Powiedz, co mi jest! - teraz już krzyczy.
- Masz zapalenie wątroby, Diego.
Chłopak czuje się, jakby ktoś zadał mu ciężki cios.

„Kontuzja, dobra, kontuzje przychodzą i odchodzą, my, piłkarze, jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Ale zapalenie wątroby?!" - wspomina po latach. „Zamknąłem się wtedy w swoim domu w Pedralbes. Zaszyłem się tam na dobre. Nie chciałem nawet oglądać piłki w telewizji. Na szczęście na święta przyjechała Tota. Wtedy Núñez sprawił mi jedyną radość w trakcie całej mojej kariery w Barcelonie: zwolnił Udo Latteka i zatrudnił Menottiego". Między niemieckim trenerem a Maradoną od początku nie było porozumienia. Szkoleniowiec kazał zawodnikom wstawać z samego rana i biegać albo ćwiczyć z piłką lekarską. Taka forma ciężkiego fizycznego treningu nie przypadła Diego do gustu. Co innego w przypadku Césara Luisa Menottiego. El Flaco rozkochał w sobie całą szatnię wraz ze swoim niepokornym rodakiem na czele.

Choroba, którą wykryto w połowie grudnia, pozwoliła Maradonie wrócić na boisko dopiero 12 marca, w meczu przeciwko Realowi Betis. Diego dane było rozegrać zaledwie siedem meczów do końca sezonu, zapalenie wątroby odebrało mu możliwość gry przez trzy miesiące. Trudno sobie wyobrazić gorszy początek kariery w nowym klubie. A jednak...

...Za ciosem

Jest 24 września 1983 roku, La Mercè, święto Matki Bożej Łaskawej i święto Barcelony, początek sezonu ligowego. Barça rozpoczęła go od potknięcia, jednak teraz zaczyna wracać na właściwe tory. Tego dnia czeka ją kolejny mecz i kolejna walka o trzy punkty - tym razem na Camp Nou przyjedzie Athletic Bilbao.

Tego samego dnia, rano, Diego pojawia się w szpitalu, gdzie odwiedza chłopca. Dziecko przeżyło wypadek samochodowy, teraz leży w szpitalnym łóżku z pogruchotanymi kośćmi nóg. Kiedy chłopiec podnosi wzrok i patrzy na Maradonę, jego twarz rozjaśnia się uśmiechem. Piłkarz pochyla się, dodaje chłopcu otuchy, całuje go w czoło. Gdy wychodzi, gdy już stoi w drzwiach szpitalnej sali, zatrzymuje go głos chłopca, który z wysiłkiem podnosi się z łóżka i niemal krzyczy:
- Diego, proszę cię, uważaj! Teraz to czeka ciebie.

„Teraz to czeka ciebie" - te słowa będą brzmieć w myślach Diego, gdy tego wieczora w 57. minucie meczu Barça będzie prowadzić z Athletikiem 3:0, zaś on sam będzie zwijać się z bólu na murawie Camp Nou po tym jak w jego nogi brutalnie wjechał Andoni Goikoetxea. Do leżącego na boisku Maradony pierwszy zbliża się Migueli. Próbuje dowiedzieć się, co się stało Argentyńczykowi, jak poważny jest jego uraz. Maradona jest w stanie powtórzyć przez łzy tylko te trzy słowa:  
- Wszystko mi połamał. Wszystko mi połamał.
Chwilę później zabierają go z murawy na noszach. Barcelona zwycięży tej nocy 4:0, ale swoją wygraną okupi ogromną ceną. Maradona prosto ze stadionu trafia do szpitala. Murcjański arbiter, Bartolome Jimenez Madrid, mimo protestów piłkarzy Barçy, ukarze Goikoetxeę jedynie żółtą kartką. Po zakończeniu meczu Bask, który dwa lata wcześniej zdołał się osławić interwencją, jaka przyczyniła się do zerwania więzadeł Bernda Schustera, zostanie ukarany zawieszeniem na 18 spotkań. Później kara zostanie zredukowana do 7 meczów. Diego spędzi poza boiskiem cztery miesiące, dokładnie 106 dni. Kolejnego dnia hiszpański dziennik Marca umieści na pierwszej stronie tytuł mówiący wszystko: „Zakaz bycia artystą".

  8.png

Po raz kolejny od chwili kontuzji spowodowanej przez Goikoetxeę będzie mu dane wyjść na murawę 8 stycznia 1984 roku podczas ligowego meczu z Sevillą na Camp Nou. Tego dnia ustrzeli dwa z trzech goli, które Barcelona zaaplikuje Andaluzyjczykom, nie tracąc przy tym żadnego.

Po wielu latach Maradona wyzna, że nie chowa urazy wobec piłkarza Athleticu: „Wraz z czasem przebaczyłem Goikoetxey. Wtedy moi bracia i kibice z Barcelony nazywali go „zabójcą", a ja nie oponowałem. Ale tym, któremu nie przebaczyłem, jest Clemente, ówczesny trener Athleticu. On powiedział po meczu, że jest bardzo dumny ze swoich zawodników. Później dodał, że poczeka tydzień, żeby sprawdzić, czy moja kontuzja jest rzeczywiście poważna". Słowa wypowiedziane pod publiczkę, dla budowania dobrego wizerunku? Być może, choć Maradonie rzadko zdarzało się przejmować zbytnio swoim medialnym wizerunkiem i opinią, którą na swój temat buduje. Tymczasem Goikoetxea, już jako trener Herculésa Alicante, nadal nie okaże skruchy. „Niemal ukrzyżowano mnie za faul na Maradonie, mimo że on wrócił do gry w piłkę. Z kolei nikt nie mówił takich rzeczy, kiedy Figo kontuzjował Césara, zawodnika Saragossy, co zmusiło go do zakończenia kariery".

Arcywróg

Na pierwszych zdjęciach z Barcelony, tych które zrobiono podczas podpisania kontraktu, Diego siedzi ramię w ramię z ówczesnym prezydentem klubu, Josepem Lluisem Núñezem. W trakcie znacznie krótszej niż ktokolwiek z początku się spodziewał barcelońskiej kariery Maradony między tą dwójką ludzi nawarstwiło się zdecydowanie zbyt wiele konfliktów. Zbyt wiele, żeby cała sprawa mogła skończyć się pokojowo.

Chyba nie ma drugiego człowieka, zarówno w Barcelonie, jak i poza nią, którego Diego wspominałby tak gorzko i z takim wyrzutem. Zresztą cała ta sytuacja była z góry do przewiedzenia - w momencie transferu Maradony do Barçy w jednym klubie spotkało się dwóch ludzi o żelaznych charakterach. Dwóch ludzi, którym najbardziej zależało na sprawowaniu władzy, różnie pojętej oczywiście, jednak musiało to doprowadzić do tarć. I doprowadziło. Po wielu latach Maradona oskarżył Núñeza o organizowanie medialnej nagonki na niego. Gdy Barcelona przeżywała gorszy okres, w prasie pojawiały się artykuły, w których całą winę zrzucano na Maradonę. Wypominano mu zapalenie wątroby, nocne eskapady i niezliczone romanse. Zdaniem Argentyńczyka cała ta krytyka prasowa była kontrolowana przez prezydenta Barçy. To przekonanie i te wyrzuty wobec Núñeza sprawiły, że Diego zdecydował się na radykalny krok.
- Sprzedaj mnie! - zażądał.
- Nie.
- W takim razie więcej nie gram.

I odszedł do Napoli. Przynajmniej on sam tak to właśnie wspomina. Scenariusz drugiej strony jest oczywiście odmienny. W meczu z Athletikiem Bilbao w ramach Pucharu Króla Maradona ostro sfaulował Solę. Znów Athletic Bilbao, znów ostry faul, tym razem z przeciwnej strony. Całe spotkanie przerodziło się niemal w regularną bitwę. Diego został zawieszony. Według Núñeza to właśnie z tego powodu zdecydował się go sprzedać. Później powołał się on na jeszcze jedną przyczynę: Núñez oświadczył, że wiedział, iż Maradona bierze kokainę. Dwie wersje, zupełnie sprzeczne, ale efekt ten sam: transfer do Napoli za cenę 1875 milionów peset (7,1 miliona euro). Zarówno Núñez, jak i Maradona uważają oczywiście, że to oni podjęli tę decyzję. Nie ma w tym nawet nic zaskakującego.

  DiegoMaradona1.jpg

„Bóg jest Bogiem, ja tylko gram w piłkę"

Później powiedziano o nim wiele, bardzo wiele, w szczególności rzeczy skrajnie sprzecznych. Dla jednych był bohaterem, dla innych oszustem. Mówiono o Ręce Boga, o najlepszym golu stulecia i o wielkiej niesprawiedliwości. Jorge Valdano, współuczestnik tych wydarzeń, uznał, że występ Maradony w tym meczu był czystym uosobieniem dwóch twarzy Argentyny i Argentyńczyków: z jednej strony podstępnych, przebiegłych, zdolnych do wciągnięcia przeciwnika w pułapkę, z drugiej utalentowanych, genialnych, niezrównanych w swoim fachu. W rzeczywistości ten opis bardziej niż Boga, do którego porównywano potem Diego, przypomina jakieś dawne bóstwo chtoniczne z jednej z północnych mitologii - które tak samo łatwo niszczy, jak tworzy. Sam bohater wydarzeń nie zgodzi się tymi porównaniami: „To nie była ręka Boga" - powie z pełnym przekonaniem, - „to była ręka Diego". Trudno o większą pychę, z drugiej strony trudno o większą pogardę niż tę brzmiącą w słowach Pelé, którego sława O'Reia zaczęła niebezpiecznie blaknąć w blasku występu nowego piłkarskiego Boga. „Jedyna ważna główka Maradony była ręką" - powie z ironią Brazylijczyk.

  6.png

Prasa z Kraju Kawy stanie po stronie swojej legendy: „Królem zawsze będzie Pelé" - będzie można przeczytać oraz: „Jedyną rzeczą pewną w kwestii Maradony jest jego kontrowersyjność". Anglicy, w których występ i dwa gole Diego uderzą bezpośrednio, wyrzucając ich za burtę mundialu, zareagują spokojniej niż Brazylijczycy. „Ta porażka to nie wstyd. Żadna drużyna na świecie nie jest w stanie nic zrobić przeciwko geniuszowi Maradony" - przeczytamy kolejnego dnia na łamach Daily Express. Milczenia nie zdołają zachować nawet ci, którzy z założenia powinni pozostawać na marginesie wydarzeń; arbiter tamtego spotkania, Tunezyjczyk Ali Ben Nacuer w wywiadzie dla argentyńskiego periodyku Olé ujawni, jak czuł się w trakcie meczu Argentyny z Anglią: „Cieszę się, że mogłem zobaczyć najlepszą bramkę tego stulecia. [...] Jego drybling był niewiarygodny. Nie mogłem mu pogratulować, ponieważ na terenie gry musiałem być neutralny, jednak wewnętrznie ten gol dał mi wielką radość, gdyż był spektakularny. Kiedy zakończył się mecz, podszedłem do niego i złożyłem mu tysiąckrotne gratulacje". Sam Maradona o obu bramkach będzie mówił wielokrotnie, nie zawsze spójnie i nie zawsze konsekwentnie. Zdarzy mu się stwierdzić, że czasem, w pewnych chwilach, ma wrażenie, iż woli ten pierwszy gol - zdobyty ręką. Innym razem powie: „Drugi gol był jak marzenie. We Fiorito marzyłem, by zrobić coś takiego w barwach Estrella Roja. Dokonałem tego na mundialu".

Jednak to wszystko będzie się działo później, a emocje nie ostygną nawet po latach. W tej chwili trwa ćwierćfinał mistrzostw świata, jest 22 czerwca 1986 roku w Meksyku. Argentyna mierzy się z Anglią na Estiadio Azteca. Podopieczni Carlosa Bilardo przez fazę grupową przeszli jak burza; za sobą zostawili też 1/8 finału, gdzie poradzili sobie z Urugwajem, teraz, w dalszej drodze po upragniony puchar świata każdy mecz jest finałem. Trudno wyobrazić sobie większy tłok, tego dnia na trybunach Azteca ciśnie się 100 000 kibiców. Czasami dochodzi między nimi do utarczek, szczególnie w drugiej połowie, gry bójki kibiców przerywają mecz. Zresztą całe spotkanie rozgrywa się w cieniu konfliktu i trudno uniknąć (szczególnie później) odniesień i skojarzeń z argentyńsko-brytyjskim sporem o Falklandy. W tej wojnie, na Estiado Azteca, pierwsza bomba wybucha w 51. minucie gry, zaś jej huk nie umilknie jeszcze przez bardzo długi czas. Maradona oddaje piłkę Valdano, który centruje ją w pole karne. Diego wyskakuje w powietrze ramię w ramię z Shiltonem. „Ramię" jest tutaj słowem kluczowym, ponieważ to właśnie od niego, nie od głowy Maradony, odbije się piłka, która trafi do bramki, dając prowadzenie w Argentynie. Ben Nacuer uznaje gola, kwalifikując go jako bramkę zdobytą głową. Zaledwie cztery minuty później na Anglików spadnie kolejny cios, tym razem nie tak kontrowersyjny, jednak nie mniej głośny. Maradona przedrybluje połowę boiska, prowadząc piłkę krótko, mijając przeciwników jak gdyby byli nieruchomymi przeszkodami. Bramka, która przejdzie do historii, którą czasami nazywać się będzie najlepszym golem stulecia. Bramka, którą wiele lat później, niemal dokładnie choć niezamierzenie, skopiuje rodak Diego Maradony - Leo Messi w pucharowym meczu Barcelony z Getafe. Te dwa trafienia El Pelusy i jego występ w ćwierćfinale rzucą Anglików na deski. Nawet główka Linekera, po której piłka zatrzepocze w siatce Albicelestes nie zmieni obrazu sytuacji. Argentyna pozostanie w grze, pozostanie w niej aż do finału, w którym pokona niemiecką reprezentację 3:2 i sięgnie po wymarzony puchar świata. 

  3.png

Jeśli chodzi o pierwszą bramkę, tę zdobytą ręką, będzie ona budzić kontrowersje jeszcze przez dziesiątki lat. 19 lat po mundialu w Meksyku, programie „La noche del diez", Diego przyzna, że zdobył tę bramkę ręką. Kolejne 3 lata później brytyjski The Sun opublikuje wypowiedź Maradony, w której Argentyńczyk wyzna, iż gdyby mógł cofnąć czas, sprawiłby, by owa bramka nie padła. „Mimo to gol to gol" - dodał. - „Dzięki niemu Argentyna wygrała mundial, a ja zostałem najlepszym piłkarzem świata. Nie da się cofnąć historii. Jedyne, czego chcę, to patrzeć w przyszłość". Jednak niedługo później okaże się, że słowa, które brytyjska gazeta zinterpretowała jako przeprosiny - te o cofaniu czasu - według Maradony nigdy nie padły. Przeprosin nie było i nie będzie.

Grzeszny jak Neapol

To tam, w Neapolu, Diego przeżył swoje pobarcelońskie odrodzenie i tam też przeżył swój ostateczny upadek. W Napoli sięgnął po najwyższe trofea klubowe, jakie przyszło mu w życiu zdobyć: dwukrotnie Scudetto, Puchar UEFA i znów dwukrotnie wicemistrzostwo Serie A. „Gdy przyszedłem do Napoli, zacząłem wszystko od zera" - wspomina sam Diego. To właśnie tam napisał swoją historię, dzięki której został zapamiętany jako jeden z najlepszych piłkarzy w dziejach futbolu. Tam też sam swoją historię i swoją karierę zniszczył.

Neapol - miasto grzechu. Od początku kusiło Diego swoimi obietnicami. Były one tak pociągające, że wprost nie dało się ich odrzucić, nie dało się odepchnąć. A może po prostu nie chciał tego zrobić? Pojawiła się kokaina, pojawiły się też tajemnicze kontakty Diego z włoską Camorrą. Niebawem policja wszczęła dochodzenie w sprawie domniemanego handlu narkotykami, w którym Maradona miał brać udział wraz z Guillermo Coppolą. Szofer, Piero Pugliese, obciążył ich obu zeznaniami. Jednak Diego do sprzedaży narkotyków nigdy się nie przyznał. Po latach wyznał, że brał kokainę, nic odkrywczego wobec obciążających go dowodów, jednak stanowczo zaprzeczył oskarżeniom o jej sprzedaż.

  01 diego maradona.jpg

Ostatecznie to kokaina zakończyła jego romans z Napoli. 17 marca 1991 po wygranym meczu z Bari został poddany kontroli antydopingowej. Oczywiście wykryto w jego krwi obecność kokainy. Kosztowała go ona 15 miesięcy zawieszenia, konieczność udania się na terapię. Na leczeniu wytrzymał zaledwie trzy miesiące. Gdy kara dobiegła końca i mógł wrócić do gry dla Napoli, tak naprawdę cała historia była już zakończona. Nie chciał wracać do klubu swojego życia, cała sprawa była zbyt skomplikowana, powiązania, w które wplątał się w Neapolu, kontakty z Camorrą - to wszystko przerosło jego oczekiwania i jego możliwości. Uciekł do Sevilli, pod opiekuńcze skrzydła Carlosa Bilardo, byłego szkoleniowca Argentyny, który po raz kolejny przyjął go do swojej drużyny. Sam twierdzi, że nigdy nie uciekał, że odejście do Sevilli było spowodowane tym, iż nie mógł już dłużej grać w Neapolu. Jednocześnie jest zdania, że nie zasługiwał na to, co go spotkało, na taki właśnie sposób odejścia. Pewne jest jedno - ucieczka do Sevilli nie pozwoliła mu uciec od przeszłości i od kokainy: trzy lata później na mundialu w USA znów uzyskał pozytywny wynik w testach antydopingowych. Ta sama historia jeszcze później powtórzyła się w Boca Juniors. Diego potrzebował wielu lat, by odkryć tę prostą prawdę, której teraz już nie podważa: „Kokaina cię zabija".

Udostępnij:

 WIDEO

Poprzedni artykuł z serii

Komentarze (70)

Gorące tematy